piątek, 10 lipca 2015

Rozdział XXIV

Witam ponownie!
Przed Wami kolejny rozdział. Nie jestem z niego tak do konca zadowolona ale mysle ze lepszy tez nie będzie. Dziekuje bardzo wszystkim którzy powracaja do mojego bloga, szczególnie Megi Lumen (juz sie balam ze mnie opuscilas!). Pozdrawiam Was wszystkich.
Buziaki
Rozdział XXIV
Ginny byla po kolejnej klutni z Harrym. Chłopak przez kilka dni wydawał się być idealnym chlopakiem. Nie dawał powodów do zgyzow, nie naciskal, poprostu byl przy niej. Az to dzis. Postanowila się przejść po pustych juz korytarzach ale nogi jak zwykle ostatnio zaprowadzily ja prosto do gabinetu profesora Lupina. Gdy uslyszala ciche zaproszenie weszla do środka i zastala czarodzieja nad pracami domowymi uczniów.
- Oh Ginny, witaj!
- Przepraszam jesli przeszkodzilam... - spojrzała wymownie na prace ktora trzymal w dłoni.
- Oczywiście ze nie przeszkadzasz! Siadaj. Napijesz się herbaty?
- Chetnie. A najlepiej to od razu ognistej.
Słysząc jej smutny ton spojrzał na nią zatroskany.
- Znów chodzi o Harry'ego?
W ciagu ostatnich dni rudowlosa i Remus bardzo zbliżyli się do siebie. Ginny nie bardzo miała się komu wyrzalic no bo Hermiona kazda wolna chwile slęczała nad jakimis papierami, a Luna praktycznie caly czas byla u Snape'a a po za tym miala wlasne problemy wiec przychodzila do niego. Zreszta on tez mówił jej dużo o sobie i Tonks. Mówił o tym ze Nimfadora chce dziecko a on bardzo się tego obawia, o to ze pomimo ze Andromeda jest dla niego mila to ma wrażenie ze nie jest przychylna ich związkowi. Zostali swoimi wzajemnymi powiernikami.
- Co do ognistej to przykro mi ale mam dwa kremowe piwa. Choc do mnie, nie chce żeby ktos przypadkiem dowiedział się ze rozpijam uczniów - puścił jej oczko i otworzył drzwi do swojej prywatnej części zamku. Gdy juz siedzieli z piwami w ręku na sofie przed kominkiem wilkolak zapytal.
- No to opowiadaj co tym razem przeskrobal.
- Remusie, ja juz nie mogę. Bylo kilka dni spokoju które spędziliśmy na prawdę przyjemnie aż dzisiaj znowu zmiana o 180 stopni. Powrót do tego samego. Czemu nie chce, czemu jestem dziecinna, ze nie może być z kimś kto nie chce zapewnić mu miłości jakiej on potrzebuje... A ja poprostu nie mogę. Nie tak bylam nauczona żeby chować się gdzies po katach w strachu ze ktos nas zobaczy. Ja na prawdę nie wiem co w tym takiego ciężkiego doń zrozumienia. Poprosiłam go żeby poczekał tych kilka miesięcy jak skończymy szkole ale do niego niedociera! Ja juz nie wiem jak ja mam z nim rozmawiać....
Remus przysunal się do i objął ja ramieniem.
- Wiesz, nie chce ani go bronić ani osadzac, ani ciebie tez. Mysle ze oboje powinniście podejść do tego troche na luzie. On nie powinien tak na ciebie naciskać ale i ty powinnaś spróbować postawić się w jego sytuacji. Jesteście razem juz ponad rok, to normalne ze przychodzi moment ze którejś ze stron przestają wystarczać tylko pieszczoty.
- Wiem, ale ja poprostu nie czuje się gotowa... Niewiem czemu ale tak jest. Staram się, na prawdę ale...
Byla bliska placzu co oczywiście zauważył. Wyjal jej prawie pusta butelkę z dłoni i swoja tez odstawil na szafke obok i przytulił ja mocno w momencie gdy pierwsza łza splynela jej po policzku.
- Spokojnie, nic na sile. Jesli chcesz to porozmawiam z Harry'm...
Ginny spojrzała mu w twarz.
- Nie Remusie. Nie chce żeby wiedział ze zwierzam ci się z naszych problemów.
Patrzyla mu w oczy. W te lagodne brązowe cieple oczy. Tak różne od oczu Harry'ego w których lsnila frustracja nad jej prozbami o odlozenie konsumpcji ich miłości. Jej reka sama powedrowala do jego policzka. Byl przyjemnie mięki nie licząc lekkiego zarostu.
- Jesteś taki dobry...
Jej wzrok bez wcześniejszego porozumienia się ze zdrowym rozsądkiem przeszedł na jego czerwone usta. Nie wie kiedy dokladnie w jej umyśle ukrztaltowala się myśl ze chciałaby ich skosztować ale gdy zdala sobie sprawę z konsekwencji tej myśli natychmiast otrzezwiala. Osunela się gwałtownie dopiero teraz zdając sobie sprawę z tego ze ich twarze dzielilo zaledwie kilka cali. Remus tez zdawał się obudzić z letargu i pospiesznie wypuścił ja z ramion odsuwając się na drugi koniec sofy.
- Ja... Ja mysle ze lepiej będzie jak juz pójdę.
Policzki ja piekly i byla pewna ze jest czerwona jak burak. Nie byla w stanie spojrzeć mu w twarz. Prawie wybiegla najpierw z jego salonu, następnie z gabinetu i biegla przed siebie aż dotarla do łazienki Jeczacej Marty. Dopiero tam zatrzymala się i oparla o umywalkę ktora byla wejściem do Komnaty Tajemnic. Spojrzała w swoje odbicie. 'Cos ty chciała zrobić?!'. Nie bula w stanie ogarnąć umyslem tego co stalo się pare minut temu. Prawie go pocałowała. Pomijając juz nawet relacje uczen-nauczyciel zostawali Harry i Tonks. On byl zaręczony! Jeszcze kilka dni temu sama skladala mu z tego powodu życzenia! Omal nie poplakala się ze szczęścia! A dzis prawie doszlo do pocalunku. Oplukala twarz lodowata woda w nadzieji ze troche ochlonie. Musi przestać się z nim widywać na osobności.




Luna od kilku minut walczyla z powiekami które nie chciały odslonic jej oczu na dluzej niż kilka sekund. Jednym okiem spojrzała na zegrek przy jej lozku. Byla pora obiadu. Trzeba wstawać. Wszystkimi silami zmusila się żeby wstać i wsiąść szybki prysznic. Musiała się pospieszyć jesli chciała cos zjeść. Zdarzyla zalapac się na końcówkę drugiego dania i ledwie nalozyla sobie na talerz ziemniaki z kotletem mielonym i mizeria za jej plecami pojawił się nie kto inny jak Mistrz Eliksirów.
- Chce Cie widzieć za pól godziny w swoim gabinecie.
- Ron obruszyl się.
- Ale dzisiaj jest sobota!
- No i co w związku z tym?
- Luna powinna miec czas żeby odpocząć!
- Szlaban w nastepna sobotę o 16 z woźnym.
I odszedł. Luna podziekowala Ronowi za próbę wybawienia jej od kolejnych kilku godzin ze Snape'em i wziela się za jedzenie. Nim się obejrzała juz musiała kierować się w stronę lochów gdzie przywitalo ja warkniecie profesora.
- Zakonowi potrzebnych jest 8 kociolkow silnego eliksiru na obrażenia wewnętrzne.
- Az osiem?
Spojrzał na nią niezadowolony.
- To dopiero początek wiec się przygotuj. Będzie tego jeszcze więcej. Wiec nie jęcz i bierzemy się do roboty. Przed północą eliksiry muszą być gotowe.
Wzięli się do pracy. Gdy dodali ostatni składnik w ostatnim kociolku Luna pozwolila sobie na przeciągle ziewniecie.
- Nie ziewaj mi tu tak, to nie sypialnia.
- A szkoda bo mysle jedynie o tym żeby się położyć.
- Lovegood idiotko jesli to byłaby sypialnia to znaczyło by ze jestesmy w niej oboje a tego nie chciałbym powtarzac. Ostatnim razem malo nie zarzygalas mi calej łazienki kto wie co zrobilabys tym razem. Choc do salonu zjemy kolacje.
Posłusznie podreptala za nim gdzie czekala juz na nich pieczeń rzymska z jajkiem i ogórkiem koszonym do tego ziemniaki okraszone boczkiem i surowka z pomidorów z cebula. Dodatkowo staly dwa parujące kubki z czego jeden pachnial cudownie pomarancza.
- Zapamietal Pan moja ulubiona herbatę!
To ze Snape sprawia komuś przyjemność zdawalo się być nie do pomyślenia.
- Nie ja tylko mój skrzat.
- Ma Pan skrzata? Nigdy go nie widziałam.
- I nie musisz. Jedz albo wracaj do wieży z pustym zoladkiem.
Luna dopiero teraz poczula jak bardzo glodna byla. W końcu pracowali od obiadu a byli juz dawno po kolacji. Znów nie mogla się nadziwić jak siedzący naprzeciw niej mezyczyna może to wszystko w siebie pomieścić ale dopiero po czterech dokladkach odlozyl sztućce i dopil swoja kawę.
- Nie za późno na kawę o tej godzinie? Dochodzi polnoc.
- A co cie interesują moje nawyki żywieniowe?
- Tak tylko pytam.
- To przestań bo inaczej Ravenclow straci punkty.
Dopila swoja herbatę, podziekowala za posiłek i wyszla z lochów. Byla tak zmęczona ze ledwie szla a oczy po raz kolejny tego dnia nie chciały być otwarte. Szla prawie na pól śpiąco. Nagle uslyszala krzyki i odglos swistajacych zaklęć. Te dźwięki sprawily ze sen calkowicie opuścił jej ciało i juz biegla z rozdzka w dłoni w kierunku z którego slyszala glosy. Mimo ze biegla tak szybko jak umiala nie zdarzyla. Gdy wbiegla na dziedziniec przed Wielka Sala dostrzegla jedynie w oddali czarne postacie wchodzące do Zakazanego Lasu.



































