No siema, tu brat autorki. Z góry przepraszam za wcześniejszego posta (zapomniałem jednej kartki) ale już jest dobrze. Jeżeli znów czegoś będzie brakować to piszcie ale jestem dziś taki przymulony, no i tyle.
Miłego czytania.
sobota, 31 maja 2014
czwartek, 15 maja 2014
piątek, 2 maja 2014
Rozdział 21
Jakoś tak od rana wzięła mnie wena więc napisałam kolejny rozdział. Jutro wyjeżdżam do UK więc przez jakiś czas pewnie częściej będę pisała do puki nie znajdę jakiejś pracy. A rozdział dedykuję oczywiście mojej Lunie - twoje komentarze dodają mi weny i chęci do pisania. Dziękuję Ci bardzo i przepraszam że rozdział krótki i nie wiele się w nim dzieje.
-------------------------------------------------------------------
Ciemność. Zimno. Wilgoć. Cisza. Ale nie, nie całkowita cisza. Ktoś jest z nią, słyszy oddech, tuż obok. Powoli otwiera oczy prubując dostrzec coś w otaczającym ją mroku. Gdzie jest? Co się dzieje? Zamknęła oczy prubując sobie przypomnieć to co pamięta ostatnie. Pociąg. Jechała pociągiem. Ale gdzie? A tak do domu. Była z Ginny i Nevillem. Ból przeszył jej głowę i usłyszała syk wydobywający się z jej gardła.
- Spokojnie, powoli. Uderzyłaś się mocno w głowę, obawiałem się że już się nie obudzisz.
Zna ten głos. Słyszała go już kiedyś ale kiedy? Tak, gdy kupywała różdżkę z tatusiem na Pokątnej. Pan Ollivander. Ale czy na pewno? Ponownie otworzyła oczy tym razem widząc już lepiej i spróbowała się podnieść ale kolejna fala bólu przeszyła jej głowę aż się skrzywiła.
- Nie podnoś się, musisz odpocząć.
Posłuchała ciepłego głosu starszego mężczyzny i leżąc na czymś zimnym i wilgotnym myślała o tym co wydarzyło się w pociągu. Pamiętała szare oczy Malfoy'a unikającego jej spojrzenia i odgłos zatrzymującego się pociągu. Choć bardzo próbowała nie pamiętała nic do czasu jak obudziła się tu gdzie jest. Po paru minutach stwierdziła że jest na siłach się podnieść i uniosła się na łokciach rozglądając dookoła. Znajowali się w lochu, a mężczyzna to rzeczywiście był p.Ollivander którego sklep odwiedziła mając 11lat.
- Gdzie jesteśmy?
Jej głos był ochrypły i dopiero teraz uświadomiła sobie jak bardzo chce jej się pić. P.Olivander jak by czytając w jej myślach podał jej metalowy kubek napełniony wodą który wypiła duszkiem do dna.
- Jesteśmy w lochu Malfoy Manor.
Kilka chwil zajęło Krukonce przetrawienie tej informacji.
- W Malfoy Manor? Ale czemu? Co się stało? Byłam w pociągu, jechałam do domu na święta... - strach objął jej serce gdy uświadomiła sobie co mogło się stać z jej ojcem i przyjaciółmi - A co z moim ojcem? Czy on też tu jest? Co z Ginny i Nevillem?
P.Olivander widząc zdenerwowanie dziewczyny zaczął ją powoli uspokajać mówiąc to co zdołał podsłuchać i to czego się domyślał.
- Spokojnie. Już mówię Ci wszystko to co wiem. Czarny Pan był zły na twojego ojca za to co wypisuje w jakiejś gazecie i próbowali go uciszyć ale powiedział że nie przestanie wspierać Pottera. Czarny Pan więc uznał że jak porwie Ciebie to uciszy tym samym Twojego ojca, a jemu obiecał że Cię odda jak dostarczy mu Potter'a.
Luna patrzyła w osłupieniu na czarodzieja.
- Dostarczy Harry'ego? A niby w jaki sposób? Tyle ludzi go szuka, wyznaczono nawet nagrodę za złapanie go więc jak tatuś mógłby go złapać? Przecież to nie możliwe!!
- Wiem panno Lovegood.
- Proszę mówić mi po prostu Luna. Długo Pan tu jest?
- Kilka miesięcy. Czarny Pan potrzebował rady odnośnie różdżek swojej i Potter'a. Są bliźniaczkami i choć walczyć ze sobą mogą to poważnie się zranić albo zabić już nie. Wysłał więc do mnie swoich popleczników którzy spalili mój sklep na Pokątnej i przyprowadzili tutaj. I tak tu mieszkam. Powiedz, co dzieję się na zewnątrz? Jedyne co wiem to że Ministerstwo zostało przejęte
przez śmierciożerców i że dyrektorem szkoły jest teraz Snape.
Luna opowiedziała mu o wszystkim co wiedziała a później rozmawiali jeszcze długo rozważając wszelkie możliwości wyjścia z lochu ale bez różdżek nic nie mogli zrobić. W końcu zmęczeni oboje zapadli w niespokojny sen.
Severus Snape deportował się nieopodal Malfoy Manor. Jutro Wigilia a Czarny Pan zażądził że chce ukarać kilku nieposłusznych mu Śmierciożerców (jak by nie mógł poczekać do końca świąt), a on jako jego zastępca został oczywiście zaproszony na to przyjęcie. Nie żeby miał ochotę w nim uczestniczyć ale przynajmniej spotka się z Lucjuszem i Narcyzą, dawno ich nie widział. Przeszedł przez bramę posiadłości i ścieżką wysypaną żwirem dotarł do schodów na szczycie których były drzwi. Otworzył mu jeden z wielu skrzatów będących własnością Lucjusza i zaprowadził go do salonu w którym już rozpoczęło się przyjęcie sądząc po kilku wykrzywionych bólem twarzach. Gdy tylko wszedł od razu podszedł do niego Lucjusz z dwoma szklankami napełnionymi Ognistą i podał jedną przyjacielowi.
- Witaj Severusie. Co słychać?
- Witaj Lucjuszu. U mnie nic nowego, ciągle użeram się z dzieciakami. A u Ciebie?
- A to co widać. Może pójdziemy do mnie i porozmawiamy na spokojnie?
Severus przytaknął i niezauważalnie udali się do gabinetu Pana Domu gdzie usiedli na sofie.
- Więc co się dzieje Lucjuszu?
Pomimo tego że przecież Lucjusz wiedział że nikt nie jest w stanie podsłuchać tego o czym mówią w gabinecie dzięki bardzo silnym zaklęciom rzuconym na to pomieszczenie to i tak z lękiem zerkną w stronę drzwi.
- Martwie się. Martwie się o Dracona, martwie się o Narcyzę, martwie się o to co z nami wszystkimi będzie...
Snape widząc że przyjaciel jest cały roztrzęsiony i na skraju załamania psychicznego (czy wszyscy wokół niego muszą się ostatnio załamywać?) chwycił go za rękę i ścisnął ją w przyjacielskim, pocieszającym geście.
- Lucjuszu przede wszystkim musisz zachować spokój i nie okazywać swoich emocji bo jak tylko Czarny Pan zauważy Twój nie pokój zacznie podejrzewać że coś kombinujecie i odeśle was z zaufanego kręgu śmierciożerców do reszty plebsu a wtedy będziecie traktowani jak ścierwa. W chwili obecnej nic Wam nie grozi. Przez większość czasu Draco jest pod moją opieką w szkole a wiesz że przy mnie nic mu się nie stanie, a Narcyza puki się nie wychyla zbytnio też jest bezpieczna. Po za tym Czarny Pan uwielbia Bellatrix i jej miłość do okrucieństwa więc wątpie żeby zrobił coś co mogłoby dać jej powód do odwrócenia się przeciw niej. Czarny Pan nie jest głupi, wie że Bella ma duże poparcie wśród śmierciożerców ale w chwili obecnej jego głównym zmartwieniem jest Potter. Dopóki więc nie ma Pottera nie musicie się o nic martwić. A jak już jesteśmy blisko tematu Pottera - ktoś go gdzieś ostatnio widział?
- Nie, dobrze się ukrywa cwaniak. Pewnie ta Granger zajmuje się tym żeby nikt ich nie złapał. Myślę że z całej trójki ona jedna myśli bo Weasley jak to Weasley ma puding zamiast muzgu. Szkoda że ta Granger nie ma nawet kropli krwi czarodziejów bo świetnie nadawałaby się na żonę dla Dracona...
Snape rad był że myśli Lucjusza zeszły na inny tor więc postanowił kontynuować luźne tematy.
- A czy Ollivander dostał kogoś do towarzystwa? Może Grindenwalda albo jakiegoś innego sławnego różdżkarza?
- Mamy nowego więźnia ale nie różdżkarza. Zajęty jest jeszcze szukaniem Grindenwalda, ponoć on miał ostatnio Czarną Różdżkę...
- A kim jest nowy? Zakładam że jest ważny skoro tu przebywa bo plebs jest w Azkabanie. Czyżby Czarny Pan rozpoczął poszukiwanie kolejnego z insygniów i przesłuchuje kolejnych ludzi?
- Nie. To córka Lovegooda, tego od szmarławca który ciągle pisze aby pomagać Potterowi.
Serce Severusa stanęło na chwilę by zaraz rozpocząć bić z kilkakrotnie większą siłą. Miał wrażenie ze bicie jego serca słychać w całym domu ale twarz jak zawsze miała na sobie maskę obojętności pomieszanej z lekką nudą. Lovegood porwana. Ale kiedy, jak? I czemu on nic o tym nie wie?
- A po cóż Czarnemu Panu tu Lovegood? I czemu nie zostałem poinformowany? Jestem jej dyrektorem i odpowiadam za nią.
Lucjusz badawczo mu się przyglądał przez kilka sekund zanim odpowiedział ale nie musiał się martwić o to że coś wyczyta z jego twarzy.
- Czarny Pan uznał że jedynym sposobem na uciszenie Lovegood'a jest porwanie jego córki - czy odniosło skutek dowiemy się jutro ponieważ jutro wychodzi nowe wydanie tego jego piśmidła.
- A to pewnie nie długo panna Lovegood będzie u Was gościć - jestem pewny że jej ojciec przestanie popierać Pottera nie tylko w swojej gazecie ale i w swoim sercu. A czemu jest tu a nie w Azkabanie?
- Czarny Pan chciał ją tam umieścić ale powiedzieliśmy mu że lepiej będzie jak zostanie u nas żebyśmy ją mieli pod ręką w razie jak by okazało się że wie coś o Potterze. Draco mówił że kiedyś należała do tego stoważyszenia Pottera... Jak to się nazywało?
- Gwardia Dumbledore'a.
- Dokładnie.
- Dobrze zrobiliście. Co prawda jestem pewny że nie ma żadnych informacji o Potterze ale tutaj przynajmniej będzie jej lepiej. Dziękuję że zdecydowaliście się nią zaopiekować i wstawiliście się za nią. W Azkabanie długo by nie przeżyła przy zdrowych zmysłach.
Nie ma się co martwić, Luna niebawem wróci do domu i ma nadzieję że nie wróci już do szkoły. Nie chce widzieć więcej jej twarzy. Nigdy więcej. Po za tym tutaj nie grozi jej niebezpieczeństwo. Chwilę pogrążony we własnych myślach nie zauważył kolejnego badającego spojrzenia jakie posłał mu Lucjusz.
- A co do tego kiedy wyjdzie. Czarny Pan uznał że warto by zrobić Lovegoodowi mały żart. Obiecał oddać mu córkę jak dostarczy mu żywego Pottera.
Snape spojrzał na Lucjusza z oczami jak spodki.
- Dostarczyć mu Pottera? A niby w jaki sposób?
- Nie mam pojęcia. Ale podejrzewam że Panna Lovegood będzie u nas do puki nie skończy się ta wojna.
- Na to wygląda że tak.
Osuszyli szklanki w których od razu pojawiła się nowa porcja bursztynowego płynu a między mężczyznami zapadła chwila ciszy gdy każdy z nich pogrążony był we własnych myślach.
- Może chciałbyś się z nią zobaczyć?
Głos przyjaciela wyrwał Severusa z myśli o blond krukonce.
- Z kim?
Głupie pytanie. Pytanie zadawane przez tych co chcą udać że nie wiedzą o co chodzi choć doskonale wiedzą i chcą to ukryć.
- Z panną Lovegood.
Musi odmówić.
- Tak - co ona najlepszego powiedział? Choć wcale nie musiał się usprawiedliwiać i tak to zrobił - Może faktycznie zapytam się ją o Pottera. Jej przyjaciółka Weasley jest byłą Pottera. Może jednak coś wie.
Lucjusz niezauważalnie uśmiechnął się pod nosem.
- Dobrze, każe Glizdogonowi przyprowadzić Ci ją. Poczekaj chwilę.
Chwycił ostatni łyk ze szklanki i odstawił ją na stolik obok sofy i wyszedł z gabinetu zostawiając Severusa pełnego obaw odnośnie spotkania i złości na samego siebie że na nie przystał.