czwartek, 9 lipca 2015

Rozdział XXIII

Witajcie!
Przed Wami nowy rozdział. Nie ma w nim co prawda wątku romasu ale juz niedługo cos planuje... Mam nadzieje ze Wam się spodoba.
Dziekuje oczywiście wszystkim komentującym i obiecuje odwiedzić Wasze blogi jak tylko znajdę na to odrobine czasu.
Buziaki


Rozdział XXIII
Od dnia bitwy minely 3dni. Większość osob wyszła juz ze skrzydła szpitalnego ale i tak wszyscy żyli w napięciu. Nigdy nie wiadomo kiedy Voldemort postanowi się odegrać. Na drugi dzień po walce Severus Snape wyglądał bardzo mizernie, był jeszcze bledszy niż zwykle, i widac było ze każdy ruch sprawia mu ogromny bol choc oczywiście jak na slizgona przystało starał się to ukrywać na wszelkie możliwe sposoby. Dzis Luna znów miała stawić się w jego gabinecie. Gdy zapukała i odpowiedziało jej warkniecie 'zapraszajace' do środka jak zwykle czekala na rozkazy.
- Jak się czujesz?
Mistrz Eliksirów, postrach wszystkich uczniów pyta ja o samopoczucie? Oh, pewnie chodzi o tamto zaklęcie.
- Dobrze, dziekuje.
- Nie pytam cie jak minął ci dzień tylko jak się czujesz po klątwie która rzuciłaś!
- Zrozumiałam Pańskie pytanie i zgodnie z prawda odpowiedziałam ze dobrze. Tak jak Pan radził w chwili jego wypowiadania pomyślałam o przyjaciołach. I pomogło.
- To dobrze. Ale w razie jakichkolwiek symptomów ze cie ciągnie bezzwłocznie masz przyjść do mnie lub dyrektora. Rozumiemy się?
- Tak profesorze.
- Świetnie. Dzisiaj nie będziemy ważyć nic leczniczego choc przydałoby się, ale bardziej potrzebne jest Veritaserum.
Luna zdziwiła się. Będziemy?
- Ile kociołków potrzebujemy?
- Osiem.
Luna wybałuszyła oczy. Jeden kociołek robi się okolo czterech godzin a co dopiero osiem? I po co komu takie ilości?
- Az tyle?
- A czy nie wyraziłem się jasno? Przynieś wszystkie potrzebne składniki i bierzemy się do roboty. Pracowali w ciszy przez kilka godzin ale po glowie Luny wciąż chodziło jedno pytanie - jeśli ona miała myśleć o przyjaciołach w przypadku chwili zapomnienia, to o kim myślał profesor przez te wszystkie lata? Co prawda każdy człowiek ma kogoś kogo kiedys kochal, ale Severus Snape jakos nie pasował do tego schematu.
- Profesorze?
- Czego Lovegood?
- Mogę o cos zapytać?
- Juz to zrobilas.
Jego ostatnia wypowiedz postanowiła puścić mimo uszu.
- A o kim Pan myśli gdy próbuje się Pan powstrzymać przed zatraceniem w czarnej magii?
Podniósł głowę znad kociołka do którego właśnie wrzucał sproszkowane komary a jego twarz zdradzała wysokie niezadowolenie.
- Lovegood, ja jestem twoim profesorem a nie kolega do wzajemnych zwierzeń. Więcej nie życzę sobie tego typu prywatnych pytan.
- Przepraszam profesorze.
No i bo cóż innego jej pozostało? Nic. Dokończyli eliksiry w ciszy i Luna juz miała się pożegnać gdy do gabinetu wleciał srebrny feniks.
- Luno, Severusie chce Was widzieć w swoim gabinecie jak najszybciej.
Przez twarz mężczyzny przeszła fala niepokoju ale trwało to za ledwie ulamek sekundy.
- Nie każmy dyrektorowi czekać.
Podszedł do kominka i podał jej doniczkę w której byl proszek Fiuu.
- Ty pierwsza.
Kilka sekund później była juz w gabinecie dyrektora a ułamek sekundy po niej pojawił się nietoperz.
- Pewnie zastanawiacie się czemu Was do siebie zapraszam o takiej porze.
Luna spojrzała na zegarek który znajdował się na jednej ze ścian. Była za pięć jedenasta w nocy.
- Musiałem wyslac kilka osób na misje. Nie wiem dokladnie kiedy wrócą ale domyślam się ze nie będą w najlepszym stanie. Potrzebny mi eliksir Prometeusza na juz. Przynajmniej 3 kociołki.
Snape się oburzył.
- Nie ma szans! Jeden kociołek zajmuje mi q dzień a co dopiero trzy!
- Właśnie dlatego poprosiłem o przybycie również Pannę Lovegood ktora pomoże ci w pracy.
- Ona nie ma pojecia na czym polega eliksir a co dopiero jak go uwarzyć! Będzie tylko przeszkadzać!
- Nie przesadzaj Severusie jestem pewny ze dacie sobie świetnie rade. Najpóźniej jutro przed śniadaniem chce miec eliksir gotowy do podania. Możecie wsiąść się do pracy.
Luna nie miała pojecia co to za eliksir ale sądząc po minie slizgona musiał być na prawdę ciężki do uwarzenia. Wrócili do gabinetu.
- Eliksir Prometeusza to eliksir dzieki któremu ludzie odzyskują wzrok.
- Ale po co dyrektorowi taki eliksir?
- Najwidoczniej wyslal ludzi w miejsce gdzie jest ten wzrok bardzo łatwo stracić. Najważniejszy jest w tym przypadku czas. Jesli eliksir nie zostanie podany w ciągu maksymalnie 24h od chwili gdy się ten wzrok staci juz nie będzie szansy na jego odzyskanie.
- A jak ten eliksir uwarzyć?
Podążała wzrokiem za profesorem który od chwili gdy wrócili do jego ukochanych lochów przemieszcza się od polki do polki prawdopodobnie w poszukiwaniu niezbędnych składników.
- Zaraz podam ci instrukcje. Puki co przygotuj 3 srebne kociołki o średnicy 10 cali i srebne chochle.
Zrobiła jak kazał. Pracowali w pocie czoła przed dobre 5godzin bez chwili wytchnienia. Dopiero po tym czasie profesor poinformował ja ze teraz eliksir potrzebuje godziny gotując się na wolnym ogniu przed dodaniem kolejnych składników.
- Chcesz się czegos napic?
Lune wmurowało. Czy on właśnie oferował jej coś do picia? On????
- Eeee....
- Pierwszy raz widzę krukona który nie jest w stanie odpowiedzieć na logicznie zadane pytanie. Rovena musi przewracać się w grobie.
- Poproszę herbatę z pomarańczą.
Spojrzał się na nią jak na kosmitę ale nic nie powiedzial. Uwielbiała herbatę z dodatkiem soku z pomarańczy. Co prawda rzadko sobie na taka pozwala, zwykle pila z cytryna ale uznała ze zasługuje na ta przyjemność. Zabezpieczył jeszcze tylko kociołki i ruszył w stronę swoich prywatnych kwater. Luna domyśliła się ze ma iść za nim. Na stoliku czekamy juz dwa parujące kubki i cruasanty. Usiedli w ciszy jedząc rogaliki. Po kilku minutach blondwlosa uznała ze warto spróbować normalnego dialogu z nauczycielem.
- Świetnie Pan walczył.
W odpowiedzi na ten komplement usłyszała jedynie prychnięcie. Nie planuje jej pomagać ale jak nie chciałby rozmowy to wykrzyczałby jej to najgłośniej jak by się tylko dało.
- Pyszne rogale. Z czekolada. Moje ulubione.
- Tez je lubię.
To juz jakiś początek. Chciała powiedzieć cos jeszcze ale nie wiedziała co.
- Kto pije herbatę z pomarancza?
Luna o mało nie wybuchła śmiechem. To o tym myślał przez ostatnich dziesięć minut gdy miał takie zmarszczone czoło?
- Ja. Moja mama lubiła tak pić herbatę i ja tez lubię choc zwykle pije z cytryna.
- Obrzydlistwo. Herbata powinna być czarna mocna bez dodatków. Nie wiem jak można pic to cos.
Wskazał na jej prawie pusty juz kubek.
- No wie Pan co... Jak można pic eliksir wielosokowy to cóż to jest herbata z cytryną!
Nie odpowiedział. W sumie to i tak dziwiła się jak udało im się zamienić tyle zdań na sprawy niedotyczące nauki albo ich pracy. Wzięła kolejnego rogalika po raz trzeci juz obiecując sobie ze to ostatni, oderwała kawałek i wsadziła sobie do ust oblizując przy tym palec na ktorym bylo odrębne czekolady. Poczuła na sobie wzrok nauczyciela i spojrzała na niego wciąż z palcem w ustach. Odwrócił wzrok udając ze niezwykle ciekawi go uchwyt kubka. Na jej policzkach pojawił się rumieniec choc w sumie nie wiedziała czemu. Przeciez nic się nie stało. Skończyła rogala i trzymając kubek oboma dłońmi przy ustach przyjrzała się siedzącemu na przeciwko mężczyźnie. Na pierwszy rzut oka byl brzydki. Włosy które wciąż wyglądają jak by były tłuste od oparow z przeróżnych eliksirów, zdecydowanie za duży nos, krzaczaste brwi i ziemista cera. Ale gdy juz człowiek przyzwyczaił się do tego widoku bardziej niż wymagają tego dwie godziny eliksirów tygodniowo dało się dostrzec pozytywne cechy wyglądu. Długie rzęsy okalające głębokie, czarne oczy, kilka kosmyków spadających na twarz, pięknie skrojone choc wąskie usta w które czarodziej właśnie wkładał juz chyba trzydziestego rogalika. Jak ten przerażająco chudy człowiek jest w stanie tyle zjeść? To wręcz nie możliwe... Podparła głowę dłonią czując ze zmęczenie daje o sobie znać. Teraz skupiała się juz tylko na tym aby powstrzymać powieki przed ostatecznym opadnięciem prowadzącym w krainę snu. Spojrzała na zegarek. Godzina juz prawie dobiegała końca. Usiadła prosto w nadzieji ze ta pozycja uchroni ja przed snem. Snape chyba zauważył co się z nią dzieje bo odezwał się, ale nie krzykliwie jak zwykle tylko tak...łagodniej.
- Masz, napij się filiżanki kawy.
Spojrzała nieufnie na czarna, parująca ciecz. Nigdy jeszcze nie pila kawy choc oczywiście znała jej właściwości. W tej chwili nie zastąpione. Przechyliła filiżankę i na raz wypiła całą jej zawartość. I dobrze ze tak zrobiła bo inaczej nie byłaby w stanie wrócić do tego napoju. To było obrzydlistwo! Gorzki smak miała wszechobecny w ustach, na zębach i języku. Wykrzywiła się mimo woli.
- Mogę prosić o wode?
Sekundę później przepłukała sobie usta szklanka zimnej wody. Posiedzieli jeszcze chwile i Luna rzeczywiście czuła skutki wypicia tej obrzydliwej smoły - nie była juz tak senna a jej umysł był wyostrzony w porównaniu z tym jak czuła się jeszcze kilka minut temu. W końcu machnięciem różdżki Snape sprzątnął wszystko ze stolika i wrócili do jego gabinetu. Luna wzięła się za krojenie kolejnego w kolejce składnika ale z kazda chwila czuła ze jej żołądek nie przyjął najchętniej gorzkiego napoju. Z kazda chwila coraz bardziej zawartość żołądka podnosiła się jej do góry, a twarz stawała się coraz bardziej zielona. Starała się głęboko oddychać i powstrzymać coraz silniejszy odruch wymiotny ale gdy juz wiedziała ze to nie pomoże ze wstydem spytała.
- Gdzie ma Pan łazienkę?
- Za sypialnia ale łazienka uczniów jest...
Nie dosłyszała reszty wypowiedzi bo biegiem rzuciła się w stronę sypialni. Przebiegła przez salon i juz naciskała drzwi prowadzące do następnego pomieszczenia gdy się zawahała. To był baaardzo prywatny pokój samego Snape'a. Kolejny odruch wymiotny sprawił ze jej wahanie przeszło w niepamięć. Zakryła usta ręką i nawet się nie rozglądając dopadła kolejne drzwi prowadzace pewnie do łazienki. W tej chwili żołądek nie wytrzymał i postanowił opróżnić cala swoja zawartość, zdążyła jedynie otworzyć muszle klozetowa. Po kilkunastu minutach silnych konwulsji gdy wszystko co jadła i pija w ciagu ostatnich kilku godzin opuściło jej ciało podniosła się z zimnej posadzki i podeszła do umywalki żeby opłukać usta i twarz. Spojrzała w lustro i zobaczyła w nim odbicie bladej jak prześcieradło twarzy, sine usta i mocno podkrążone oczy. Opłukała jeszcze raz twarz i gdy była juz całkowicie pewna ze puki co to koniec rewolucji opuściła łazienkę. W sypialni już czekal na nią profesor z fiolka jakiegoś eliksiru w dłoni.
- Po czym to?
- Niewiem. Podejrzewam ze po tej kawie, nigdy jej nie piłam. Spojrzał na nią tymi swoimi czarnymi oczami jakby cos rozważając.
- Odwróć się i podnieś koszule do góry.
Luna domyślała się że ten chce jedynie sprawdzić czy nie ma żadnych krost na plecach chcąc wykluczyć uczulenie na kofeinę, ale i tak... W końcu to byl na pierwszym miejscu mężczyzną, a następnie nauczycielem, a żadne z tych jeszcze nigdy nie oglądało jej pleców.
- Wolałabym iść z tym do pielęgniarki...
- I co planujesz ja budzic o tej godzinie?
O tym nie pomyślała.
- Ale przeciez to nic takiego, może zaczekać do rana....
- Nie jesteś Miss Świata ani nawet własnego dormitorium wiec możesz być pewna ze nie jest przyjemnością dla mnie oglądanie twoich chudych pleców w poszukiwaniu krost wiec miejmy to juz za sobą!
Musiała przyznać ze troche zabolały ja słowa profesora. Wiedziała ze nie jest urodziwa, ale ze aż tak ciężko będzie mężczyźnie choćby spojrzeć na jej plecy? Posłusznie odwróciła się do niego plecami i podciągnęła koszule.
- Zakryj się. Tak jak podejrzewałem. Masz uczulenie na kofeinę. Wypij to - podał jej flakonik - i wracamy do pracy. Musimy dokończyć eliksiry.
Pracowali do ósmej rano, a gdy mikstury byly w końcu gotowe Snape przeniósł je do gabinetu dyrektora a wykończona całonocną praca i wymiotami Luna ruszyła w stronę swojej wieży by oddalić się w krainę snu...