Luna siedziała na długim wąskim kamieniu służącym jej za łóżko i liczyła cegły w ścianie na przeciw niej. Ostatnie dwa dni minęły jej niewyobrażalnie wolno i nudnie. Ich potrzeby ograniczyły się do najprostrzych takich jak woda i jedzenie, a coś co kiedyś było dla niej oczywiste (np. ciepła woda do wymycia się czy miękkie łóżko) dziś wydawało jej się być czymś królewskim. Choć wody i jedzenia mieli pod dostatkiem to przecież na tym świat się nie kończył. Martwiła się o tatusia, o przyjaciół, o to co się z nią stanie. Dla zajęcia myśli liczyła wszystkie cegły w lochu i choć tą ściane liczyła już 3raz to wmawiała sobie że przecież mogła się pomylić w obliczeniach tak aby w tym liczeniu wciąż odnaleść sens. Pan Ollivander spał na kamieniu obok. Przesypiał praktycznie większość czasu, a gdy nie spał to opowiadał jej o swojej młodości, żonie którą przedwcześnie stracił, o tym co zrobił i o tym czego nie powinien robić. Były to tak naprawdę jedyne chwile gdy Luna mogła całkowicie zapomnieć o otaczającym ją miejscu i pogrążyć się w opowiadaniach staruszka. Choć bardzo się starała to z jej myśli nie mogła też wyrzucić swojego Dyrektora. Ciągle błąkał się w jej umyśle dając o sobie znać co kilka chwil. Momentami nie mogła się nawet skupić na tęsknocie za domem bo zjawiał się on z jego pocałunkami i dotykiem dużych silnych dłoni na jej ciele. Choć w rzeczywistości daleko nie zaszli to w wyobraźni dziewczyny doskonale już znali swoje ciała i potrzeby. Ocknęła się z zamyślenia. No tak, znów o nim myślała i nie pamięta na czym skończyła liczyć! Już miała zacząć od nowa gdy usłyszała że ktoś wchodzi do lochów. Pan Ollivander też szybko wybudził się ze snu i razem z Luną patrzył w stronę kraty przez którą wszedł Glizdogon.
- Dziewczynko, Pan prosi Cię do swojego gabinetu.
Serce Luny zagalopowało ale posłusznie wstała i wygładziwszy mundurek szkolny który wciąż miała na sobie ruszyła za czarodziejem posyłając jeszcze staruszkowi uspakajające spojrzenie choć sama drżała w środku martwiąc się o to co przyniosą jej nadchodzące chwile. Idąc przez Malfoy Manor zauważyła że choć dom użądzony jest w przygnebiającej czerni z zielenią i srebrymi dodatkami jest do dom użądzony gustownie w którym wyczuwało się silną kobiecą rękę. Szli właśnie przedpokojem w którym wisiały przeróżne obrazy w którym jej uwagę przykół ten na którym była namalowana Morrgana ucząca Merlina jakiegoś zaklęcia. Przysnęła na chwilę wpatrując się w obraz zwracając specialną uwagę na szczegóły obrazu które namalowała najprawdopodobniej najwprawniejsza ręka której dzieło miała zaszczyt właśnie oglądać. Zapatrzona w obraz nie spostrzegła że Glizdogon podszedł niebezpiecznie blisko niej i dopiero ręka którą doknął jej pośladka sprawiła że oderwała wzrok od Merlina i jego nauczycielki. Odskoczyła jak popażona od czarodzieja na co on tylko zaśmiał się wystawiając na widok publiczny swoje czarne połamane zęby. Ciarki przeszły przez jej ciało i rozejrzała się w koło w poszukaniu czegoś co pomogłoby jej się obronić.
- Glizdogonie! Jak śmiesz dotykać pannę Lovegood?
Za nią w głębi korytarza rozległ się głos należący do Dracona Malfoy'a.
Luna odwróciła się w stronę z którego dochodził głos i ujrzała go jak idzie w ich stronę błyskawicami z oczu obrzucając niskiego grubego czarodzieja stojącego obok niej.
- Zejdź mi z oczu zanim postanowię powiedzieć o wszystkim Czarnemu Panu. Wiesz doskonale jak Pan reaguje na tego typu zachowanie.
Czarodziej skulił się lekko w sobie ale odważył się jeszcze zaczepnie odezwać do blondyna.
- Pański ojciec kazał mi przyprowadzić dziewczynę do gabinetu.
- Zatem ja to zrobię. A Tobie radzę zejść mi z oczu jak najszybciej.
Glizdogon widząc że przegrał schował się szybko w jednej z wnęk znajdujących się w korytarzu, Draco natomiast ruszył korytarzem a Luna potruchtała szybko za nim.
- Dziękuję.
Nawet na nią nie spojrzał.
- Za co?
- Za uratowanie mnie. Nie wiem czy sama bez różdżki byłabym w stanie się obronić.
Odezwał się już ani słowem. Zatrzymał się przed drzwiami z ciemnego dębu i zapukał cichutko dwa razy.
- Ojcze... zajrzał w głąb gabinetu - Oh to Ty wuju. Przyprowadziłem pannę Lovegood.
- Lucjusz mówił że to Glizdogon ją przyprowadzi.
- Miał ale zaczął się niestosownie zachowywać wiec sam wziąłem to na sobie. Nie pozwolę by ktokolwiek obmacywał jakąkolwiek kobietę w tym domu jeśli ona sobie tego nie życzy. Zostawiam Ci wuju dziewczynę. Zawiadom mnie jak skończycie to ją odprowadzę.
I wyszedł zamykając cicho za sobą drzwi i zostawiając Lunę samą z Severusem.
Lucjusz stał przy ścianie w pokoju sąsiadującym z gabinetem i właśnie zdjął obraz wiszący na ścianie za którym kryła się maleńka wnęka dzięki której mógł widzieć wszystko co dzieje się w gabienecie choć nie mógł nic usłyszeć. Choć Severus doskonale ukrywał swoje uczucia względem dziewczyny to Lucjusz od razu zauważył różnicę w głosie i sposobie mówienia u przyjaciela gdy wspomniał o pannie Lovegood. Zakochany Severus... Tego jeszcze nie było. Kochanki owszem, ale miłość? Nie... Do tego nie doszło nigdy w przypadku tego czarnookiego czarodzieja. Nie miał co prawda jeszcze pewności co do tego co łączy go z tą dziewczyną ale następnych kilka chwil dało mu stuprocentową odpowiedź. Powiesił obraz ponownie na scianie i cichutko zamnkął pokuj. w drodze do salonu zachaczył jeszcze toaletę aby wymyć dłonie które spociły mu się z wrażenia gdy patrzył na to co działo się w gabinecie. Otworzył drzwi i wpadł na Rajni która właśnie miała pukać do drzwi.
- Oh Lucjuszu, witaj.
Jedno spojrzenie na twarz tej kobiety i już był stracony. Zapominając o Bożym świecie chwycił w dłonie jej twarz i przycisnął jej usta do swoich w pełnym głodu pocałunku. Rajni nie odwajemniła pocałunku jak zawsze ale czuł że ona pragnie tego tak samo mocno jak on i ta świadomość mu wystarczała. Pchnął ja na ścianę obejmując jedną dłonią w talii a drugą zatapiając w jej długie czarne włosy ułożone w luźny kok z którego właśnie wypadały szpilki. Czuł jak kobieta go odpycha rękami, jak próbuje mu się wyrwać co tylko zwiększyło jego pożądanie aż poczuł ból w lędźwiach.
- Lucjuszu!
Głos Narcyzy przywołał go do porządku i puścił ciemną kobietę która szybko uciekła w głąb domu poprawiając pośpiesznie fryzurę. Wytarł dłonią usta wilgotne od pocałunków i spojrzał żonie w oczy.
- Lucjuszu! Jak możesz całować ją na środku domu? Każdy mógł Was zobaczyć! Fakt że znoszę Twoją miłość do tej kobiety nie znaczy że pozwolę aby ludzie dowiedzieli się o tym co Was łączy! Rób z nią co chcesz o ile Ci na to pozwoli ale tak aby nikt was nie widział.
Odeszła w stronę kuchni z wysoko uniesioną głową wydać kilka dyspozycji skrzatom a Pan domu ruszył na wciąż trwające przyjęcie.
-------------------------------------------------------------------
Ciemność. Zimno. Wilgoć. Cisza. Ale nie, nie całkowita cisza. Ktoś jest z nią, słyszy oddech, tuż obok. Powoli otwiera oczy prubując dostrzec coś w otaczającym ją mroku. Gdzie jest? Co się dzieje? Zamknęła oczy prubując sobie przypomnieć to co pamięta ostatnie. Pociąg. Jechała pociągiem. Ale gdzie? A tak do domu. Była z Ginny i Nevillem. Ból przeszył jej głowę i usłyszała syk wydobywający się z jej gardła.
- Spokojnie, powoli. Uderzyłaś się mocno w głowę, obawiałem się że już się nie obudzisz.
Zna ten głos. Słyszała go już kiedyś ale kiedy? Tak, gdy kupywała różdżkę z tatusiem na Pokątnej. Pan Ollivander. Ale czy na pewno? Ponownie otworzyła oczy tym razem widząc już lepiej i spróbowała się podnieść ale kolejna fala bólu przeszyła jej głowę aż się skrzywiła.
- Nie podnoś się, musisz odpocząć.
Posłuchała ciepłego głosu starszego mężczyzny i leżąc na czymś zimnym i wilgotnym myślała o tym co wydarzyło się w pociągu. Pamiętała szare oczy Malfoy'a unikającego jej spojrzenia i odgłos zatrzymującego się pociągu. Choć bardzo próbowała nie pamiętała nic do czasu jak obudziła się tu gdzie jest. Po paru minutach stwierdziła że jest na siłach się podnieść i uniosła się na łokciach rozglądając dookoła. Znajowali się w lochu, a mężczyzna to rzeczywiście był p.Ollivander którego sklep odwiedziła mając 11lat.
- Gdzie jesteśmy?
Jej głos był ochrypły i dopiero teraz uświadomiła sobie jak bardzo chce jej się pić. P.Olivander jak by czytając w jej myślach podał jej metalowy kubek napełniony wodą który wypiła duszkiem do dna.
- Jesteśmy w lochu Malfoy Manor.
Kilka chwil zajęło Krukonce przetrawienie tej informacji.
- W Malfoy Manor? Ale czemu? Co się stało? Byłam w pociągu, jechałam do domu na święta... - strach objął jej serce gdy uświadomiła sobie co mogło się stać z jej ojcem i przyjaciółmi - A co z moim ojcem? Czy on też tu jest? Co z Ginny i Nevillem?
P.Olivander widząc zdenerwowanie dziewczyny zaczął ją powoli uspokajać mówiąc to co zdołał podsłuchać i to czego się domyślał.
- Spokojnie. Już mówię Ci wszystko to co wiem. Czarny Pan był zły na twojego ojca za to co wypisuje w jakiejś gazecie i próbowali go uciszyć ale powiedział że nie przestanie wspierać Pottera. Czarny Pan więc uznał że jak porwie Ciebie to uciszy tym samym Twojego ojca, a jemu obiecał że Cię odda jak dostarczy mu Potter'a.
Luna patrzyła w osłupieniu na czarodzieja.
- Dostarczy Harry'ego? A niby w jaki sposób? Tyle ludzi go szuka, wyznaczono nawet nagrodę za złapanie go więc jak tatuś mógłby go złapać? Przecież to nie możliwe!!
- Wiem panno Lovegood.
- Proszę mówić mi po prostu Luna. Długo Pan tu jest?
- Kilka miesięcy. Czarny Pan potrzebował rady odnośnie różdżek swojej i Potter'a. Są bliźniaczkami i choć walczyć ze sobą mogą to poważnie się zranić albo zabić już nie. Wysłał więc do mnie swoich popleczników którzy spalili mój sklep na Pokątnej i przyprowadzili tutaj. I tak tu mieszkam. Powiedz, co dzieję się na zewnątrz? Jedyne co wiem to że Ministerstwo zostało przejęte
przez śmierciożerców i że dyrektorem szkoły jest teraz Snape.
Luna opowiedziała mu o wszystkim co wiedziała a później rozmawiali jeszcze długo rozważając wszelkie możliwości wyjścia z lochu ale bez różdżek nic nie mogli zrobić. W końcu zmęczeni oboje zapadli w niespokojny sen.
Severus Snape deportował się nieopodal Malfoy Manor. Jutro Wigilia a Czarny Pan zażądził że chce ukarać kilku nieposłusznych mu Śmierciożerców (jak by nie mógł poczekać do końca świąt), a on jako jego zastępca został oczywiście zaproszony na to przyjęcie. Nie żeby miał ochotę w nim uczestniczyć ale przynajmniej spotka się z Lucjuszem i Narcyzą, dawno ich nie widział. Przeszedł przez bramę posiadłości i ścieżką wysypaną żwirem dotarł do schodów na szczycie których były drzwi. Otworzył mu jeden z wielu skrzatów będących własnością Lucjusza i zaprowadził go do salonu w którym już rozpoczęło się przyjęcie sądząc po kilku wykrzywionych bólem twarzach. Gdy tylko wszedł od razu podszedł do niego Lucjusz z dwoma szklankami napełnionymi Ognistą i podał jedną przyjacielowi.
- Witaj Severusie. Co słychać?
- Witaj Lucjuszu. U mnie nic nowego, ciągle użeram się z dzieciakami. A u Ciebie?
- A to co widać. Może pójdziemy do mnie i porozmawiamy na spokojnie?
Severus przytaknął i niezauważalnie udali się do gabinetu Pana Domu gdzie usiedli na sofie.
- Więc co się dzieje Lucjuszu?
Pomimo tego że przecież Lucjusz wiedział że nikt nie jest w stanie podsłuchać tego o czym mówią w gabinecie dzięki bardzo silnym zaklęciom rzuconym na to pomieszczenie to i tak z lękiem zerkną w stronę drzwi.
- Martwie się. Martwie się o Dracona, martwie się o Narcyzę, martwie się o to co z nami wszystkimi będzie...
Snape widząc że przyjaciel jest cały roztrzęsiony i na skraju załamania psychicznego (czy wszyscy wokół niego muszą się ostatnio załamywać?) chwycił go za rękę i ścisnął ją w przyjacielskim, pocieszającym geście.
- Lucjuszu przede wszystkim musisz zachować spokój i nie okazywać swoich emocji bo jak tylko Czarny Pan zauważy Twój nie pokój zacznie podejrzewać że coś kombinujecie i odeśle was z zaufanego kręgu śmierciożerców do reszty plebsu a wtedy będziecie traktowani jak ścierwa. W chwili obecnej nic Wam nie grozi. Przez większość czasu Draco jest pod moją opieką w szkole a wiesz że przy mnie nic mu się nie stanie, a Narcyza puki się nie wychyla zbytnio też jest bezpieczna. Po za tym Czarny Pan uwielbia Bellatrix i jej miłość do okrucieństwa więc wątpie żeby zrobił coś co mogłoby dać jej powód do odwrócenia się przeciw niej. Czarny Pan nie jest głupi, wie że Bella ma duże poparcie wśród śmierciożerców ale w chwili obecnej jego głównym zmartwieniem jest Potter. Dopóki więc nie ma Pottera nie musicie się o nic martwić. A jak już jesteśmy blisko tematu Pottera - ktoś go gdzieś ostatnio widział?