czwartek, 25 czerwca 2015

Rozdział XXII

Cieszę się ze o mnie jeszcze pamiętacie, na prawdę. Przedstawiam nowy rozdział, pierwszy raz pisałam akcje i chyba nie wyszlo mi to za dobrze ale wierzcie mi ze się starałam.
buziaki i miłego czytania
Rozdział XXII
Na słowa które padły z ust Mistrza Eliksirów wszyscy obecni na przyjęciu się spieli. Nikt juz nie pamiętał o torcie ani o tańcach, każdy wyjmował różdżki z kieszeni szat i patrzył na dyrektora czekając na rozkazy.
- Ja juz musze iść. Pospieszcie się.
I czarnowłosego już nie było. Dumbledore zabrał glos.
- Tak jak mówiłem punkt aportacyjny jest z wieży astonomicznej. Tonks, Remusie, Molly, Artur, bliźniaki, McGonagall, Sprout, Bill i Flaur, ruszajcie. Poppy, razem z panna Lovegood idźcie do skrzydła szpitalnego, będziecie tam czekać na poszkodowanych. Harry, Ron wy pójdziecie na wieze i będziecie przenosić potrzebujących do szpitala. Kontaktujemy się przez patronusy. Reszta do Wielkiej Sali.
Dwie mi minuty później Luna juz była wraz z pielegniarka w skrzydle szpitalnym i szykowały najpraktyczniejsze mikstury aby miec je w zasięgu ręki, tak samo z bandarzami, gazami i woda do ewentualnego przemycia ran. Nie minęło dziesięć minut jak drzwi skrzydła otworzyły się a ich pierwszym pacjentem okazał się być Bill który był raniony Sectusempra. Luna o malo nie wpadła w panikę gdy to zobaczyła ale na szczęście szybko odzyskała zimna krew i pomogła w zatamowaniu krwawienia i zawiązaniu bandarzami najgłębszych ran. Ledwie się uwinęły do sali wleciał srebrzysty feniks.
- Zmiana planów. Poppy zostaniesz na miejscu i będziesz się zajmować cięższymi przypadkami a Luna aportuje się do Doliny aby zajmować się małymi obrażeniami.
Luna wypchała kieszenie fartucha pielęgniarskiego jaki na sobie miała najpraktyczniejszymi miksturami i z różdżka w dłoni pokonała biegiem odcinek dzielący ja od wieży. Gdy wpadła zdyszana na gore pozwoliła sobie na dwa głębsze wdechy i wyobraziła sobie gdzie chce się przenieść. Niemalże natychmiast poczuła ssanie w okolicy pępka i juz byla na polu walki. Pierwsza zobaczyła profesor McGonagall której noga wykrzywiona byla pod nienaturalnym kontem. Czarodziejka walczyła ze stającym nad nią smierciozerca ale jedyne co mogla zrobić to odbijać zaklęcia jako ze nie mogla się przed nimi uchylać. Dziewczyna podbiegła do niej i wpierw nastawiła kość a potem dala czarownicy fiolkę z eliksirem na zrastanie się kości a sama zaczęła rzucać zaklęcia w stronę smierciozercy dając tym samym chwile profesorce na wypicie eliksiru. Kilka sekund później ta juz stala i ponownie zaczela zaciekle walczyć. Krukonka przedzierała się między walczącymi parami w poszukiwaniu innych rannych co chwile uciekając przed rzucanymi w jej stronę zaklęciami aż jej wzrok natrafił na czarne oczy które widac było pod maska smierciozercy. Snape, który walczył właśnie z panem Weasley.











Od czasów sprzed pierwszej wojny nie miała okazji przyjrzeć się jego walce. Na pierwszy rzut oka widac było że się powstrzymuje, a jego ruchy i zaklęcia były jakby całkowicie płynne, nawet ułamka sekundy zastanowienia. Jak by recytował z pamięci wiersz po raz tysięczny tego samego wieczoru. Nawet się nie zadyszał podczas gdy pan Weasley zdawał się być prawie wykończony. Przyjrzała się ponownie oczom profesora. Choc z jego ust padały głównie czarnomagiczne klątwy to oczy byly puste. Nie bylo juz tego przerażającego blasku jak podczas gdy byl uczniem. Tylko pustka i zimno. Stałaby tak patrząc w te oczy cala wieczność gdyby nie glos którego tak bardzo nie chciała tu słyszeć. Hermiona.
- Luna, biegnij pomóc profesor Sprout!
Oderwała wzrok od czarodzieja i szybko odszukała profesor zielarstwa która leżała na ziemi i pluła krwią. Krwotok wewnętrzny. Drżącymi rękami odkręciła odpowiednia fiolkę i pomogła profesorce napic się lekarstwa gdy jej stan byl juz stabilny to rozejrzała się w poszukiwaniu kolejnych ofiar. Pierwsza osoba na której trafił jej wzrok byl Neville. Przez jej ciało przeleciała fala paniki - co on tu robi? Czyżby bylo tak zle ze dyrektor wyslal nawet uczniów do walki? Rozejrzala się ale nie zobaczyła innych przyjaciół. Lekko odetchnęła z ulga i znów spojrzała na gryfona który wyraźnie nie dawał sobie rady z czarodziejem w masce smierciozercy i długich, platynowo blond długich włosach. Malfoy. Przed jej oczami przeleciała wizja jaka miała podczas snu. Nim zdarzyła pomyśleć, nim mózg mógł wyslac informacje do jej ust ona juz wypowiadała formule zaklęcia 'breakbones' w stronę smierciozercy. Bala się tego. Bala się ze znów zostanie pochłonięta przez czarna magie. I wtedy przypomniała sobie co mówił Snape. Myśl o tych których kochasz. I pomyślała. Myślała o Ginny, Hermionie, Harrym, Ronie i Nevillu. Kochanym słodkim Nevillu. Cała milosc jaka miała do przyjaciela zawarła w tym jednym zaklęciu który miał mu pomóc. Znikąd ujrzała rude włosy Ginny. Upadała. Serce zaczęło jej walić jak oszalałe i nawet nie spojrzała co stało się z Lucjuszem, juz biegła w stronę przyjaciółki.
- Ginny! Ginny co się stało??
Spojrzała na maga z ktorym walczyla ruda. Widziała tylko oczy ale doskonale wiedziała do kogo należą. Draco. Miała ochote płakać zw szczęścia, bo jak to on to nic poważnego jej przyjaciółce nie będzie.
- Klątwa osłaniająca. Wystarczy eliksir piepszowy.
Taki tez jej podała i pomogła jej wstać. Z pola walki znikało coraz więcej smierciozercow a to zwiastowało jedno - wygrali ta bitwę. Ale oczywiście nie obyło się bez ofiar z ich strony. Luna wraz z gryfonka pomogły się teleportować pani Weasley która miała polamane obie nogi, a za nimi do skrzydła szpitalnego przybyło jeszcze kilka osób z większymi lub mniejszymi ranami. Gdy każdy juz był opatrzony a część leżała przykryta kocami w łóżkach pojawił się dyrektor.
- Gratuluje Wam. Przegoniliście smierciozercow gdzie pieprz rośnie.
Przez sale przeszły okrzyki radości.
- Ale to jeszcze nie koniec. Voldemort na pewno jest zły i juz planuje jak się odegrać. Musimy być gotowi w kazdej chwili na kolejny atak. Wiec wypoczywajcie i szybkiego powrotu do zdrowia.
Był juz przy drzwiach gdy go dopadła.
- Profesorze Dumbledore?
- Tak Luno?
- A co z Draconem i profesorem Snape'em?
- Spokojnie, Draconowi na pewno nic nie jest.
Odwrócił się z zamiarem odejścia ale mu nie pozwoliła.
- A profesor?
Przez chwile się nie odzywał i była juz pewna ze odejdzie bez słowa ale postanowił w końcu przekręcił się w jej stronę świdrując ją przez chwilę wzrokiem. W końcu się odezwał.
- Zostanie ukarany. Voldemort juz na pewno się domyślił ze Severus powiedział mi o planowanym ataku. Ale spokojnie, nic poważnego mu nie będzie. Tom nie może go zabić bo jest mu zbyt potrzebny. Idź juz spać, musisz być wyczerpana a musimy być gotowi na kolejne uderzenie w kazdej chwili.
Luna patrzyła jak siwowłosy czarodziej odchodzi zastanawiając się jak można do czegos tak strasznego jak wielogodzinne tortury najstraszniejszymi klątwami na naszej jedynej nadzieji na wygrana w tak blachy sposób.











piątek, 19 czerwca 2015

Rozdział XXI

Witajcie!
Wiem ze obiecałam dodać rozdział dużo wcześniej ale jakos brak weny mnie dopadł ale dziś przysiadłam i napisałam. Mam nadzieje ze spodoba Wam sie choć niewiele sie w nim dzieje. Nie obiecuje kiedy dodam następny ale jak juz wena w miare wróciła to mysle ze niedługo. Liczę na komentarze. Buziaki i jeszcze raz przepraszam za opóźnienie.
Rozdział XXI
Dziewczęta od rana poczynały przygotowania do zaprezentowania tortu na cześć zaręczyn Remusa i Tonks. Hermiona właśnie wyciągnęła biszkopt z piekarnika, Ginny już w tym czasie robiła krem a Luna pogrążona w myślach rozwałkowywała marcepan. W myślach wciąż była w gabinecie Snape'a, wciąż w jego ramionach. Jeszcze tydzień temu nie przyszło by jej do głowy że pozycja w jakiej znajdowała się z profesorem może w niej obudzić uczucia, i to bynajmniej nie mdłości. Ale teraz tak właśnie czuła. Te własnie ramiona dały jej od dawna poszukiwane poczucie bezpieczeństwa. Bezpieczeństwa i tego ze w końcu jakoś wszystko się ułoży. W tych czasach to na prawdę wiele. Myślała też o tym co wydarzyło się po tym gdy delikatnie wyswobodziła się z jego ramion. Nie żeby ją jakoś powstrzymywał, pewnie był zachwycony że wreszcie się od niego odkleiła taka małolata jak ona. Dał jej kilka rad odnośnie tego czego powinna w czasie walki unikać oraz tego o czym myśleć gdy będzie czuła że załamanie nadchodzi. Mówił to tak jak by jeszcze kilka minut temu nie trzymał jej w swoich chudych aczkolwiek silnych ramionach. Z zamyślenia wyrwał ją głos Ginny
- Luna. Luna
- Tak?
- Wszystko w porządku?
- Pewnie, a co?
- Od kilku minut poprostu stoisz z marcepanem w dłoniach i wpatrujesz się w jeden punkt.
- Och nic się nie stało poprostu się zamyśliłam.
- Wciąż martwisz się o tą kwestie czarnej magii?
Luna nie odpowiedziała na zmarwione spojrzenie Hermiony i wymijająco odpowiedziała
- Myślę o tym co powiedział mi profesor Snape.
Była nie była to co prawda do końca prawda ale nie chciała ich tak całkowicie okłamywać, a to przynajmniej bezpieczny temat. Dzień po rozmowie z Mistrzem Eliksirów opowiedziała dziewczynom o tym co dowiedziała się od mężczyzny. Nie wspomniała jedynie o swojej chwili słabości i o tym co stało się w jej czasie.
- No i o tym jak udekorować tort. Rozważałam napisanie ich imion ale to wydaje się być troche oklepane. Myślałam też o figurkach - podobiznach ale obawiam się że aż tak utalentowana to jednak nie jestem. Teraz rozważam opcje pokrycia całego torta gładką warstwą różowego marcepanu i czekoladowego design'u a'la mehndi. Co o tym myślicie?
- A co to jest to mehndi?
Z odpowiedzią oczywiście wyrwała się Hermiona zanim Ginny w ogóle dokończyła pytanie.
- To takie typowo indyjskie-kwiatowe wzory. Myślę że ta opcja będzie najlepsza. Delikatny róż marcepanu z czekoladą będą świetnie się uzupełniać a i połączenie smaków będzie wyborne.
- No to super już wiemy co i jak.
Gdy biszkopt ostygł Ginny ostrożnie podzieliła go na trzy warstwy po czym na każdą wastwę dała solidną porcje kremu. Pozostała tylko 'kosmetyka' tortu. Luna rowałkowała równiutko marcepan i nałożyła na tort, a nadmiar odcięła nożem, a w garku rozpuściła czekoladę i następnie przez dobrych dwadzieścia minut ozdabiała nią torta. Gdy w końcu wszystkie uznały że lepiej już być nie może wsadziły swoje dzieło do lodówki jako że do przyjecia zostało jeszcze dobrych pół godziny i rozeszły się aby się przebrać i ogarnąć przed imprezą. Luna przygotowała już sobie sukienkę do kostek, na szerokich ramiączkach z delikatnym dekoldem w kolorze pistacjowym. Szybko wzięła prysznic, włożyła skromną sukienkę i spojrzała w lustro. Z niewiadomych przyczyn chciała wyglądać dziś na prawdę pięknie, czuć się wyjątkowo. We włosy wsadziła różdżkę tak że ułożone były w niedbały kok pozwalając aby kilka niesfornych loków okalało jej twarz. Zwykle nie malowała się, bo i po co, i tak jej nikt nie zauważa chyba żeby po to aby ją obrazić, ale dziś postanowiła zaszaleć i wyciągnęła z torby różowy błyszczyk który kupiła kiedyś w mugolskim sklepie. Spojrzała ponownie w lustro stwierdzając że ostatecznie jest zadowolona z efektu. Włożyła jeszcze złote balerinki i była gotowa. Na wierzch włożyła szatę zakrywając tym samym swój odświętny strój i po dobrych kilku minutach była już w Pokoju Życzeń. Pojawiła się jako jedna z pierwszych choć sporo czasu spędziła na ogarnianiu się. Dzisiejszego wieczoru Pokój przeobraził się w elegancją salę bankietową udekorowaną w odcienie beżu i czerwieni, w tle grala cichutko muzyka. Pod jedna ze ścian stal stol z poczęstunkiem a po drugiej stronie okrągłe stoliki przy których stało po sześć krzeseł. W jednym z rogów sali stała para dla której było to przyjęcie. Remus ubrany był w odświętną, popielata szate, natomiast Tonks miała na sobie długą szmaragdową suknie która świetnie współgrała z jej zielonymi dzis oczami i blond włosami w których były gdzie nie gdzie zielone pasemka. Wyglądali razem cudownie. Luna podeszła do nich z gratulacjami i życzeniami długiego, szczęśliwego i owocnego zycia, wyściskała oboje. W międzyczasie w sali pojawiła się reszta zaproszonych gości. Każdy podchodził do przyszłych państwa młodych z życzeniami i drobnymi prezentami, a gdy juz każdy wycałował ich w oba policzki muzyka zaczęła grać głośniej i żwawiej i zaczęły się tańce. Remus z Tonks oczywiście zaczęli pierwsi a następnie dołączyli do nich państwo Weasley'owie, Ginny wraz z Harrym, dyrektor z profesor McGonagall i kolejne pary. W tłumie wypatrzyła ze Hermiona miała utkwione błyszczące oczy w swoim partnerze do tańca i w swoim zadaniu - Kingsley'u, a i on nie spoglądał na nią obojętnie. Czyżby cos się miedzy nimi działo? Zakodowała sobie w pamięci aby przy najbliższej okazji zapytać o to przyjaciółkę. Po kilku minutach została poproszona do tańca przez pana Artura a następnie jednego z bliźniaków, Nevilla a dwie piosenki spedzila z Remusem który okazał się niezwykle dobrym tancerzem. Gdy podszedł do niej ponownie Neville odmówiła gdyż musiała chwile odsapnąć. Wzięła kieliszek szampana i usiadła przy jednym ze stolików patrząc na tańczące pary. Prawie wszyscy byli na parkiecie, większość wiec stolików było pustych z wyjątkiem tego przy ktorym usiadła i tego przy ktorym siedział nie kto inny tylko Severus Snape zajęty pałaszowaniem pasztecików przygotowanych przez panią Molly ze szklanka ognistej przy talerzu. Nie wiele myśląc wstała z krzesła i ruszyła w stronę czarodzieja. Nie zapytawszy o zgodę poprostu zajęła miejsce obok niego.
- Nie tańczy Pan?
Spojrzał się na nią wzrokiem którego nie powstydziłby się sam bazyliszek.
- A czy zwykłem robić z siebie pajaca jak ci tam?
Wskazał glowa na tańczące pary.
- Kilka chwil tańca nie sprawi ze będzie Pan wyglądał jak pajac.
- Spadaj z tad Lovegood, nie zatruwaj mi powietrza.
Jakiż on miły. Rozważała czy odciąć mu się ciętą ripostą czy może rozsądniej byloby jednak zachować milczenie ale muzyka ucichła i Hermiona przywołała ja gestem dając znak ze czas na tort. Luna machnięciem różdżki sprowadziła ich prezent dla świeżo upieczonych narzeczonych, a Ginny i Hermiona stanęły po jej obu bokach.
- Co robiłaś ze Snape'em?
- Nie teraz Ginny.
Z uśmiechami na twarzach podeszły do celebrytów.
- Otrzymaliśmy pomoc w anulowaniu zamówienia w cukierni i same zajełysmy się sprawą. Mam nadzieje ze będzie Wam smakować.
Tonks objęła je wszystkie na raz i ze łzami w oczach dziękowała za ten niezwykły prezent. Remus również im podziękował uściśnięciem dłoni. Bliźniaki przenieśli stol a pani Weasley podała im talerzyki i nóż który ci oboje wzięli w dłonie i wspólnie ukroili pierwszy kawałek a następnie wzajemnie się nimi nakarmili przy czym oczywiście oboje mieli ubrudzone cale usta, policzki a nawet nosy i brody. Właśnie mieli kroić torta dla reszty gości gdy obok nich wyrósł jak z pod ziemi mężczyzna w czarnych szatach trzymając się za lewe przedramię i powiedzial grobowym tonem
- Zostałem wezwany. Zaczęło się.















piątek, 29 maja 2015

Wracam

Witajcie
Szczerze powiem ze bylam pewna ze nikt tu juz nie zaglada  no i patrze a tu nawet nowe komentarze z prozba o powrot. Kocham Was za to i oznajmiam iz powracam. Nowa notka najdalej 5 czerwca.
Dziekuje Wam bardzo za motywacje
Buziaki