- Nie, dobrze się ukrywa cwaniak. Pewnie ta Granger zajmuje się tym żeby nikt ich nie złapał. Myślę że z całej trójki ona jedna myśli bo Weasley jak to Weasley ma puding zamiast muzgu. Szkoda że ta Granger nie ma nawet kropli krwi czarodziejów bo świetnie nadawałaby się na żonę dla Dracona...
Snape rad był że myśli Lucjusza zeszły na inny tor więc postanowił kontynuować luźne tematy.
- A czy Ollivander dostał kogoś do towarzystwa? Może Grindenwalda albo jakiegoś innego sławnego różdżkarza?
- Mamy nowego więźnia ale nie różdżkarza. Zajęty jest jeszcze szukaniem Grindenwalda, ponoć on miał ostatnio Czarną Różdżkę...
- A kim jest nowy? Zakładam że jest ważny skoro tu przebywa bo plebs jest w Azkabanie. Czyżby Czarny Pan rozpoczął poszukiwanie kolejnego z insygniów i przesłuchuje kolejnych ludzi?
- Nie. To córka Lovegooda, tego od szmarławca który ciągle pisze aby pomagać Potterowi.
Serce Severusa stanęło na chwilę by zaraz rozpocząć bić z kilkakrotnie większą siłą. Miał wrażenie ze bicie jego serca słychać w całym domu ale twarz jak zawsze miała na sobie maskę obojętności pomieszanej z lekką nudą. Lovegood porwana. Ale kiedy, jak? I czemu on nic o tym nie wie?
- A po cóż Czarnemu Panu tu Lovegood? I czemu nie zostałem poinformowany? Jestem jej dyrektorem i odpowiadam za nią.
Lucjusz badawczo mu się przyglądał przez kilka sekund zanim odpowiedział ale nie musiał się martwić o to że coś wyczyta z jego twarzy.
- Czarny Pan uznał że jedynym sposobem na uciszenie Lovegood'a jest porwanie jego córki - czy odniosło skutek dowiemy się jutro ponieważ jutro wychodzi nowe wydanie tego jego piśmidła.
- A to pewnie nie długo panna Lovegood będzie u Was gościć - jestem pewny że jej ojciec przestanie popierać Pottera nie tylko w swojej gazecie ale i w swoim sercu. A czemu jest tu a nie w Azkabanie?
- Czarny Pan chciał ją tam umieścić ale powiedzieliśmy mu że lepiej będzie jak zostanie u nas żebyśmy ją mieli pod ręką w razie jak by okazało się że wie coś o Potterze. Draco mówił że kiedyś należała do tego stoważyszenia Pottera... Jak to się nazywało?
- Gwardia Dumbledore'a.
- Dokładnie.
- Dobrze zrobiliście. Co prawda jestem pewny że nie ma żadnych informacji o Potterze ale tutaj przynajmniej będzie jej lepiej. Dziękuję że zdecydowaliście się nią zaopiekować i wstawiliście się za nią. W Azkabanie długo by nie przeżyła przy zdrowych zmysłach.
Nie ma się co martwić, Luna niebawem wróci do domu i ma nadzieję że nie wróci już do szkoły. Nie chce widzieć więcej jej twarzy. Nigdy więcej. Po za tym tutaj nie grozi jej niebezpieczeństwo. Chwilę pogrążony we własnych myślach nie zauważył kolejnego badającego spojrzenia jakie posłał mu Lucjusz.
- A co do tego kiedy wyjdzie. Czarny Pan uznał że warto by zrobić Lovegoodowi mały żart. Obiecał oddać mu córkę jak dostarczy mu żywego Pottera.
Snape spojrzał na Lucjusza z oczami jak spodki.
- Dostarczyć mu Pottera? A niby w jaki sposób?
- Nie mam pojęcia. Ale podejrzewam że Panna Lovegood będzie u nas do puki nie skończy się ta wojna.
- Na to wygląda że tak.
Osuszyli szklanki w których od razu pojawiła się nowa porcja bursztynowego płynu a między mężczyznami zapadła chwila ciszy gdy każdy z nich pogrążony był we własnych myślach.
- Może chciałbyś się z nią zobaczyć?
Głos przyjaciela wyrwał Severusa z myśli o blond krukonce.
- Z kim?
Głupie pytanie. Pytanie zadawane przez tych co chcą udać że nie wiedzą o co chodzi choć doskonale wiedzą i chcą to ukryć.
- Z panną Lovegood.
Musi odmówić.
- Tak - co ona najlepszego powiedział? Choć wcale nie musiał się usprawiedliwiać i tak to zrobił - Może faktycznie zapytam się ją o Pottera. Jej przyjaciółka Weasley jest byłą Pottera. Może jednak coś wie.
Lucjusz niezauważalnie uśmiechnął się pod nosem.
- Dobrze, każe Glizdogonowi przyprowadzić Ci ją. Poczekaj chwilę.
Chwycił ostatni łyk ze szklanki i odstawił ją na stolik obok sofy i wyszedł z gabinetu zostawiając Severusa pełnego obaw odnośnie spotkania i złości na samego siebie że na nie przystał.
Luna siedziała na długim wąskim kamieniu służącym jej za łóżko i liczyła cegły w ścianie na przeciw niej. Ostatnie dwa dni minęły jej niewyobrażalnie wolno i nudnie. Ich potrzeby ograniczyły się do najprostrzych takich jak woda i jedzenie, a coś co kiedyś było dla niej oczywiste (np. ciepła woda do wymycia się czy miękkie łóżko) dziś wydawało jej się być czymś królewskim. Choć wody i jedzenia mieli pod dostatkiem to przecież na tym świat się nie kończył. Martwiła się o tatusia, o przyjaciół, o to co się z nią stanie. Dla zajęcia myśli liczyła wszystkie cegły w lochu i choć tą ściane liczyła już 3raz to wmawiała sobie że przecież mogła się pomylić w obliczeniach tak aby w tym liczeniu wciąż odnaleść sens. Pan Ollivander spał na kamieniu obok. Przesypiał praktycznie większość czasu, a gdy nie spał to opowiadał jej o swojej młodości, żonie którą przedwcześnie stracił, o tym co zrobił i o tym czego nie powinien robić. Były to tak naprawdę jedyne chwile gdy Luna mogła całkowicie zapomnieć o otaczającym ją miejscu i pogrążyć się w opowiadaniach staruszka. Choć bardzo się starała to z jej myśli nie mogła też wyrzucić swojego Dyrektora. Ciągle błąkał się w jej umyśle dając o sobie znać co kilka chwil. Momentami nie mogła się nawet skupić na tęsknocie za domem bo zjawiał się on z jego pocałunkami i dotykiem dużych silnych dłoni na jej ciele. Choć w rzeczywistości daleko nie zaszli to w wyobraźni dziewczyny doskonale już znali swoje ciała i potrzeby. Ocknęła się z zamyślenia. No tak, znów o nim myślała i nie pamięta na czym skończyła liczyć! Już miała zacząć od nowa gdy usłyszała że ktoś wchodzi do lochów. Pan Ollivander też szybko wybudził się ze snu i razem z Luną patrzył w stronę kraty przez którą wszedł Glizdogon.
- Dziewczynko, Pan prosi Cię do swojego gabinetu.
Serce Luny zagalopowało ale posłusznie wstała i wygładziwszy mundurek szkolny który wciąż miała na sobie ruszyła za czarodziejem posyłając jeszcze staruszkowi uspakajające spojrzenie choć sama drżała w środku martwiąc się o to co przyniosą jej nadchodzące chwile. Idąc przez Malfoy Manor zauważyła że choć dom użądzony jest w przygnebiającej czerni z zielenią i srebrymi dodatkami jest do dom użądzony gustownie w którym wyczuwało się silną kobiecą rękę. Szli właśnie przedpokojem w którym wisiały przeróżne obrazy w którym jej uwagę przykół ten na którym była namalowana Morrgana ucząca Merlina jakiegoś zaklęcia. Przysnęła na chwilę wpatrując się w obraz zwracając specialną uwagę na szczegóły obrazu które namalowała najprawdopodobniej najwprawniejsza ręka której dzieło miała zaszczyt właśnie oglądać. Zapatrzona w obraz nie spostrzegła że Glizdogon podszedł niebezpiecznie blisko niej i dopiero ręka którą doknął jej pośladka sprawiła że oderwała wzrok od Merlina i jego nauczycielki. Odskoczyła jak popażona od czarodzieja na co on tylko zaśmiał się wystawiając na widok publiczny swoje czarne połamane zęby. Ciarki przeszły przez jej ciało i rozejrzała się w koło w poszukaniu czegoś co pomogłoby jej się obronić.
- Glizdogonie! Jak śmiesz dotykać pannę Lovegood?
Za nią w głębi korytarza rozległ się głos należący do Dracona Malfoy'a.
Luna odwróciła się w stronę z którego dochodził głos i ujrzała go jak idzie w ich stronę błyskawicami z oczu obrzucając niskiego grubego czarodzieja stojącego obok niej.
- Zejdź mi z oczu zanim postanowię powiedzieć o wszystkim Czarnemu Panu. Wiesz doskonale jak Pan reaguje na tego typu zachowanie.
Czarodziej skulił się lekko w sobie ale odważył się jeszcze zaczepnie odezwać do blondyna.
- Pański ojciec kazał mi przyprowadzić dziewczynę do gabinetu.
- Zatem ja to zrobię. A Tobie radzę zejść mi z oczu jak najszybciej.
Glizdogon widząc że przegrał schował się szybko w jednej z wnęk znajdujących się w korytarzu, Draco natomiast ruszył korytarzem a Luna potruchtała szybko za nim.
- Dziękuję.
Nawet na nią nie spojrzał.
- Za co?
- Za uratowanie mnie. Nie wiem czy sama bez różdżki byłabym w stanie się obronić.
Odezwał się już ani słowem. Zatrzymał się przed drzwiami z ciemnego dębu i zapukał cichutko dwa razy.
- Ojcze... zajrzał w głąb gabinetu - Oh to Ty wuju. Przyprowadziłem pannę Lovegood.
- Lucjusz mówił że to Glizdogon ją przyprowadzi.
- Miał ale zaczął się niestosownie zachowywać wiec sam wziąłem to na sobie. Nie pozwolę by ktokolwiek obmacywał jakąkolwiek kobietę w tym domu jeśli ona sobie tego nie życzy. Zostawiam Ci wuju dziewczynę. Zawiadom mnie jak skończycie to ją odprowadzę.
I wyszedł zamykając cicho za sobą drzwi i zostawiając Lunę samą z Severusem.
Lucjusz stał przy ścianie w pokoju sąsiadującym z gabinetem i właśnie zdjął obraz wiszący na ścianie za którym kryła się maleńka wnęka dzięki której mógł widzieć wszystko co dzieje się w gabienecie choć nie mógł nic usłyszeć. Choć Severus doskonale ukrywał swoje uczucia względem dziewczyny to Lucjusz od razu zauważył różnicę w głosie i sposobie mówienia u przyjaciela gdy wspomniał o pannie Lovegood. Zakochany Severus... Tego jeszcze nie było. Kochanki owszem, ale miłość? Nie... Do tego nie doszło nigdy w przypadku tego czarnookiego czarodzieja. Nie miał co prawda jeszcze pewności co do tego co łączy go z tą dziewczyną ale następnych kilka chwil dało mu stuprocentową odpowiedź. Powiesił obraz ponownie na scianie i cichutko zamnkął pokuj. w drodze do salonu zachaczył jeszcze toaletę aby wymyć dłonie które spociły mu się z wrażenia gdy patrzył na to co działo się w gabinecie. Otworzył drzwi i wpadł na Rajni która właśnie miała pukać do drzwi.
- Oh Lucjuszu, witaj.
Jedno spojrzenie na twarz tej kobiety i już był stracony. Zapominając o Bożym świecie chwycił w dłonie jej twarz i przycisnął jej usta do swoich w pełnym głodu pocałunku. Rajni nie odwajemniła pocałunku jak zawsze ale czuł że ona pragnie tego tak samo mocno jak on i ta świadomość mu wystarczała. Pchnął ja na ścianę obejmując jedną dłonią w talii a drugą zatapiając w jej długie czarne włosy ułożone w luźny kok z którego właśnie wypadały szpilki. Czuł jak kobieta go odpycha rękami, jak próbuje mu się wyrwać co tylko zwiększyło jego pożądanie aż poczuł ból w lędźwiach.
- Lucjuszu!
Głos Narcyzy przywołał go do porządku i puścił ciemną kobietę która szybko uciekła w głąb domu poprawiając pośpiesznie fryzurę. Wytarł dłonią usta wilgotne od pocałunków i spojrzał żonie w oczy.
- Lucjuszu! Jak możesz całować ją na środku domu? Każdy mógł Was zobaczyć! Fakt że znoszę Twoją miłość do tej kobiety nie znaczy że pozwolę aby ludzie dowiedzieli się o tym co Was łączy! Rób z nią co chcesz o ile Ci na to pozwoli ale tak aby nikt was nie widział.
Odeszła w stronę kuchni z wysoko uniesioną głową wydać kilka dyspozycji skrzatom a Pan domu ruszył na wciąż trwające przyjęcie.
czwartek, 17 kwietnia 2014
Rozdział 20
Witajcie!
Napisanie tego rozdziału zajęło mi sporo czasu i wogule nie miałam weny ale dzisiaj jakoś tak dosiadłam sie i ukończyłam :) Nie jestem z niego zadowolona, mam wrażenie że tekst wyszedł mi bardzo suchy i wogule jakiś taki nijaki ale opinię zostawiam Wam. Nie obiecuje kiedy będzie następny rozdział ale myślę że jeszcze w tym miesiącu coś napiszę. A tymczasem życzę Wam pogodnych świąt i smacznego jajka :)
Rozdział dedykuje mojej wiernej Lunie/Crucio.
P.S. Wiecie co odkryłam? Spisując w google 'snape lovegood' mój blog jest pierwszy na liście w kategorii język polski i 5 ogólnie! Wogule okropnie się cieszę :)
-------------------------------------
Snape z furią w oczach przeszedł przez cały zamek do swojej sypialni w lochach i z trzasną drzwiami aż zatrzęsły się ściany zamku i zaczął demolować pokuj na mugolski sposób. Był tak zły, tak wściekły że sam nie wiedział na kogo i za co bardziej: czy na Wesley i Longbottoma że byli tak głupi żeby prubować wykraść mu miecz, czy na Alecto że wysłała mu czarnusa właśnie w takiej chwili, czy na tą głupią Lovegood że była tak oddana sprawie że była gotowa nawet całować się z postrachem uczniów jak i śmierciożerców byle dać czas przyjaciołom na to aby mogli go okraść czy w końcu na samego siebie że dał się na to nabrać i przez któtką chwilę pomyślał że dziewczyna była szczera w tym co robi. Nie wiedział jak długo demolował pokuj ale skończył dopiero gdy łóżko było połamane na drzazgi a kilka kamieni które odpadły z kominka gdy go okładał pięściami leżało smętnie w popiole. Usiadł na podłodze i sięgną po różdżkę a przed nim pojawiła się butelka pełna złocistego płynu. Otworzył ją i na jednym tchu wypił całą jej zawartość czując jak przyjemne ciepło rozchodzi się po jego ciele. Rzucił butelką o ścianę gdzie roztłukła się w drobny mak. Przywołał druga butelką i machnął różdżka z zamiarem ogarnięcia bajzlu ale zamiast tego zaczął dalej okładać podłogę pięściami. W takim stanie był jeszcze kilka godzin.
Severus siedział przy stole nauczycielskim w Wielkiej Sali patrząc na nielicznych uczniów którym chciało się wstać tak wcześnie na śniadanie. Wyglądał gorzej niż zwykle bo niewyspanie dawało mu się we znaki - miał sińce pod oczami a jego twarz była jeszcze bardziej szara niż zwykle. Ale na wyglądzie się nie kończy - humor miał jeszcze gorszy niż zwykle i już zdąrzył obdarzyć kilku uczniów palpitacjami serca samym tylko zwrokiem a nie było jeszcze nawet 8. Teraz zostało jedynie zastanowić się nad odpowiednią karą dla całej trójki... W drzwiach Wielkiej Sali pojawiło się kilku gryfonów wpatrujących się w swoją szklaną misę z punktami z której w nocy ubyło aż 200 punktów - jakaś pierwszoroczna zaniosła się szlochem na ten widok. Jeszcze wczoraj rano coś takiego wprawiło by go w zajebisty humor na cały dzień ale dzisiaj nawet cały harem chętnych dziewic by mu nie pomugł. Wbił widelec w kiełbaskę leżącą na talerzu i zaczął ją bezlitośnie kroić nożem.
Luna weszła do Wielkiej Sali ze spuszczoną głową i tylko kątem oka zerknęła w stronę miejsca które zajmował dyrektor ale było puste - niewiedziała czy powinna się z tego powodu cieszyć czy wręcz
przeciwnie bo z jednej strony tak bardzo chciała go zobaczyć, a z drugiej strony wiedziała co sobie pomyślał - że odwzajemniła pocałunek tylko po to aby grać na czas. Po dłuższym przemyśleniu (czytaj całonocnym) stwierdziła że wolałaby żeby tak było - wtedy ta pogarda w jego oczach gdy na nią patrzył nie bolałoby tak bardzo. Usiadła przy stole dwojego domu i patrzyła się tępo w błyszczący przed nią talerz i potrawy na widok których zawsze ślinka ciekła jej po brodzie a teraz poczuła jedynie nieprzyjemny skurcz w żołądku świadczący o tym że nie ma zamiaru przyjąć do siebie nawet najmniejszego kęsa. Nalała sobie jedynie słodkiej herbaty z cytryną. Siedziała tak pogrążona w myślach że gdyby nie Ginny która szturchnęła ją lekko w ramie spóźniłaby się na pierwszą lekcję.
Podczas drugiego śniadania siedzieli razem przy stole Gryffindoru i nim którekolwiek z nich zdąrzyło wziąść do ręki tosta stała już przy nich profesor McGonagall. Neville przełknął głośno ślinę.
- Gryfoni zawsze byli odważni i kierowali się głupotą. Jednak nawet najodważniejsi uczniowie mojego domu nie zdecydowali by się na to co wy zrobiliście - choć ton jej wypowiedzi był surowy to gdy Ginny spojrzała jej w oczy dostrzegła coś co wyglądało jej na (!) głębokie uznanie co wprawiło ją w kompletny szok- I muszę przyznać że nigdy nie widziałam odważniejszej krukonki niż panna Lovegood. I głupszej. Cała wasza trujka jest głupsza od lewego buta woźnego Filcha. W środę o 18 macie szlaban z Hagridem, idziecie do Zakazanego Lasu. Macie dużo szczęścia, gdy usłyszałam o tym co zrobiliście nie spodziewałam się że wyjdziecie z tego cali.
I odeszła w stronę stołu dla ciała pedagogicznego zostawiając ich znów pozbawionych apetytu po
repremedzie wygłoszonej przez profesorkę.
Ginny siedziała z Nevillem i Anne w pokoju wspólnym patrząc w płomiń w kominku. Odkąd zostali złapani na kradzieży miecza Ginny bardzo martwiła się o Lunę - ciągle miała podkrążone z niewyspania oczy i nie żadko zapuchnięte dodatkowo od płaczu, praktycznie w oczach
chudła i wogule wydawała sie jeszcze bardziej krucha i delikatna niz zwykle. Co więcej w tym czasie
wypowiedziała zaledwie kilka słów i były to zapewnienia że nic jej nie jest pomimo tego że wszyscy wiedzieli że jest inaczej. Neville myślał chyba o tym samym bo odezwał się
- Ginny, tak sobie pomyślałem, może pogadałabyś z Luną co się z nią dzieje? Tak dłużej być nie może, przecież ona się wykończy.
- Wiem Neville, cały czas próbuje coś z niej wyciągnąć ale ciągle utrzymuje że nic jej nie jest.
Domyślała się że chodziło o coś pomiędzy nią i Snape'em bo i on chodził w zdecydowanie gorszym
humorze (jeszcze rok temu myślała że nie jest to możliwe, a jednak), nie przychodziło jej jednak nic do głowy. Postanowiła że jeśli do końca tygodnia przyjaciółka nie powie jej co się takiego wydarzyło to zabierze jej różdżkę i zmusi do mówienia - nie mogła pozwolić by krukonka tak się katowała, a we dwie na pewno coś wymyślą. Z tą myślą zapatrzona w ogień nawet nie spostrzegła kiedy zasnęła w fotelu przed kominkiem.
Ginny Neville i Luna wracali do zamku ze szlabanu z Hagridem. Byli w Zakazanym Lesie ale szukali jedynie małych sklątek tylnowybuchowych na najbliższe lekcje Rubeusa a później pili herbatę u niego w chatce. Hagrid sam nie wiedział jak się zachować bo z jednej strony był zadowolony że się nie dają i walczą ale z drugiej strony był zły że tak się narażają i to bez posiadania jakiegoś
konkretnego planu - bo przecież nawet jak by wykradli miecz to i tak nie wiedzą jak przekazać go Harry'emu. Gdy dotarli do zamku Neville puścił Ginny oko tak żeby Luna nie widziała i zostawił dziewczyny same pod pretekstem odwiedzenia kuchni licząc na to że Ginny w końcu wydobędzie z niej co się dzieje. Gryfonka wdzieła przyjaciółkę za rękę i poprowadziła ją w stronę pustej sali w końcu korytarza. Zamknęła drzwi i rzuciła zaklęcie przeciw podsłuchiwaniu, usiadła na ławce i spojrzała na krukonkę.
- Luna nie wiem co Cię trapi, ale wiesz że możesz mi wszystko powiedzieć. Martwimy się o Ciebie.
- Naprawde...
- Nie Luna, nie kłam że nic Ci nie jest. Wiem że coś zaszło pomiędzy Tobą a Snape'em, nie wiem tylko co.
Luna milczała więc postanowiła jej pomuc.
- Uderzył Cię?
Pokiwała głową na nie.
- Zmuszał Cię do czegoś czego nie chciałaś zrobić?
Znów nie.
- Dotykał Cię tak jak nie powinien?
Uniosła głowę i spojrzała w oczy rudej. A więc zgadła. Krew zagotowala się w niej ze złości. Zeskoczyła z ławki i ruszyła w stronę drzwi z zamiarem zabicia nietoperza.
- Jak on śmiał? Jak mu mogło przyjść do głowy coś takiego?? Niech ja go...
Luna pociagnęła ją do tyłu gdy była już przy drzwiach.
- Nie!! To nie tak jak myślisz! Ja chciałam!
Zatrzymała się gwałtownie i odwróciła powoli.
- Jak to nie tak jak myślę? Jak to chciałaś?
Na twarzy Luny pojawiły się szkarłatne rumieńce a gryfonka patrzyła na to z niedowierzeniem. Nie, to nie możliwe!
- Luna, proszę powiedz że to nie to co myślę....
- Ja.... ja nie wiem jak to sie stało - słowa zaczęły wylewać się z ust blondynki jak lawa - Już od jakiegoś czasu go obserwowałam, a tamtego wieczoru próbowałam grać na zwłokę przy ważeniu eliksiru i powiedziałam mu nie rozumiem pewnej sentencji w podręczniku i poprosiłam żeby mi wyjaśnił i nachyliłam się nad biurkiem obok niego i jak spojrzałam w jego oczy i... Ginny ja nie wiem jak do tego doszło ani kto to zaczął ale...
Jeśli kilka sekund temu Ginny czuła się zła jak osa to teraz czuła się zła jak cały ul. Jak ona mogła? Jej najlepsza przyjaciółka z zastępcą samego Voldemorta?
- Całowałaś się z nim? - choć głosik w głowie podpowiadał jej że nie powinna urzywać takiego ostrego tonu nie żałowała. Luna spojrzała na nią ze strachem w oczach i skurczyła się w sobie jeszcze bardziej ale przytaknęła.
- Jak mogłaś? On zabił Dumbledore'a! Jest najbliżej Voldemorta! Co sobie myślałaś całując się z nim? Owszem chcieliśmy żebyś go zajęła ale nie w ten sposób! Jak mogłaś!
Luna otworzyła usta nie wiedząc co powiedzieć i zrobiła krok w stronę rudej. Ginny zrobiła krok do tyłu. Łzy spłynęły po policzkach krukonki.
- Proszę zrozum mnie, przecież sama jesteś w podobnej sytuacji z Carrow'em...
- Jak śmiesz mnie poruwnywać ze sobą!! Carrow wziął mnie z zaskoczenia a ty chciałaś się całować z tym mordercą!
- A Carrow? Torturował Cię a mimo to i tak tęsknisz za jego dotykiem i pocałunkami!
Ginny odebrała to jako policzek. Chciała uciec, uciec gdzieś daleko, jak najdalej od tego wszystkiego. Nie chciała tego słuchać. Nie chciała o tym myśleć. Nie chciała tego pamiętać. A najgorsze jest to że Luna miała rację. Nie była w stanie patrzeć Lunie w oczy wiedząc że ujrzy w nich błaganie o wyrozumienie. I choć przecież jakaś jej część rozumiała ją to jednak była tak mała że nie dopuściła jej do głosu ta część która nade wszystko nienawidziła Snape'a. Wyszła z trzaskiem drzwiami z sali zostawiając przyjaciołkę samą na skraju załamania psychicznego.
Snape szedł korytarzem w stronę swojego gabinetu gdy usłyszał cichy płacz w jednej z sal. Miał to zignorować nie chcą aby jakiś pierwszoroczny dostał zawału serca na jego widok ale coś go tknęło i lekko uchylił drzwi sali wpuszczając do środka strumień światła wprost na siedzącą w kącie blondynkę - Luna.Nim zdąrzył pomyśleć co robi podszedł do niej z zamiarem przytulenia jej ale powstrzymał się w ostatniej chwili i tylko z góry popatrzył na nią siedzącą na zimnej posadzce z czerwonymi od płaczu oczami które patrzyły na niego bez cienia strachu do którego tak się przyzwyczaił patrząc na swoją ofiarę z góry.
- Czego ryczysz Lovegood? - jego głos był zimny jak góra lodowa i szorstki jak papier ścierny. Nie
odpowiedziała, patrzyła na niego poprostu zwrokiem wyrażającym proźbę.... Nie, nie spełni tej niemej proźby, nie pozwoli by znów zrobiła go w konia, nie da się znów nabrać na te srebne oczy.
- Wstawaj i przestań się mazać - patrzył jak posłusznie aczykolwiek niezgrabnie podnosi sie z posadzki - A teraz wracaj do swojego dormitorium zanim się rozmyślę i dam Ci szlaban z profesorem Carrow!
Nawet nie drgnęła, wyszeptała jedynie tak cicho że bardziej poczuł niż usłyszał to słowo
- Proszę
Podziękował Czarnemu Panu i Dumbledore'owi w myślach za to że przez tyle lat musiał być opanowany i mówić coś co nie zawsze chciał powiedzieć i przybrał ton od którego nawet Minerwa nabawiłaby się palpitacji serca.
- Głupia dziewczyno rób co do Ciebie mówię!!!