piątek, 27 marca 2015

Rozdział XX

Rozdział XX
Od ostatniego, nagłego zebrania członków Zakonu Feniksa mijał już drugi dzień ale puki co żadno z nich nie dostało wiadomości o ataku. Wszystko toczyło się tak zwyczajnie jak zawsze, że aż ciężko było uwierzyć że w każdej chwili mogą zostać wezwani do bitwy w której mogą stracić swoje życie. Jedynie Snape był w jeszcze gorszym humorze niż zwykle. Natomiast Luna nie była w stanie myśleć o niczym innym jak wizja którą miała. Czy to możliwe że spełni się ona właśnie na tej bitwie na którą czekali? No i jeszcze jedno. Podczas swojej misji rzuciła czarnomagiczne zaklęcie na Lucjusza gdy Neville zaczął przegrywać. Czy to znaczy że niepozbyła się całkowicie tej ciemności ze swojego serca? A może w panice wypowiedziała zaklęcie, i czarna magia znów nią owładnie? Co prawda Snape był po ich stronie a udawało mu się rzucać tego typu zaklęcia i pozostać ''normalnym'', ale szczerze watpiła czy jest aż tak silna jak on. Nie, ona była pewna że nie była. Jak więc miała sobie z tym wszyskim poradzić? W umyśle miała istną burzę pytań na które nie znała odpowiedzi. Powinna porozmawiać z Dumbledore'm. Tak, to było jedyne rozsądne rozwiązanie. Wciąż pogrązona w myślach wstała z zamiarem udania się do gabinetu dyrektora gdy ktoś pociągnął ją za rękaw.
- Luna, co ty robisz?
Ginny patrzyła na nią ze zdziwieniem wymalowanym na twarzy. Krukonka rozejrzała się do okoła i stwierdziła że jest w klasie, a głowy wszystkich uczniów jak i profesor Mc'Gonagall były skierowane w jej kierunku. Kurcze, była tak zamyślona że zapomniała że jest na transmutacji.
- Ja... przepraszam pani profesor.
Zajęła ponownie swoje miejsce w ławce obok rudowłosej gryfonki czując na sobie uważny, zatroskany wzrok nauczycielki. Kilka minut pużniej rozległ się dzwonek ogłaszający koniec lekcji. Blondwłosa zebrała swoje książki i wsadzając je do torby ruszyła razem z Ginny na obiad. Do Dumbledore'a pujdzie po lekcji ze Snape'em.

Hermiona dodała właśnie ostatni składnik do eliksiru bezsennego snu i zamieszała trzy razy zgodnie ze wskazówkami zegara. Jak zwykle skończyła jako pierwsza i z politowaniem patrzyła jak Harry próbuje zaklęciem zmienić kolor eliksiru na pożadany. No na prawdę, czy przez te wszystkie lata ani razu nie zobaczył na pierwszej stronie podręcznika informacji że żadno zaklęcie nie zmieni koloru mikstury? Szeptem podpowiedziała mu żeby jak najszybciej dodał suszony liść mandragory to będzie lepiej. Zerknęła w stronę Snape'a który siedział za biurkiem sprawdzając jakieś prace. Musi porozmawiać z czarodziejem. Podczas obiadu Ginny podzieliła się z nią swoimi obawami co do samopoczucia Luny. W sumie to nic dziwnego że krukonka zachowuje sie inaczej. Po pierwsze myśli o swojej wizji a po drugie boi się że w trakcie walki czarna magia znów nia zawładnie. Nie trzeba umieć czytać w cudzych myślach aby się tego domyślić. Ona sama nie wiedziałaby co zrobić w takiej chwili. W dodatku jej ojciec wciąż nie jest przytomny... Musi być jej na prawdę z tym wszystkim ciężko. Ma jedynie nadzieje że dupek z lochów okaże choć troche współczucia i postara się jakoś pomuc jej przyjaciółce chociaż z kwestą walki i zaklęć. Mogła co prawda sama poszukać odpowiedzi w bibliotece ale w przypadku Luny rozmowa z człowiekiem opłąci się bardziej niż suchy tekst jakiegoś podręcznika, a tylko on ma jakąkolwiek wiedzę na ten temat. Myśląc o tym wszystkim do jej myśli wkradli się jej rodzice. Co teraz robili? Gdzie byli? Czy docierały do nich wieści z jej świata? Jak ciężko było im żyć jako Ci którzy byli rodzicielami Hermiony Granger, przyjaciółki Harry'ego Pottera? Nie znała odpowiedzi na żadno z tych pytań. Ale to dobrze. Wystarczy jej jedynie świadomość że zostali bardzo dobrze ukryci, a ich tejemnicy strzeże profesor Dumbledore. Z zamyślenia wyrwał ją Snape który właśnie warknął że czas sie skończył i zaczął przechodzić między ławkami zaglądając w kociołki uczniów. Po odjętych 20 punktach Gryffindorowi i nagrodzeniu ślizgonów 30 oraz kilku soczystych epitetach jakie wygłosił w stronę Harry'ego rozległ się dzwonek ogłaszający koniec lekcji. Gryfoni pierwsi wyszli z sali a za raz po nich reszta, aż w końcu została z głową domu węża sam na sam.
- Czego chcesz Granger?
- Ja chciałam porozmawiać o Lunie profesorze.
Chyba chciał dodać jakąś zgryźliwą uwagę ale ostatecznie nie odezwał się wcale więc Hermiona postanowiła kontynuować.
- Chodzi o to że ona boi się że podczas walki w jakimś krytycznym momencie mniej lub bardziej świadomie użyje czarnej magii i znów będzie taka jak po powrocie z misji.
- Skąd wiecie o jej misji?
- Profesorze, wbrew temu co Pan przez te lata myśli nie jesteśmy aż tak głupi.
- Nie bądź bezczelna Granger.
- Przepraszam, ale taka jest prawda. Nikt ot tak nie zmienia się podczas jednej nocy. Ale wracając do tematu. My nie wiemy jak jej pomóc...
- No proszę, nie ma nic na ten temat w bibliotece?
Nienawidziła jak ktoś jej przerywa. A on to robił bez przerwy. Wzieła głęboki oddech i kontynuowała dalej.
- Nie wiem. Ale nawet jak by coś było to i tak myślę że w tej delikatnej kwesti bardziej przyda się rozmowa z kimś doświadczonym. Dlatego proszę, aby profesor porozmawiał z nią na ten temat, może coś doradził.
- A czy ja ci wyglądam na psychiatrę Granger?
- Nie, zdecydowanie nie. Ale jest Pan jedynym który coś wie na ten temat.
- Nie prubuj się podlizywać.
- Nie prubuje, stwierdzam jedynie fakty. A nawet gdyby, to dla przyjaciół jestem w stanie podlizywać się nawet Voldemortowi jeśli byłaby szansa że odniose zamierzony cel. Do wiedzenia profesorze.
Opuściła salę. Wiedziała że choć do tego się nie pali, to pomoże krukonce.

Luna była w połowie drogi do lochów. Noga już jej nie praktycznie nie bolała, a po ranie nie zostanie nic ponad małą bliznę. Na drugi dzień po wypadku udało jej się pokroić korzeń srebrzystej wierzby pod odpowiednim kontem i wczoraj zaczęła już ważyć eliksir na odzyskanie przytomności. Przyda im się on jeśli w każdej chwili mogą wyć wezwani do walki. Właśnie, walka. Przed oczami znów stanęły jej sceny z jej wizji sprawiając że zaczęła drżeć i nie miało to nic współnego z tym że byla już blisko gabinetu nietoperza. Ostatnie kroki przemierzyła próbując się uspokoić i po warknięciu "zapraszającym" weszła do gabinetu i od razu ruszyła w stronę kociołka w którym wczoraj już częściowo przygotowała miksturę.
- Lovegood, czy nikt Cię nie nauczył że po wejściu należy się przywitać?
No tak, pogrążona w zmartwieniach zapomniała.
- Przepraszam profesorze. Dobry wieczór.
- Minus pięć punktów Lovegood. A teraz bierz się do roboty.
- Dobrze profesorze.
Po dobrej godzinie dodawania składników i mieszania a eliksir potrzebował jeszcze tylko trzech godzin ważenia na wolnym ogniu odwróciła się w stronę swojego profesora.
- Skończyłam.
Przytaknął głową więc pewna że teraz ją odprawi zaczęła już iść powoli w kierunku drzwi.
- A Ty Lovegood gdzie?
- Myślałam że już dziś nie będę Panu potrzebna.
Podniusł głowę znad papierów którymi miał zawalone całe biurko i jednym spojrzeniem przywołał ją do siebie.
- Tak profesorze?
- Chciałem porozmawiać z Tobą na temat tego co może się stać podczas walki. Mam nadzieje ze przyszło do twojej pustej głowy że w czasie bitwy trudniej Ci będzie utrzymać się od wpływu czarnej magii, szczególnie czując do okoła jej potęgę.
- Owszem profesorze, myślałam o tym.
- Myślałaś, i nie poszłaś do nikogo aby się poradzić?!
Luna stała przed biurkiem patrząc mężczyźnie w oczy. Od kilku dni emocje zbierały się w niej powoli, a teraz krzyk profesora który zwykle nie robił już na niej większego wrażenia sprawił że poczuła się przytłoczona, że już więcej nie da rady a pod jej powiekami pojawiły się łzy. Mrugnęła kilka razy prubując je odpędzić.
- Dziś miałam udać się do profesora Dumbledore'a.
- Dziś? A jak dostalibyśmy wezwanie wczoraj?! Powinnaś udać się z tym do dyrektora lub do mnie zaraz po tym jak pojawiły się obawy!!
Oczy miała już praktycznie całkowicie zasłonięte łzami które wciąż starała się powstrzymywać, gardło ściśnięte.
- Przepraszam...
- Przepraszam?! I myślisz że to wystarczy? Wydostać się z ramion czarnej magii to jedno, a nie wpaść w nią ponownie to drugie!
Krukonka nie była w stanie dłużej powstrzymywać łez które spłynęły jej po policzkach. Nie była w stanie dłużej trzymać tego wszystkiego w sobie. Zasłoniła twarz dłońmi spomiędzy których słychać było szloch. Rozpłakała się na dobre choć sama nie wiedziała co ją tak naprawde złamało. Luna Lovegood nie płakała od dnia śmierci swojej matki. Smuciła się, załamywała. Ale nie płakała. Nie płakałą gdy wyzywano ją od Pomylun, nie płakała gdy wrócił Voldemort, nie płakała gdy dowiedziała się o obecnym stanie ojca. Az do teraz. Nie miała siły utrzymać się dłużej na nogach i zapewne upadła by na zimną posadzkę gdyby nie ramiona które w porę ją objęły. Nie zastanawiając się skąd się tu wzieły ani do kogo mogą należeć poprostu schowała się w nich i szanosiła cichym szlochem. Niewiedziała ile to trwało, wiedziała jedynie że gdy już się uspokoiła poczuła się lepiej. Dużo lepiej. I bezpiecznie. Bezpiecznie w ramionach które ją obejmowały. Zaraz.... czyich ramionach?