Chwycił ja za ramię czując pod palcami jak kruche to ramie stało się w ciągu zaledwie kilku dni. Nie miała siły się bronić. Wyciągnął ją z sali i delikatnie pchnął w stronę korytarza który prowadził do jej wieży licząc na to że dziewczyna w końcu posłucha i odejdzie ale zamiast tego przewróciła się na kolana. Stanął jak słup soli. Jak to możliwe że pchnął ją tak mocno że się wywróciła? Nie, to nie możliwe, zrobił to bardzo delikatnie pomimo złości wrzącej w jego żyłach. Patrzył z góry na dziewczynę. Nie mógł zostawić jej tu w takim stanie. Po pierwsze któryś z Carrow'ów mógłby ją znaleść a po drugie ona była całkowicie załamana psychicznie. W pierwszym odruchu chciał zajrzeć do jej umysłu żeby dowiedzieć się co spowodowało u niej takie załamanie ale przypomniał sobie obietnicę którą jej złożył. Zacisnął dłonie w pięści i jednym ruchem podniusł ją w posadzki. Czuł na swojej twarzy jej spojrzenie ale on nie spojrzał w jej oczy - wolał nie narażać sie na utratę opanowania.
- Choć ze mną.
Posłusznie ruszyła za nim w stronę gabinetu Albusa (czemu myśli o nim wciąż jako o Albusa gabinecie a nie swoim?) i gdy weszli do środka cicho pociągając nosem stanęła przy drzwiach. Snape podszedł do szafki z której wyciągnął 2 eliksiry - jeden na poprawe samopoczucia a drugi na sen.
- Co tak stoisz jak dziewczynka z zapałkami? Podejdź do biurka! Myślisz że ja będe do Ciebie specialnie podchodził?
Bezszelestnie podeszła do biurka. Podał jej pierwszy flakonik który przechyliła bez słowa i oddała mu. Odebrał od niej flakonik uważając by jej nie dotknąć. Obserwował jak jej twarz zmienia się na bardziej odprężoną i jak wracają jej kolory na blade od kilku dni policzki.
- Lepiej?
- Tak profesorze. Profesorze ja...
Nie chciał słuchać jej tłumaczeń ani kłamstw.
- Tu masz drugi eliksir, zażyj do przed położeniem się do łóżka. A teraz wracaj do swojej wieży.
Starał się mówić spokojnie tak aby nie wprowadzić jej znów w stan załamania nerwowego. Ale zaraz... Od kiedy on troszczy się o nerwy swoich uczniów? Miał ochotę potrząsnąć samym sobą w celu ogarnięcia.
- Dobrze profesorze.
Wzieła od niego flakonik delikatni muskając jego palce swoimi delikatnymi i ciepłymi wywołując w falę gorąca która przeszła niczym piorun przez jego ciało od opuszków palców aż po końcówki włosów. Patrzył na jej szczupłe ciało kołyszące się gdy przechodziła przez jego gabinet w stronę drzwi które cicho zamknęła wpierw powiedziawszy słodkie
- Dobranoc.
Znów został sam w swoim jakże wykwintnym towarzystwie.
Ginny siedziała przy stole Gryffindoru i wpatrywała się w samotną choinkę stojąca w kącie Wielkiej Sali udekorowaną czarnymi i srebrnymi bąbkami. Pamiętała jak rok w rok sala wypełniała się zapachem świeżo ściętej jodły, do okoła sali stało 12 choinek które przybierali pierwszoroczni i kolędy lecące w tle, śmiechy i żarty, cudowną świąteczną atmosferę którą tak kochała. Śmierciożercy potrafią nawet tak piękny okres w roku zmienić na coś przygnębiającego bardziej niż kolejna lekcja z Corrow'ami. Za dwa dni wracali do domu, i to stanowiło jej jedyne pocieszenie. Już nie mogła doczekać się bożonarodzeniowego pudingu mamy, smarzonego karpia, śledzi i wszystkich innych smakołyków które zawsze przygotowywała mama. Spojrzała w stronę stołu Ravenclow przy którym
siedziała samotnie Luna. Było jeszcze wcześnie, sala była niemalże pusta. Przyjrzała się przyjaciółce.
Krukonka wyglądała lepiej - nie była już tak blada i właśnie dziubała coś w talerzu co oznaczało że zaczęła jeść choć odrobinę. Ginny patrząc na nią czuła jak sumienie kłuję ją niemiłosiernie. Nie powinna krzyczeć na Lunę. Nie powinna jej osądzać, tym bardziej że sama nie była w porządku. Luna zaakceptowała to co stało się pomiędzy nią a Carrow'em, więc ona powinna zaakceptować to co dzieję się pomiędzy Luną a Snape'em. Ale przecież to nie było to samo... A może sobie tak tylko wmawiała? Bo przecież co różniło tych dwuch mężczyzn? Obaj byli śmierciożercami, obaj zabijali, obaj byli okrutni. Już od tylu tygodni biła się z myślami, broniła się przed tym co czuła do Amycusa i obawiała się że jeszcze chwila a wszystko w niej wybuchnie i zrobi to co jej przepowiedział - że będzie błagała go o to by ją dotknął. Czy więc ma prawo osądzać Lunę? Ma prawo na nią krzyczeć? Ma prawo jej nienawidzić za to że pragnie czegoś czego nie powinna? Nie. Nie ma prawa. Wstała i podeszła do stołu krukonów.
- Mogę?
Wskazała na miejsce obok przyjaciółki a ta przytaknęła i dalej patrzyła w talerz.
- Luna, ja... Ja Cię przepraszam. Wybacz mi to co zrobiłam i powiedziałam. Niepowinnam była. Nie mam prawa Cię osądzać. Powinnam Cię wspierać tak jak Ty to robisz. Jestem głupia. Zawiodłam Cię jako przyjaciółka, jako twoja siostra. Błagam wybacz mi.
Luna odłożyła widelec na talerz na którym były reszyki jajka sadzonego i bekonu ale nawet na nią nie spojrzała. Głos Ginny zaczął się załamywać.
- Błagam Luna, powiedz coś. Cokolwiek.
Spojrzała na nią a ruda ujrzała łzy spływające jej po policzkach i spojrzenie błagające o zaakceptowanie jej. Przytuliła blondynkę z całej siły i delikatnie kołysząc głaskała ją po głowie w czasie gdy ta się wypłakiwała na jej ramieniu i Ginny też poczuła że łzy spływają po jej policzkach.
- Damy sobie jakoś radę Luno, przejdziemy przez to. Musimy.
Pocałowała ją we włosy dalej tuląc do swojej piersi.
Dyrektor Hogwartu siedział wpatrzony w dziewczyny przytulające się przed jego oczami. Obiecał Lunie że nie zajrzy do jej głowy, ale nie znaczy to że nie może dowiedzieć się tego co doprowadziło ją do takiego stanu - sprawdzi to w głowie rudej Weasley. Wejście do jej umysłu zajeło mu mniej niż mrugnięcie okiem i już po minucie wiedział co się między nimi działo. Choć twarz wydawała się być tak samo zimno spokojna to w środku wrzał z wściekłości na Lunę za to że powiedziała rudej, i na rudą że zostawiła ją w momencie gdy blondynka ją najbardziej potrzebowała. Widział też jak Luna opowiadaja jej o ich... o tym co między nimi zaszło tamtego wieczoru. "To nie tak jak myślisz! Ja chciałam!... Od pewnego czasu go obserwowałam.. nachyliłam się nad biurkiem obok niego i jak spojrzałam w jego oczy i... "Zatem nie chciała jedynie grać na zwłokę. Panna Lovegood zauroczyła się w nim. Jak to możliwe? I to ma być córka Roveny Ravenclow? Toż to idiotka! Od teraz nie może się z nią więcej spotkać. Po kilku dniach to głupie zauroczenie jej przejdzie i będzie mogła w spokoju zająć się lekcjami. Zresztą idzie przerwa świąteczna w czasie której na pewno zapomni o tym co stało się między nimi. Na tym postanowił zakończyć rozmyślenia odnoście krukonki na dzień dzisiajszy (nie żeby wyszło ale prubować zawsze można, nie?). I chociaż powinien być zły na nią za jej głupotę to nie mógł się na to zdobyć, a jego humor (choć w nieznacznym stopniu) polepszył się do końca dnia.
Luna, Neville i Ginny wraz z resztą uczniów stali w całkowitej ciszy na stacji czekając na pociąg do
Londynu. Dopiero gdy wszyscy wsiedli do pociągu i pociąg ruszył kilku uczniów odważyło się na głośniejszy śmiech i wogule wszyscy byli w znacznie lepszych humorach - czekają ich całe 2tygodnie z rodzicami i rodziną w czasie których mogli choć na kilka godzin zapomnieć o tym co dzieje się w szkole. Oczywiście te spostrzeżenia tyczyły się tylko i wyłącznie uczniów trzech z domów ponieważ Ślizgoni jak to Ślizgoni w najlepsze uskuteczniali śmiechy i groźby odnośnie innych uczniów. Po mniej więcej dwuch godzinach jazdy w przedziale pociągu rozległ się krzyk a Ginny Neville i Luna wyskoczyli sprawdzić co się dzieje. To co ujrzeli na korytarzu było przerażające - Crabbe stał nad jakimś pierwszorocznym puchonem i z uśmiechem na twarzy patrzył jak dzieciak wije się z bólu na podłodze pod wpływem jego zaklęcia. Neville sięgnął po różdżkę ale
nim wypowiedział jakąkolwiek klątwę która miała być skierowana w stronę goryla usłyszeli głos Malfoya za swoimi plecami
- Crabbe! Co ty robisz? Całkiem Ci się w głowie poprzewracało? Katujesz czystokrwistego bez powodu na środku korytarza?
Głowy wszystkich odwróciły się w jego stronę który jak by tego nie zauważał, zgrabnie wyminął trójkę przyjaciół i ruszył z wyciągniętą różdżką w stronę swojego odwiecznego goryla.
- Co Ci do tego Malfoy? To Twój krewniak że tak go bronisz?
- Nie twoja sprawa. Jeśli jeszcze raz zobacze coś takiego w twoim wykonaniu powiem o tym wujowi. Nie Ty tu jesteś odpowiedzialny za pożądek.
Luna patrzyła na niego z szeroko otwartymi oczami ale chłopak omijaj ją zwrokiem. Pociąg gwałtownie zachamował, większość uczniów stojących na korytarzu nie zdąrzyło niczego się chwycić i runęło na podłogę pociągu w tym również Ginny i Luna którą przygniutł jakiś trzecioklasista. Obie dziewczyny straciły przytomność ale Ginny po kilku chwilach otworzyła
oczy. Neville pomagał właście wstać chłopakowi który przygniatał wciąż nieprzytomną Lunę. Ginny podniosła sie z ziemi i miała już wytrzeć ręce o spodnie gdy zauważyła że są one czerwone. Spojrzała w dół. Wokół głowy Luny rozchodziła się czerwona aureola. Zakryła usta dłonią tłumiąc krzyk wydobywający się z jej gardła.
- No prosze, dzieciaczki się poprzewracały!!
Ginny wszędzie poznałaby ten głos i szyderczy sposób mówienia. Bellatrix. A za nią jakiś mężczyzna którego Ginny nie znała. Neville puścił chłopaka i sięgnął po różdżkę która leżała na podłodze.
- Oh Longbottom. Pozdrów rodziców jak ich odwiedzisz. Hahahaha - jej śmiech mroził krew w żyłach. Machnęła różdżką a Neville padł nieprzytomny na ziemię - nie przyszłam tu po to żeby się z wami bawić. Draco zbieraj się. Rodolphus weź tą blondynę.
Mężczyzna stojący za Bellatrix ruszył w stronę Luny ale Draco stanął mu na drodze.
- Wuju, ja wezmę Lovegood.
Nachylił się nad Luną i odsnunął jej włosy z twarzy odsłaniając ranę. Wziął ją delikatnie na ręcę i specialnie przesunął się w stronę Ginny. Szepnął jej ledwie słyszalnie.
- Nic jej nie będzie.
Sekundę później już ich nie było.
Napisanie tego rozdziału zajęło mi sporo czasu i wogule nie miałam weny ale dzisiaj jakoś tak dosiadłam sie i ukończyłam :) Nie jestem z niego zadowolona, mam wrażenie że tekst wyszedł mi bardzo suchy i wogule jakiś taki nijaki ale opinię zostawiam Wam. Nie obiecuje kiedy będzie następny rozdział ale myślę że jeszcze w tym miesiącu coś napiszę. A tymczasem życzę Wam pogodnych świąt i smacznego jajka :)
Rozdział dedykuje mojej wiernej Lunie/Crucio.
P.S. Wiecie co odkryłam? Spisując w google 'snape lovegood' mój blog jest pierwszy na liście w kategorii język polski i 5 ogólnie! Wogule okropnie się cieszę :)
-------------------------------------
Snape z furią w oczach przeszedł przez cały zamek do swojej sypialni w lochach i z trzasną drzwiami aż zatrzęsły się ściany zamku i zaczął demolować pokuj na mugolski sposób. Był tak zły, tak wściekły że sam nie wiedział na kogo i za co bardziej: czy na Wesley i Longbottoma że byli tak głupi żeby prubować wykraść mu miecz, czy na Alecto że wysłała mu czarnusa właśnie w takiej chwili, czy na tą głupią Lovegood że była tak oddana sprawie że była gotowa nawet całować się z postrachem uczniów jak i śmierciożerców byle dać czas przyjaciołom na to aby mogli go okraść czy w końcu na samego siebie że dał się na to nabrać i przez któtką chwilę pomyślał że dziewczyna była szczera w tym co robi. Nie wiedział jak długo demolował pokuj ale skończył dopiero gdy łóżko było połamane na drzazgi a kilka kamieni które odpadły z kominka gdy go okładał pięściami leżało smętnie w popiole. Usiadł na podłodze i sięgną po różdżkę a przed nim pojawiła się butelka pełna złocistego płynu. Otworzył ją i na jednym tchu wypił całą jej zawartość czując jak przyjemne ciepło rozchodzi się po jego ciele. Rzucił butelką o ścianę gdzie roztłukła się w drobny mak. Przywołał druga butelką i machnął różdżka z zamiarem ogarnięcia bajzlu ale zamiast tego zaczął dalej okładać podłogę pięściami. W takim stanie był jeszcze kilka godzin.
Severus siedział przy stole nauczycielskim w Wielkiej Sali patrząc na nielicznych uczniów którym chciało się wstać tak wcześnie na śniadanie. Wyglądał gorzej niż zwykle bo niewyspanie dawało mu się we znaki - miał sińce pod oczami a jego twarz była jeszcze bardziej szara niż zwykle. Ale na wyglądzie się nie kończy - humor miał jeszcze gorszy niż zwykle i już zdąrzył obdarzyć kilku uczniów palpitacjami serca samym tylko zwrokiem a nie było jeszcze nawet 8. Teraz zostało jedynie zastanowić się nad odpowiednią karą dla całej trójki... W drzwiach Wielkiej Sali pojawiło się kilku gryfonów wpatrujących się w swoją szklaną misę z punktami z której w nocy ubyło aż 200 punktów - jakaś pierwszoroczna zaniosła się szlochem na ten widok. Jeszcze wczoraj rano coś takiego wprawiło by go w zajebisty humor na cały dzień ale dzisiaj nawet cały harem chętnych dziewic by mu nie pomugł. Wbił widelec w kiełbaskę leżącą na talerzu i zaczął ją bezlitośnie kroić nożem.
Luna weszła do Wielkiej Sali ze spuszczoną głową i tylko kątem oka zerknęła w stronę miejsca które zajmował dyrektor ale było puste - niewiedziała czy powinna się z tego powodu cieszyć czy wręcz
przeciwnie bo z jednej strony tak bardzo chciała go zobaczyć, a z drugiej strony wiedziała co sobie pomyślał - że odwzajemniła pocałunek tylko po to aby grać na czas. Po dłuższym przemyśleniu (czytaj całonocnym) stwierdziła że wolałaby żeby tak było - wtedy ta pogarda w jego oczach gdy na nią patrzył nie bolałoby tak bardzo. Usiadła przy stole dwojego domu i patrzyła się tępo w błyszczący przed nią talerz i potrawy na widok których zawsze ślinka ciekła jej po brodzie a teraz poczuła jedynie nieprzyjemny skurcz w żołądku świadczący o tym że nie ma zamiaru przyjąć do siebie nawet najmniejszego kęsa. Nalała sobie jedynie słodkiej herbaty z cytryną. Siedziała tak pogrążona w myślach że gdyby nie Ginny która szturchnęła ją lekko w ramie spóźniłaby się na pierwszą lekcję.
Podczas drugiego śniadania siedzieli razem przy stole Gryffindoru i nim którekolwiek z nich zdąrzyło wziąść do ręki tosta stała już przy nich profesor McGonagall. Neville przełknął głośno ślinę.
- Gryfoni zawsze byli odważni i kierowali się głupotą. Jednak nawet najodważniejsi uczniowie mojego domu nie zdecydowali by się na to co wy zrobiliście - choć ton jej wypowiedzi był surowy to gdy Ginny spojrzała jej w oczy dostrzegła coś co wyglądało jej na (!) głębokie uznanie co wprawiło ją w kompletny szok- I muszę przyznać że nigdy nie widziałam odważniejszej krukonki niż panna Lovegood. I głupszej. Cała wasza trujka jest głupsza od lewego buta woźnego Filcha. W środę o 18 macie szlaban z Hagridem, idziecie do Zakazanego Lasu. Macie dużo szczęścia, gdy usłyszałam o tym co zrobiliście nie spodziewałam się że wyjdziecie z tego cali.
I odeszła w stronę stołu dla ciała pedagogicznego zostawiając ich znów pozbawionych apetytu po
repremedzie wygłoszonej przez profesorkę.
Ginny siedziała z Nevillem i Anne w pokoju wspólnym patrząc w płomiń w kominku. Odkąd zostali złapani na kradzieży miecza Ginny bardzo martwiła się o Lunę - ciągle miała podkrążone z niewyspania oczy i nie żadko zapuchnięte dodatkowo od płaczu, praktycznie w oczach
chudła i wogule wydawała sie jeszcze bardziej krucha i delikatna niz zwykle. Co więcej w tym czasie
wypowiedziała zaledwie kilka słów i były to zapewnienia że nic jej nie jest pomimo tego że wszyscy wiedzieli że jest inaczej. Neville myślał chyba o tym samym bo odezwał się
- Ginny, tak sobie pomyślałem, może pogadałabyś z Luną co się z nią dzieje? Tak dłużej być nie może, przecież ona się wykończy.
- Wiem Neville, cały czas próbuje coś z niej wyciągnąć ale ciągle utrzymuje że nic jej nie jest.
Domyślała się że chodziło o coś pomiędzy nią i Snape'em bo i on chodził w zdecydowanie gorszym
humorze (jeszcze rok temu myślała że nie jest to możliwe, a jednak), nie przychodziło jej jednak nic do głowy. Postanowiła że jeśli do końca tygodnia przyjaciółka nie powie jej co się takiego wydarzyło to zabierze jej różdżkę i zmusi do mówienia - nie mogła pozwolić by krukonka tak się katowała, a we dwie na pewno coś wymyślą. Z tą myślą zapatrzona w ogień nawet nie spostrzegła kiedy zasnęła w fotelu przed kominkiem.
Ginny Neville i Luna wracali do zamku ze szlabanu z Hagridem. Byli w Zakazanym Lesie ale szukali jedynie małych sklątek tylnowybuchowych na najbliższe lekcje Rubeusa a później pili herbatę u niego w chatce. Hagrid sam nie wiedział jak się zachować bo z jednej strony był zadowolony że się nie dają i walczą ale z drugiej strony był zły że tak się narażają i to bez posiadania jakiegoś
konkretnego planu - bo przecież nawet jak by wykradli miecz to i tak nie wiedzą jak przekazać go Harry'emu. Gdy dotarli do zamku Neville puścił Ginny oko tak żeby Luna nie widziała i zostawił dziewczyny same pod pretekstem odwiedzenia kuchni licząc na to że Ginny w końcu wydobędzie z niej co się dzieje. Gryfonka wdzieła przyjaciółkę za rękę i poprowadziła ją w stronę pustej sali w końcu korytarza. Zamknęła drzwi i rzuciła zaklęcie przeciw podsłuchiwaniu, usiadła na ławce i spojrzała na krukonkę.
- Luna nie wiem co Cię trapi, ale wiesz że możesz mi wszystko powiedzieć. Martwimy się o Ciebie.
- Naprawde...
- Nie Luna, nie kłam że nic Ci nie jest. Wiem że coś zaszło pomiędzy Tobą a Snape'em, nie wiem tylko co.
Luna milczała więc postanowiła jej pomuc.
- Uderzył Cię?
Pokiwała głową na nie.
- Zmuszał Cię do czegoś czego nie chciałaś zrobić?
Znów nie.
- Dotykał Cię tak jak nie powinien?
Uniosła głowę i spojrzała w oczy rudej. A więc zgadła. Krew zagotowala się w niej ze złości. Zeskoczyła z ławki i ruszyła w stronę drzwi z zamiarem zabicia nietoperza.
- Jak on śmiał? Jak mu mogło przyjść do głowy coś takiego?? Niech ja go...
Luna pociagnęła ją do tyłu gdy była już przy drzwiach.
- Nie!! To nie tak jak myślisz! Ja chciałam!
Zatrzymała się gwałtownie i odwróciła powoli.
- Jak to nie tak jak myślę? Jak to chciałaś?
Na twarzy Luny pojawiły się szkarłatne rumieńce a gryfonka patrzyła na to z niedowierzeniem. Nie, to nie możliwe!
- Luna, proszę powiedz że to nie to co myślę....
- Ja.... ja nie wiem jak to sie stało - słowa zaczęły wylewać się z ust blondynki jak lawa - Już od jakiegoś czasu go obserwowałam, a tamtego wieczoru próbowałam grać na zwłokę przy ważeniu eliksiru i powiedziałam mu nie rozumiem pewnej sentencji w podręczniku i poprosiłam żeby mi wyjaśnił i nachyliłam się nad biurkiem obok niego i jak spojrzałam w jego oczy i... Ginny ja nie wiem jak do tego doszło ani kto to zaczął ale...
Jeśli kilka sekund temu Ginny czuła się zła jak osa to teraz czuła się zła jak cały ul. Jak ona mogła? Jej najlepsza przyjaciółka z zastępcą samego Voldemorta?
- Całowałaś się z nim? - choć głosik w głowie podpowiadał jej że nie powinna urzywać takiego ostrego tonu nie żałowała. Luna spojrzała na nią ze strachem w oczach i skurczyła się w sobie jeszcze bardziej ale przytaknęła.
- Jak mogłaś? On zabił Dumbledore'a! Jest najbliżej Voldemorta! Co sobie myślałaś całując się z nim? Owszem chcieliśmy żebyś go zajęła ale nie w ten sposób! Jak mogłaś!
Luna otworzyła usta nie wiedząc co powiedzieć i zrobiła krok w stronę rudej. Ginny zrobiła krok do tyłu. Łzy spłynęły po policzkach krukonki.
- Proszę zrozum mnie, przecież sama jesteś w podobnej sytuacji z Carrow'em...
- Jak śmiesz mnie poruwnywać ze sobą!! Carrow wziął mnie z zaskoczenia a ty chciałaś się całować z tym mordercą!
- A Carrow? Torturował Cię a mimo to i tak tęsknisz za jego dotykiem i pocałunkami!
Ginny odebrała to jako policzek. Chciała uciec, uciec gdzieś daleko, jak najdalej od tego wszystkiego. Nie chciała tego słuchać. Nie chciała o tym myśleć. Nie chciała tego pamiętać. A najgorsze jest to że Luna miała rację. Nie była w stanie patrzeć Lunie w oczy wiedząc że ujrzy w nich błaganie o wyrozumienie. I choć przecież jakaś jej część rozumiała ją to jednak była tak mała że nie dopuściła jej do głosu ta część która nade wszystko nienawidziła Snape'a. Wyszła z trzaskiem drzwiami z sali zostawiając przyjaciołkę samą na skraju załamania psychicznego.
Snape szedł korytarzem w stronę swojego gabinetu gdy usłyszał cichy płacz w jednej z sal. Miał to zignorować nie chcą aby jakiś pierwszoroczny dostał zawału serca na jego widok ale coś go tknęło i lekko uchylił drzwi sali wpuszczając do środka strumień światła wprost na siedzącą w kącie blondynkę - Luna.Nim zdąrzył pomyśleć co robi podszedł do niej z zamiarem przytulenia jej ale powstrzymał się w ostatniej chwili i tylko z góry popatrzył na nią siedzącą na zimnej posadzce z czerwonymi od płaczu oczami które patrzyły na niego bez cienia strachu do którego tak się przyzwyczaił patrząc na swoją ofiarę z góry.
- Czego ryczysz Lovegood? - jego głos był zimny jak góra lodowa i szorstki jak papier ścierny. Nie
odpowiedziała, patrzyła na niego poprostu zwrokiem wyrażającym proźbę.... Nie, nie spełni tej niemej proźby, nie pozwoli by znów zrobiła go w konia, nie da się znów nabrać na te srebne oczy.
- Wstawaj i przestań się mazać - patrzył jak posłusznie aczykolwiek niezgrabnie podnosi sie z posadzki - A teraz wracaj do swojego dormitorium zanim się rozmyślę i dam Ci szlaban z profesorem Carrow!
Nawet nie drgnęła, wyszeptała jedynie tak cicho że bardziej poczuł niż usłyszał to słowo
- Proszę
Podziękował Czarnemu Panu i Dumbledore'owi w myślach za to że przez tyle lat musiał być opanowany i mówić coś co nie zawsze chciał powiedzieć i przybrał ton od którego nawet Minerwa nabawiłaby się palpitacji serca.
- Głupia dziewczyno rób co do Ciebie mówię!!!
Chwycił ja za ramię czując pod palcami jak kruche to ramie stało się w ciągu zaledwie kilku dni. Nie miała siły się bronić. Wyciągnął ją z sali i delikatnie pchnął w stronę korytarza który prowadził do jej wieży licząc na to że dziewczyna w końcu posłucha i odejdzie ale zamiast tego przewróciła się na kolana. Stanął jak słup soli. Jak to możliwe że pchnął ją tak mocno że się wywróciła? Nie, to nie możliwe, zrobił to bardzo delikatnie pomimo złości wrzącej w jego żyłach. Patrzył z góry na dziewczynę. Nie mógł zostawić jej tu w takim stanie. Po pierwsze któryś z Carrow'ów mógłby ją znaleść a po drugie ona była całkowicie załamana psychicznie. W pierwszym odruchu chciał zajrzeć do jej umysłu żeby dowiedzieć się co spowodowało u niej takie załamanie ale przypomniał sobie obietnicę którą jej złożył. Zacisnął dłonie w pięści i jednym ruchem podniusł ją w posadzki. Czuł na swojej twarzy jej spojrzenie ale on nie spojrzał w jej oczy - wolał nie narażać sie na utratę opanowania.
- Choć ze mną.
Posłusznie ruszyła za nim w stronę gabinetu Albusa (czemu myśli o nim wciąż jako o Albusa gabinecie a nie swoim?) i gdy weszli do środka cicho pociągając nosem stanęła przy drzwiach. Snape podszedł do szafki z której wyciągnął 2 eliksiry - jeden na poprawe samopoczucia a drugi na sen.
- Co tak stoisz jak dziewczynka z zapałkami? Podejdź do biurka! Myślisz że ja będe do Ciebie specialnie podchodził?
Bezszelestnie podeszła do biurka. Podał jej pierwszy flakonik który przechyliła bez słowa i oddała mu. Odebrał od niej flakonik uważając by jej nie dotknąć. Obserwował jak jej twarz zmienia się na bardziej odprężoną i jak wracają jej kolory na blade od kilku dni policzki.
- Lepiej?
- Tak profesorze. Profesorze ja...
Nie chciał słuchać jej tłumaczeń ani kłamstw.
- Tu masz drugi eliksir, zażyj do przed położeniem się do łóżka. A teraz wracaj do swojej wieży.
Starał się mówić spokojnie tak aby nie wprowadzić jej znów w stan załamania nerwowego. Ale zaraz... Od kiedy on troszczy się o nerwy swoich uczniów? Miał ochotę potrząsnąć samym sobą w celu ogarnięcia.