niedziela, 8 marca 2015

Rozdział XIX

Witajcie!
Przepraszam ze tak puzno ale znow mam problemy z telefonem czasem dziala czasem nie. Mam dwie wiadomosci. Pierwsza jest dobra, mianowicie 17 marca przylatuje na kilka tygodni do polski. Zla taka ze do 21 na pewno nie bedzie nowej notki bo teraz musze sie juz powoli szykowac a jak tylko przylece to mam kilka niecierpiacych zwloki spraw. No i jeszcze jedna - moze uda mi sie namowic brata na zrobienie mi nowego szablonu. Jaki chcialybyscie kolor?
Buziaki i przepraszam za to ze nastepna bedzie dopiero za jakies dwa tygodnie.


Rozdział XIX
Gdy każdy wypił herbatę a część panów wychyliła jeszcze po kieliszku ognistej i wszystkie paszteciki były w brzuchach członków Zakonu Feniksa powoli zaczynali się ze sobą żegnać. W tej właśnie chwili Remus postanowił przekazać wszystkim szczęśliwa nowinę.
- Hej, poczekajcie. Chciałbym cos powiedziec.
Na twarzy Tonks pojawił się uśmiech wielkości banana gdy podchodziła do narzeczonego przeczuwając co ten planuje oglosic. Wszyscy spojrzeli w ich kierunku.
- Kilka dni temu oświadczyłem sie Tonks która była tak dobra i zgodziła sie je przyjąć.
Wsród zebranych rozeszły się oklaski i głośne gratulacje a ci co byli najbliżej zaręczonych uściskali ich życząc im szczęścia.
- Ale to nie wszystko. W następna sobotę odbędzie się przyjęcie z tej okazji w Pokoju Życzeń o 20 na które wszyscy jesteście zaproszeni.
Po kolejnych okrzykach radości, życzeniach i Sto Lat Młodej Parze każdy rozszedł się z uśmiechami na ustach w swoja stronę.




Harry siedział w pokoju gryffindoru w swoim ulubionym fotelu przed kominkiem i zamyślony wpatrywał się w ogień. Czul się zle po kazdej kłótni z Ginny. A powody mieli dwa - albo to ze omijał ja w dniach kiedy strach przed tym ze zginie tym samym raniąc ja bym silniejszy niż cokolwiek innego i dni w których pragnął jej tak bardzo ze sam nie dawał sobie z tym rady. Z jednej skrajności popadał w druga nie wiedząc jak dać sobie z tym rade. Fakt ze ja przeprosi a ona znów mu wybaczy nic nie pomoże. Musi poprostu ustatkować się uczuciowo: albo przy niej cały czas cokolwiek będzie się działo w jego glowie, albo musi dać jej odejść. Ta sytuacja do niczego nie prowadzi. Zastanowił się przez chwile i ostatecznie stwierdził ze nie jest w stanie wyobrazić sobie zycia bez niej u boku. Musi wiec zebrać w sobie sily i dać jej czas na przygotowanie się do czegoś więcej niż pocalunki. Z obietnicą poprawy ktora złożył samemu sobie poszedł do domitorium by dać się pochłonąć przez ramiona Morfeusza.




Luna szla właśnie korytarzem w stronę biblioteki gdy zauważyła Ginny i Hermione idące w tym samym kierunku.
- Poczekajcie!
Podbiegła i juz była z nimi.
- Hej!
- Hej! Właśnie miałyśmy Cie szukac.
- Cos się stało?
- Nic. Ale pomyślałyśmy żeby przygotować cos na przyjęcie zaręczynowe Remusa i Tonks i chciałyśmy spytać czy byś nam nie pomogła.
- Pewnie, w sumie sama też myślałam o zapytaniu was o to samo. Co proponujecie?
- Moja mama i Andromeda maja przygotować jedzenie. Ale żadna z nich nie ma talentu do pieczenia ciast. Tonks zamówiła torta w cukierni na Pokatnej ale tam jest strasznie drogo wiec nie ma sensu żeby rujnowali się na troche słodkiego. Pomyślałyśmy wiec ze może my byśmy upiekły torta, a Bill obiecał iść do cukierni i anulować zamówienie. Co o tym myślisz?
- Świetny pomysł. Moja mama byla mistrzynią w zrobieniu tortów, jej marcepan zawsze był idealny. Zawsze rozwałkowywałyśmy go kilka razy a później pokrywałyśmy nim całego torta robiąc do tego marcepanowe ozdoby.
- No to super. Hermiona jest mistrzynią biszkoptu, ja zrobię krem a ty zajmiesz się ozdobami.
Omówiły jeszcze dokładnie kiedy co ktora będzie robic i Hermiona poszła do kuchni dogadać się ze skrzatami. Ginny posiedziała z Luna jeszcze chwilę w bibliotece przeglądając Podstawowe Zaklęcia Lecznicze po czym poszła na pierwszy w tym roku trening Quidiqa. Krukonka dokończyła wypracowanie na transmutacje i spojrzała za okno. Ściemniało się wiec czas iść do lochów.


- Dobry wieczór.
- Dla kogo dobry dla tego dobry.
- Cos się stało?
To pytanie wydobyło się z jej ust zanim pomyślała.
- A co cie to interesuje?!
- Przepraszam. Poprostu uważam ze jak się przed kimś wygadamy to jest nam lepiej.
- I miałbym się niby wygadywać tobie? Rowena musi przewracać się w grobie słysząc co jedna z jej córek mówi.
Stwierdziła ze bezpieczniej będzie nie odpowiadać na to stwierdzenie. Spróbowała wiec z innym tematem. W tym samym czasie co nauczyciel.
- To co dzis...
- Dzis będziesz...
Oboje przerwali w tym samym momencie. I ponownie zaczęli.
- Przepraszam ze...
- Kto ci pozwolił...
Widziała ze profesor byl juz mocno zdenerwowany postawiła wiec nie próbować przepraszać dopóki ten się nie wygada.
- To ze znoszę Cie w swoim gabinecie nie znaczy ze możesz mi tak ostentacyjnie przerywać! Co ty sobie wyobrażasz! Minus dziesięć punktów i żeby to mi byl ostatni raz!!!
Luna spodziewala sie dłuższego krzyku. Widac ma dzis dobry humor. Bynajmniej miał.
- Przepraszam. To nie bylo celowe.
- Nic nie dzieje się przypadkiem Lovegood. A teraz do roboty. Dziś robisz eliksir na wewnętrzne krwawienie. Przygotuj wszystko z wyjątkiem korzenia srebrzystej wierzby bo ten kroi sie inaczej niż zwykle.
Dziewczyna zabrała się do roboty co chwila zerkając w przepis który znajdował sie w tej samej księdze co poprzedni żeby nie popełnić nawet najmniejszego bledu. Gdy w końcu skończyła zauważyła ze na czole ma kropelki potu.
- Skonczylam profesorze.
- No wreszcie. Juz myślałem ze planujesz tu spędzić cala noc. A teraz do rzeczy. Wstał i podchodząc do jej ławki podwinął rękawy. Miał białą skórę, a całe przedramie miał pokryte dość gęsto czarnymi włosami. Mimowolnie zatrzymała dłużej wzrok na Mrocznym Znaku. Nie uszło to uwadze mężczyzny który od razu zaczął zasłaniać przedramię.
- Nie przeszkadza mi.
Miała wrażenie ze chcial jej powiedziec znowu cos niemilego ale ostatecznie nic nie mówiąc nie opuści rękawa czarnej koszuli.
- Spróbuj wysilić swój mozg i zapamiętać jak to robię bo nie mam zamiaru pokazywać za każdym razem.
Przysunęła się w stronę nauczyciela ale zachowując stosowna odległość. Czarnooki przekroił korzeń wpierw wzdłuż a następnie w plasterki.
- Korzeń musi być pokrojony pod katem 35 stopni, na plastry o szerokości 2 milimetrów. Pierwszy i ostatni plaster wyrzucasz. Teraz ty.
Zadanie okazało się trudniejsze niż mogłoby się wydawać i po dwóch plastrach usłyszała głośne sapnięcie oznaczające w przypadku mistrza eliksirów ze robi cos zle.
- Kroisz pod złym kątem. Ma być 35 a nie 40 stopni.
Luna próbowała dalej ale kolejne dwa plastry były tylko odrobine bardziej pochylone niż poprzednie. Nauczyciel dość mocno zdenerwowany zabrał jej z reki nóż i kazał stanąć po przeciwnej stronie lawki i znów obserwować jak on to robi. Gdy ponownie przyszła jej kolej poczuła strużki potu spływające po jej karku. Zdarzyla przyłożyć nóż do korzenia gdy malo nie straciła słuchu przez nagły krzyk profesora.
- Ty idiotko! Ile razy mam ci pokazywać żebyś zrozumiała?! Żeby nie potrafić poprawnie pokroić głupiego składnika?! Gnom by sobie lepiej poradził!
Nóż wypadł jej z dłoni i wbił się w jej stopę. Poczuła fale bólu. Mężczyzna podążył za jej wzrokiem a wokół jej nogi juz zaczęła się robic kałuża krwi.
- Zobacz co głupia narobiłaś! Z kim przyszło mi pracować!
Luna poczuła jak zaczyna słabnąć. Czarodziej chyba to zauważył bo od razu podstawił jej krzesło na które wdzięczna opadła.
- Nie ruszaj się.
- Zniknął w swoim składziku by po chwili wrócić ze słoikiem z maścią w jednej i eliksirem wzmacniającym w drugiej dłoni.
- Najpierw pij.
Wychyliła zawartość buteleczki. Poczuła ze wracają jej sily.
- Teraz nawet nie drgnij. Wyjmę noz i zdejmę ci buta.
Gdy wyjmował noz lekko się skrzywiła a jak zdjął buta i wylała się z niego krew poczuła ze znów opada z sil.
- Jak słabniesz na widok krwi to się na nią nie patrz!
Odwróciła głowę w drugą stronę ale bylo za późno. Osunęła się z krzesła.