- Dobrze profesorze.
Wzieła od niego flakonik delikatni muskając jego palce swoimi delikatnymi i ciepłymi wywołując w falę gorąca która przeszła niczym piorun przez jego ciało od opuszków palców aż po końcówki włosów. Patrzył na jej szczupłe ciało kołyszące się gdy przechodziła przez jego gabinet w stronę drzwi które cicho zamknęła wpierw powiedziawszy słodkie
- Dobranoc.
Znów został sam w swoim jakże wykwintnym towarzystwie.
Ginny siedziała przy stole Gryffindoru i wpatrywała się w samotną choinkę stojąca w kącie Wielkiej Sali udekorowaną czarnymi i srebrnymi bąbkami. Pamiętała jak rok w rok sala wypełniała się zapachem świeżo ściętej jodły, do okoła sali stało 12 choinek które przybierali pierwszoroczni i kolędy lecące w tle, śmiechy i żarty, cudowną świąteczną atmosferę którą tak kochała. Śmierciożercy potrafią nawet tak piękny okres w roku zmienić na coś przygnębiającego bardziej niż kolejna lekcja z Corrow'ami. Za dwa dni wracali do domu, i to stanowiło jej jedyne pocieszenie. Już nie mogła doczekać się bożonarodzeniowego pudingu mamy, smarzonego karpia, śledzi i wszystkich innych smakołyków które zawsze przygotowywała mama. Spojrzała w stronę stołu Ravenclow przy którym
siedziała samotnie Luna. Było jeszcze wcześnie, sala była niemalże pusta. Przyjrzała się przyjaciółce.
Krukonka wyglądała lepiej - nie była już tak blada i właśnie dziubała coś w talerzu co oznaczało że zaczęła jeść choć odrobinę. Ginny patrząc na nią czuła jak sumienie kłuję ją niemiłosiernie. Nie powinna krzyczeć na Lunę. Nie powinna jej osądzać, tym bardziej że sama nie była w porządku. Luna zaakceptowała to co stało się pomiędzy nią a Carrow'em, więc ona powinna zaakceptować to co dzieję się pomiędzy Luną a Snape'em. Ale przecież to nie było to samo... A może sobie tak tylko wmawiała? Bo przecież co różniło tych dwuch mężczyzn? Obaj byli śmierciożercami, obaj zabijali, obaj byli okrutni. Już od tylu tygodni biła się z myślami, broniła się przed tym co czuła do Amycusa i obawiała się że jeszcze chwila a wszystko w niej wybuchnie i zrobi to co jej przepowiedział - że będzie błagała go o to by ją dotknął. Czy więc ma prawo osądzać Lunę? Ma prawo na nią krzyczeć? Ma prawo jej nienawidzić za to że pragnie czegoś czego nie powinna? Nie. Nie ma prawa. Wstała i podeszła do stołu krukonów.
- Mogę?
Wskazała na miejsce obok przyjaciółki a ta przytaknęła i dalej patrzyła w talerz.
- Luna, ja... Ja Cię przepraszam. Wybacz mi to co zrobiłam i powiedziałam. Niepowinnam była. Nie mam prawa Cię osądzać. Powinnam Cię wspierać tak jak Ty to robisz. Jestem głupia. Zawiodłam Cię jako przyjaciółka, jako twoja siostra. Błagam wybacz mi.
Luna odłożyła widelec na talerz na którym były reszyki jajka sadzonego i bekonu ale nawet na nią nie spojrzała. Głos Ginny zaczął się załamywać.
- Błagam Luna, powiedz coś. Cokolwiek.
Spojrzała na nią a ruda ujrzała łzy spływające jej po policzkach i spojrzenie błagające o zaakceptowanie jej. Przytuliła blondynkę z całej siły i delikatnie kołysząc głaskała ją po głowie w czasie gdy ta się wypłakiwała na jej ramieniu i Ginny też poczuła że łzy spływają po jej policzkach.
- Damy sobie jakoś radę Luno, przejdziemy przez to. Musimy.
Pocałowała ją we włosy dalej tuląc do swojej piersi.
Dyrektor Hogwartu siedział wpatrzony w dziewczyny przytulające się przed jego oczami. Obiecał Lunie że nie zajrzy do jej głowy, ale nie znaczy to że nie może dowiedzieć się tego co doprowadziło ją do takiego stanu - sprawdzi to w głowie rudej Weasley. Wejście do jej umysłu zajeło mu mniej niż mrugnięcie okiem i już po minucie wiedział co się między nimi działo. Choć twarz wydawała się być tak samo zimno spokojna to w środku wrzał z wściekłości na Lunę za to że powiedziała rudej, i na rudą że zostawiła ją w momencie gdy blondynka ją najbardziej potrzebowała. Widział też jak Luna opowiadaja jej o ich... o tym co między nimi zaszło tamtego wieczoru. "To nie tak jak myślisz! Ja chciałam!... Od pewnego czasu go obserwowałam.. nachyliłam się nad biurkiem obok niego i jak spojrzałam w jego oczy i... "Zatem nie chciała jedynie grać na zwłokę. Panna Lovegood zauroczyła się w nim. Jak to możliwe? I to ma być córka Roveny Ravenclow? Toż to idiotka! Od teraz nie może się z nią więcej spotkać. Po kilku dniach to głupie zauroczenie jej przejdzie i będzie mogła w spokoju zająć się lekcjami. Zresztą idzie przerwa świąteczna w czasie której na pewno zapomni o tym co stało się między nimi. Na tym postanowił zakończyć rozmyślenia odnoście krukonki na dzień dzisiajszy (nie żeby wyszło ale prubować zawsze można, nie?). I chociaż powinien być zły na nią za jej głupotę to nie mógł się na to zdobyć, a jego humor (choć w nieznacznym stopniu) polepszył się do końca dnia.
Luna, Neville i Ginny wraz z resztą uczniów stali w całkowitej ciszy na stacji czekając na pociąg do
Londynu. Dopiero gdy wszyscy wsiedli do pociągu i pociąg ruszył kilku uczniów odważyło się na głośniejszy śmiech i wogule wszyscy byli w znacznie lepszych humorach - czekają ich całe 2tygodnie z rodzicami i rodziną w czasie których mogli choć na kilka godzin zapomnieć o tym co dzieje się w szkole. Oczywiście te spostrzeżenia tyczyły się tylko i wyłącznie uczniów trzech z domów ponieważ Ślizgoni jak to Ślizgoni w najlepsze uskuteczniali śmiechy i groźby odnośnie innych uczniów. Po mniej więcej dwuch godzinach jazdy w przedziale pociągu rozległ się krzyk a Ginny Neville i Luna wyskoczyli sprawdzić co się dzieje. To co ujrzeli na korytarzu było przerażające - Crabbe stał nad jakimś pierwszorocznym puchonem i z uśmiechem na twarzy patrzył jak dzieciak wije się z bólu na podłodze pod wpływem jego zaklęcia. Neville sięgnął po różdżkę ale
nim wypowiedział jakąkolwiek klątwę która miała być skierowana w stronę goryla usłyszeli głos Malfoya za swoimi plecami
- Crabbe! Co ty robisz? Całkiem Ci się w głowie poprzewracało? Katujesz czystokrwistego bez powodu na środku korytarza?
Głowy wszystkich odwróciły się w jego stronę który jak by tego nie zauważał, zgrabnie wyminął trójkę przyjaciół i ruszył z wyciągniętą różdżką w stronę swojego odwiecznego goryla.
- Co Ci do tego Malfoy? To Twój krewniak że tak go bronisz?
- Nie twoja sprawa. Jeśli jeszcze raz zobacze coś takiego w twoim wykonaniu powiem o tym wujowi. Nie Ty tu jesteś odpowiedzialny za pożądek.
Luna patrzyła na niego z szeroko otwartymi oczami ale chłopak omijaj ją zwrokiem. Pociąg gwałtownie zachamował, większość uczniów stojących na korytarzu nie zdąrzyło niczego się chwycić i runęło na podłogę pociągu w tym również Ginny i Luna którą przygniutł jakiś trzecioklasista. Obie dziewczyny straciły przytomność ale Ginny po kilku chwilach otworzyła
oczy. Neville pomagał właście wstać chłopakowi który przygniatał wciąż nieprzytomną Lunę. Ginny podniosła sie z ziemi i miała już wytrzeć ręce o spodnie gdy zauważyła że są one czerwone. Spojrzała w dół. Wokół głowy Luny rozchodziła się czerwona aureola. Zakryła usta dłonią tłumiąc krzyk wydobywający się z jej gardła.
- No prosze, dzieciaczki się poprzewracały!!
Ginny wszędzie poznałaby ten głos i szyderczy sposób mówienia. Bellatrix. A za nią jakiś mężczyzna którego Ginny nie znała. Neville puścił chłopaka i sięgnął po różdżkę która leżała na podłodze.
- Oh Longbottom. Pozdrów rodziców jak ich odwiedzisz. Hahahaha - jej śmiech mroził krew w żyłach. Machnęła różdżką a Neville padł nieprzytomny na ziemię - nie przyszłam tu po to żeby się z wami bawić. Draco zbieraj się. Rodolphus weź tą blondynę.
Mężczyzna stojący za Bellatrix ruszył w stronę Luny ale Draco stanął mu na drodze.
- Wuju, ja wezmę Lovegood.
Nachylił się nad Luną i odsnunął jej włosy z twarzy odsłaniając ranę. Wziął ją delikatnie na ręcę i specialnie przesunął się w stronę Ginny. Szepnął jej ledwie słyszalnie.
- Nic jej nie będzie.
Sekundę później już ich nie było.
poniedziałek, 24 marca 2014
Informacje
Witajcie!
Jeśli myślicie że Was opuściłam to sie mylicie - jestem z wami tylko poprostu ostatnio mam wiele zmian w życiu (nie które na lepsze inne na gorsze ale mniejsza z tym - nie piszę tego bloga żeby Wam się użalać) ale mam nadzieję że od kwietnia będą się notki pojawiać w miarę regularnie. Właściwie to też trochę się boję kolejnych notek bo bardzo mi zależy żeby wyszły jak najlepiej a wynosimy się na razie z Hogwartu więc obawiam się że wyjdzie mi jakaś klapa :(.
Pozdrawiam Was i obiecuję nie zaniedbywać od najbliższego miesiąca!
Buziaczki
Jeśli myślicie że Was opuściłam to sie mylicie - jestem z wami tylko poprostu ostatnio mam wiele zmian w życiu (nie które na lepsze inne na gorsze ale mniejsza z tym - nie piszę tego bloga żeby Wam się użalać) ale mam nadzieję że od kwietnia będą się notki pojawiać w miarę regularnie. Właściwie to też trochę się boję kolejnych notek bo bardzo mi zależy żeby wyszły jak najlepiej a wynosimy się na razie z Hogwartu więc obawiam się że wyjdzie mi jakaś klapa :(.
Pozdrawiam Was i obiecuję nie zaniedbywać od najbliższego miesiąca!
Buziaczki
piątek, 21 lutego 2014
Przemyślenia i informacje
Właśnie wróciłam z pogrzebu. Jestem załamana. Do tych czas nie docierało do mnie że Ona nie żyje, ale dziś... Jak zobaczyłam jej mężczyznę i zobaczyłam jak wygląda to poczułam że to była prawdziwa miłość. Kocha ją i nigdy nie przestanie. Myśle że napisze o nich opowiadanie. Nie jestem nawet w stanie wyobrazić sobie Jego bólu choć dla mnie była jak siostra i wiem że nigdy nie pokocham w ten sposób jak ją. Pocieszam się jedynie myślą że umierając była szczęśliwa jak nigdy dotąd. Bo miała Jego...
A z pozytywniejszych wiadomości - mam plan na najbliższe 3rozdziały - dokładnie rozpisane. I kolejna pozytywna dla mnie, choć dla Was nie koniecznie (szczególnie dla Luny HP) - dostałam wizę do Nowej Zelandii więc jak wyjadę notki będą na pewno rzadko - będę szukała pracy i nie wiem kiedy dorobie się własnego laptopa a mąż będzie pewnie jęczał że piszę głupoty a on w tym czasie woli obejrzeć film - jak to on. Ale nie spodziewam się wyjechać przed Wielkanocą więc na razie spokojnie :)
A z pozytywniejszych wiadomości - mam plan na najbliższe 3rozdziały - dokładnie rozpisane. I kolejna pozytywna dla mnie, choć dla Was nie koniecznie (szczególnie dla Luny HP) - dostałam wizę do Nowej Zelandii więc jak wyjadę notki będą na pewno rzadko - będę szukała pracy i nie wiem kiedy dorobie się własnego laptopa a mąż będzie pewnie jęczał że piszę głupoty a on w tym czasie woli obejrzeć film - jak to on. Ale nie spodziewam się wyjechać przed Wielkanocą więc na razie spokojnie :)
wtorek, 18 lutego 2014
Rozdział 19
Witajcie! Jestem znów z nowym rozdziałem bo dziś jakoś dopadła mnie wena choć nie myślałam że będę miała ochote coś pisać w najbliższym czasie. Rozdział ten dedykuje mojej najlepszej przyjaciółce która zmarła w sobotę po południu. Była cudowną kobietą i wielką niesprawiedliwością jest że odeszła z tego świata właśnie wtedy kiedy zaczęła być na prawdę szczęśliwa. Mam jedynie nadzieje że gdziekolwiek teraz jest, jest tam szczęśliwa.
----------------------------------------
Luna stała nad kociołkiem pełnym ciemno zielonej substancji i zastanawiała się czy muchy siatkoskrzydłe lepiej będzie dodać przed czy po ogonie szczura, a w podręczniku nie było to jasno napisane. Zostało niewiele czasu aby dodać któryś ze składników postanowiła więc iść po radę do Mistrza Eliksirów. Wiedziała co prawda że zaraz ją zwymyśla jaka to jest beznadziejna, ale chyba nie było tak źle skoro podjął się nauczania jej, prawda? Przytuliła książkę do piersi i wchowała natrętny lok za ucho. Zapukała do drzwi jego gabinetu. To warknięciu 'wejdź' otworzyła drzwi i podeszła do biurka.