Luna powoli otworzyła oczy i rozejrzała się. Byla w nieznanym jej pomieszczeniu. Wszystkie ściany pokryte byly księgami na hebanowych polkach, na podłodze leżał szmaragdowy perski dywan. Ona sama leżała na czarnej, skurzanej sofie ktora stała przed hebanowa ława, a po jej drugiej stronie stały dwa fotele. Całość choc zachowana w czerni z kilkoma akcentami zieleni byla wyjątkowo przytulna. Ciekawe czy podobnie wygląda pokój wspólny slizgonow. Nie zdarzyła rozważyć tej myśli gdyż do pokoju wszedł czarnowlosy czarodziej.
- No wreszcie! Juz myślałem ze będę musial narazić swoja sofę na zniszczenie próbując cie dobudzić woda!
Luna zarumieniła się lekko. Nie miała pojecia ile czasu byla nieprzytomna. Spojrzała na swoja stopę ktora byla teraz owinięta bandażem.
- Do jutra powinna być ok.
- Dziękuję profesorze.
Nagle zdała sobie sprawę ze nigdy nie znajdowała sie w tak miłym i przytulnym pomieszczeniu z żadnym mężczyzna wczesniej. Ta myśl sprawiła ze jej rumieniec pogłębił się. Mężczyzna w tym czasie zajął miejsce na jednym z foteli.
- Możesz mi powiedzieć jak planujesz podawać eliksiry rannym w czasie bitwy skoro mdli cie na widok krwi? Będziesz jedynie wadzić bo ktos nieustannie będzie cie musial cucić.
- To nie tak... Ja mdleje tylko na widok swojej krwi. Brałam udział w bitwie w Ministerstwie i w zeszłym roku w bitwie o Hogwart i pomimo obrażeń innych ich krew nie działa na mnie w ten sposób co moja.
Snape uniósł brwi chyba nie do końca jej wierząc. Ale to była prawda.
- Minus piec punktów za kłamanie nauczycielowi.
Z kieszeni szat podał jej flakonik z eliksirem wzmacniającym. Bez słowa wychyliła go duszkiem czując jak wracają jej siły.
- No to jak juz z toba dobrze to wracaj do wieży. Jutro o 17.
Luna przytaknęła stwierdzając ze w sumie to nie ma ochoty wychodzić. Profesor o dziwo nie krzyczał ani nie obrażał jej na tysiąc sposobów. Przez chwile wróciła pamięcią do momentów przed pierwsza wojna kiedy do siedziala z mężczyzna na przeciwko w bibliotece. Jak spacerowali wzdłuż lasu.
- Lovegood! Czy ja nie wyraziłem się jasno? Zmiataj do swojej wieży!
No i to by bylo na tyle co do braku krzyków. Podniosła sie z sofy.
- Te po lewo.
Ruszyła w stronę wskazanych przez niego drzwi i gdy juz nacisnęła klamkę usłyszała syk mężczyzny. W mgnieniu oka odwróciła się nie zważając na nagle bol w stopie. Profesor trzymał się za lewe przedramie. Luna wiedziała co to oznacza. Został wezwany.
- Poinformuj Dunbledore'a. Ja nie mam czasu.
Zniknął w drzwiach po przeciwnej stronie stronie pokoju by po minucie wrócić w szacie Śmierciożercy z maska w ręku.
- No co tak stoisz? Idź juz!
Najszybciej jak mogla wydostała się z lochów i skrótami które znała znalazła się przed wejściem do gabinetu.
- Galaretka agrestowa.
Gargulec zwolnił jej przejście a ona nie czekając aż schody się rusza zaczęła po nich wchodzić. Stopa strasznie ja bolała a na białym wczesniej bandażu pojawiła się plama krwi. Zapukała i nie czekawszy na odpowiedz weszła do środka.
- Profesorze?
Czarodziej siedział pogrążony w jakiś papierach ale gdy weszła od razu poderwał się z krzesła.
- Co się stało?
- Profesor Snape został wezwany.
Starzec usiadł na krześle jakby z ulga.
- Spokojnie. Voldemort nie jest śpiochem i wzywa swoich bez zastanowienia się nad tym czy jest południe czy środek nocy. Możesz iść spać. Dobranoc.
Wycofała się z gabinetu ale przeraziła się jak spokojnie dyrektor przyjął fakt ze jego szpieg został wezwany. Przeciez w kazdej chwili mógł zostać odkryty jako ich szpieg w obozie wroga. Mógł właśnie w męczarniach umierać. Luna juz wiedziala ze tego wieczora nie uda jej się zasnąć mimo to nie mając nic innego do roboty udała się w stronę wieży. Ledwie zdarzyła przebrać się w piżamę do dormitorium wpadł patronus-feniks. Dziewczęta na szczęście spały. ' Spotkanie zakonu za piec minut. ' Posłaniec wiadomości rozpłynął się w powietrzu. Krukonka zarzuciła na siebie jedynie szlafrok i po chwili znów pukała do gabinetu. W środku siedziało juz większość członków w tym Snape. Z kominka co chwile ktos wychodził i po chwili byli juz wszyscy. Luna podeszła do gryfonow którzy też w piżamach pocierali zaspane oczy.
- Przepraszam ze zbieram was o tej porze ale mamy wiadomości. Severus został dziś wezwany aby zaplanować atakt na Dolinę Gordyryka.
Wśród zebranych rozeszła się fala przerażenia na twarzach. Dyrektor gestem przekazał glos Mistrzowi Eliksirów.
- Atak będzie bez zapowiedzi w ciągu najbliższych kilku dni wiec musicie być cały czas gotowi. Smierciozercow będzie 25. Plan robiłem tylko ja wiec nie mogę go ujawnić bez zdradzenia się.
- Na to nie możemy sobie pozwolić - przerwał Dumblodore - pozostaje nam wiec nadzieja ze mieszkańcy wioski przyłącza się do walki po naszej stronie. Skąd będziemy wiedzieć ze nastąpił atak?
- Zostanę wezwany.
- Dobrze. Zatem w kazdej chwili możecie dostać ode mnie patronusa a wtedy deportujecie się do doliny. Ci co będą wtedy w Hogwarcie maja punkt deportacyjny z wieży astronomicznej.
- Chyba nie planujesz wysyłać dzieci?
Pani Weasley obudzona trzymała dłonie na biodrach. Dyrektor zignorował pytanie.
- To wszystko.
- Albusie nie możesz!
Molly byla bliska łez. Dopiero co straciła jedno dziecko a być może do bitwy ruszy kolejne. Pan Weasley poprowadził ja do kominka i po chwili zniknęli. Luna tez ruszyła w stronę drzwi.