- Profesorze Snape...
- Czyżbyś nie zrozumiała którejś z moich prostych instrukcji? Masz uważyć eliksir według przepisu z księgi którą tak tulisz.
- Nie tulę jej, poprostu jest ciężka i nie chciałam aby mi wypadła.
- Niewinny się nie tłumaczy. A teraz mów z czym masz problem.
Luna otworzyła tom na odpowiedniej stronie i stanęła obok siedzącego na prostym drewnianym fotelu nauczyciela. Nachyliła się nad ksiąga pokazując palcem na fragment przepisu z którym miała problem.
- Chodzi o to że nie jestem pewna czy muchy siatkoskrzydłe dodać przed czy po ogonie szczura.
Profesor zapatrzył się w tekst.
- Przecież tu wyraźnie pisze że masz dodać odrobine ogona szczura, następnie muchy i resztkę ogona. Czy to takie trudne do zrozumienia? Czy może tatuś zapomniał nauczyć Cię czytać?
W Lunie krew się zagotowała. Nie nawidziła jak ktoś obrażał jej tatusia. Miała ochotę uderzyć go w twarz ale wiedziała że to jej w niczym nie pomoże - wręcz przeciwnie. Odwróciła sie więc jedynie z zamiarem wyjścia z sali ale On chwycił ją za dłoń nim zdąrzyła zrobić choć krok.
- Czy pozwoliłem Ci odejść Lovegood? - wypowiedział te słowa wyjątkowo spokojnie - Spójrz. Pisze wyraźnie "Dodać połowę pokrojonego w plastry ogona szczura, zamieszać 3 razy zgodnie z ruchem zegara, następnie muchy siatkoskrzydłe, a gdy kolor substancji zmieni się z zielonej na brązową dodać jeszcze ogon szczura".
Luna spłoniła się. Teraz gdy on jej to przeczytał wydało jej się to całkowicie oczywiste, ale tam w sali gdy nie mogła się skupić na czytanym tekście... Zrobiła z siebie totalną idiotkę. Rovena przekręca się w grobie jak na to patrzy. Spojrzał jej w twarz.
- Czym masz tak zajęte myśli że nie jesteś w stanie zrozumieć prostego tekstu?
Rumieniec się pogłębił więc jeszcze bardziej schyliła głowę prubując go ukryć. Miała ochotę chwycić księgę, uciec z gabinetu i dokończyć eliksir jak najszybciej ale wiedziała że dziś musiała grać na czasie.
- Zadałem pytanie.
Spojrzała mu w oczy. Myśl Luno, myśl!
- Zastanawiałam się nad dokładnym zastosowaniem much siatkoskrzydłych. Dodaje się je w różnych eliksirach o różnych zastosowaniach, na końcu tej księgi przeczytałam...
Nachyliła się nad księgą i gdy chciała przekręcić kartki żeby odszukać dany fragment poczuła że On wciąż trzyma ją za rękę. On chyba też to spostrzegł bo puścił ją jak by zaczęła go nagle parzyć. Odszukała formułkę dotyczącą składnika a on ją przeczytał i spojrzał jej w oczy. Odwzajemniła spojrzenie.
- Wszystko zależy od tego przy jakich składnikach występuję, jeśli jest to...
Reszta jego wypowiedzi jakoś jej umknęła - zatopiła się całkowicie w jego oczach które patrzyły na nią tak intensywnie, tak przenikliwie że czuła się jak by jej dusza się przed nim otwierała i wiedziała że może w niej teraz czytać jak w otwartej księdze i to bez posuwania się do penetracji jej umysłu. Byli tak blisko że wystaczyłoby wyciągnąć rękę aby dotknąć jego policzka raz jeszcze. Przełknął ślinę i przeniusł wzrok na jej usta. Jej serce galopowało tak mocno że obawiała się że On jest w stanie to usłyszeć. Jego twarz była już tak blisko jej że była w stanie spostrzec meszek na jego twarzy choć nie była w stanie stwierdzić które z nich zbliżało się do którego. A może oboje się do siebie zbliżali? Było to bez znaczenia. Liczył się tylko on, ona i ta chwila. Spojrzała na jego usta których nagle zapragnęła dotknąć... Przymknęła oczy i któreś z nich pokonało ostatnie cale które ich dzieliły od tego czego oboje pragnęli choć żadne by się do tego nie przyznało. Ich usta złączyły się w jedność.
Ginny stała z Nevillem pod ścianą obserwując Alecto która właśnie przeszła koło nich. Podziękowała w duchu Lunie za to że udało jej się uważyć eliksir niewidzialności idealnie choć miał on działać jedynie przez 30min. Minęło już 15 odkąd go wypili. Trzymając się za ręcę aby wzajemnie się nie zgubić przeszli ostatni odcinek dzielący ich od gabinetu dyrektora i stanęli nad gragulcem pilnującym wejścia. Od Luny dowiedzieli się że Snape co tydzień zmienia hasło, problem polegał jedynie na tym że nie znali aktualnego - postanowili próbować do skutku. Gdy już byli przed gargulcem i odczekali aż eliksir przestanie działać zaczęli mówić słowa które mogły być ich zdaniem hasłem. Po kilku minutach gdy gargulec nawet nie drgnął Neville zaczął czuć smak porażki.
- Niech to! Jak teraz o tym myślę wkradzenie sie do gabinetu Dumbledore'a byłoby.... - przerwał w połowie zdania wpatrując się w schody prowadzace do gabinetu a gargulec zniknął - ....bułką z masłem.
- Ale hasło sobie wymyślił. Jak on śmie? - Ginny była czerwona na twarzy ze złości. Weszli po schodach na górę.
Świat zawirował wokół niej gdy jego usta musnęły jej i gdyby On jej nie chwycił w pasie to na pewno nie utrzymałaby się na nogach. Był to pocałunek delikatny jak muśnięcie skrzydłem motyla a sprawił że coś w niej obudziło się do życia. Nie była w stanie myśleć co. Była szczęśliwa jak nigdy dotąd, miała wrażenie że unosi się w powietrzu. Uchyliła oczy by zobaczyć jego twarz. W czarnej otchłani jego oczu dostrzegła pytanie. W odpowiedzi znów przymknęła oczy i musnęła jego wargi swoimi. Rozchylił wargi i musnął końcem języka jej usta, pieścił je powoli i delikatnie. Jedną dłonią dotknęła jego policzka a drugą wtopiła w jego miękie włosy sprawiając tym że zamruczał cicho niczym kot. Teraz i ona rochyliła usta pozwalając mu wejść do środka i zawładnąć sobą. Jego wprawiony język uczył jej niedoświadczony jak razem tańczyć do muzyki namiętności jaką grały ich serca. Objął ją mocniej w pasie o posadził sobie bokiem na kolanach, jedną ręką rozpuścił jej włosy i zatopił w nich, drugą gładził jej plecy. Pragnęła by ta chwila trwała wiecznie, by już zawsze, by już nigdy nie musiała opuścić jego ramion, by już zawsze mogła czuć smak jego pocałunków. Czuła że on też ma przyśpieszony oddech, czuła jak jego pocałunki stają się coraz bardziej namiętne a jego skóra płonie. Doknęła jego szyji i wyczuła pod palcami bliznę biegnącą od lewego ucha w dół pod koszulę. Wypuścił z objęć jej usta i przejechał swoimi wagami w dół do jej szyji, pieścił ją językiem a ona odchyliła głowę by dać mu lepszy dostęp do pieszczoty. Cichy jęk wydobył się z jej gardła.
- Severusie, Longbottom i Weasley włamali się do Twojego gabinetu.
Nim słowa które padły w gabinecie dotarły choć w części do Luny Snape już stał na nogach nawet nie zainteresowawszy się że dziewczyna którą zrzucił z kolan wstając szybko i bez uprzedzenia leży na podłodze. Różdżkę miał skierowaną na czarnego węża unoszącego się w powietrzu - pewnie zrobił to odruchowo. Była w totalnym szoku. Jak ich nakryto? Przecież mieli eliksir niewidzialności! Podniosła się szybko z zimnych kamieni które służyły w lochach za podłoge i spojrzała na to coś.
- Co to jest? - w obecnej chwili było to najgłupsze pytanie jakie mogła zadać.
- Coś w rodzaju patronusa śmierciożerców.
I już go nie było. Luna ruszyła biegiem za nim.
Choć biegła ile sił w nogach to i tak Snape był na miejscu przed nią. Na środku korytarza leżał miecz Gryffindora, a obok nich leżał Neville z rozcięciem na policzku ze związanymi rękami i nogami niewidzialnymi więzami, i Ginny też związana w ten sam sposób ale na pierwszy rzut oka nie było widać większych uszkodzeń niż rozcięta warga. Mimo to podbiegła do nich i objęła oboje.
- Dyrektorze, Longbottom i Neville wdarli się do Twojego gabinetu i ukradli ten oto miecz. Chyba myśleli że to orginał.
Luna odwróciła się by spojrzeć w oczy mężczyźnie który jeszcze kilka minut temu trzymał ją w ramionach, którego pocałunku wciąż czuła na swoich ustach i szyji. Patrzył na nią jak na robaka, jak na coś nie godnego aby choć dotknąć skraju jego szaty.
- Proszę ja...
- Zamknij się Lovegood.
- Ale profe..
- Powiedziałem zamknij się! Nie chce słuchać twoich marnych fałszywych tłumaczeń, wszystko jest jasne!
Poczuła wzrok przyjaciół na swoich plecach ale nie przemowała się tym. Wstała z posadzki i podeszła do swojego profesora.
- Błagam...
Poczuła jak ręka którą jeszcze tak nie dawno gładził jej włosy i szyję uderza ją w twarz tak mocno że straciła równowagę i opadła na ziemię. Policzek pulsował jej bólem ostrym jak tysiące igieł a za sobą usłyszała krzyki Ginny i Nevilla które ucichły pod wpływem zaklęcia rzuconego przez Alecto która ich złapała.
- Severusie, pozwól nam ukarać tę dwójkę. Obiecuję że po takiej każe już nigdy nawet nie zapuszczą się w tą część zamku....
- Nie Amucusie. Za coś takiego muszę ich ukarać sam. Możecie wrócić do swoich obowiązków.
Luna nie widziała ich min jak to usłyszeli ale przypuszczała że nie byli zadowoleni że tak ich odesłał. Obszedł do okoła całą trójkę i zatrzymał się tóż przed Luną.
- Więc myśleliście że można mnie od tak okraść a ja się nie zoriętuję, co? Mieliście mnie za idiotę? Odejmuję 100 punktów każdemu z Was. Jutro rano otrzymacie wiadomość odnośnie kary jaka was czeka.
Jednym machnięciem różdżki uwolnił gryfonów od zaklęć i odszedł powiewając swoimi czarnymi szatami. Po policzku Luny spłynęła łza, ale nie była to łza wywołana fizycznym bólem, a tym że utraciła go zanim wogule zyskała.
-------------------------------
Rozdział krótki ale myślę że ciekawy choć nie dokońca jestem z niego zadowolona. Błędy pewnie są ale nie mam ochoty ich poprawiać, za co oczywiście przepraszam.
----------------------------------------
Luna stała nad kociołkiem pełnym ciemno zielonej substancji i zastanawiała się czy muchy siatkoskrzydłe lepiej będzie dodać przed czy po ogonie szczura, a w podręczniku nie było to jasno napisane. Zostało niewiele czasu aby dodać któryś ze składników postanowiła więc iść po radę do Mistrza Eliksirów. Wiedziała co prawda że zaraz ją zwymyśla jaka to jest beznadziejna, ale chyba nie było tak źle skoro podjął się nauczania jej, prawda? Przytuliła książkę do piersi i wchowała natrętny lok za ucho. Zapukała do drzwi jego gabinetu. To warknięciu 'wejdź' otworzyła drzwi i podeszła do biurka.
- Profesorze Snape...
- Czyżbyś nie zrozumiała którejś z moich prostych instrukcji? Masz uważyć eliksir według przepisu z księgi którą tak tulisz.
- Nie tulę jej, poprostu jest ciężka i nie chciałam aby mi wypadła.
- Niewinny się nie tłumaczy. A teraz mów z czym masz problem.
Luna otworzyła tom na odpowiedniej stronie i stanęła obok siedzącego na prostym drewnianym fotelu nauczyciela. Nachyliła się nad ksiąga pokazując palcem na fragment przepisu z którym miała problem.
- Chodzi o to że nie jestem pewna czy muchy siatkoskrzydłe dodać przed czy po ogonie szczura.
Profesor zapatrzył się w tekst.
- Przecież tu wyraźnie pisze że masz dodać odrobine ogona szczura, następnie muchy i resztkę ogona. Czy to takie trudne do zrozumienia? Czy może tatuś zapomniał nauczyć Cię czytać?
W Lunie krew się zagotowała. Nie nawidziła jak ktoś obrażał jej tatusia. Miała ochotę uderzyć go w twarz ale wiedziała że to jej w niczym nie pomoże - wręcz przeciwnie. Odwróciła sie więc jedynie z zamiarem wyjścia z sali ale On chwycił ją za dłoń nim zdąrzyła zrobić choć krok.
- Czy pozwoliłem Ci odejść Lovegood? - wypowiedział te słowa wyjątkowo spokojnie - Spójrz. Pisze wyraźnie "Dodać połowę pokrojonego w plastry ogona szczura, zamieszać 3 razy zgodnie z ruchem zegara, następnie muchy siatkoskrzydłe, a gdy kolor substancji zmieni się z zielonej na brązową dodać jeszcze ogon szczura".
Luna spłoniła się. Teraz gdy on jej to przeczytał wydało jej się to całkowicie oczywiste, ale tam w sali gdy nie mogła się skupić na czytanym tekście... Zrobiła z siebie totalną idiotkę. Rovena przekręca się w grobie jak na to patrzy. Spojrzał jej w twarz.
- Czym masz tak zajęte myśli że nie jesteś w stanie zrozumieć prostego tekstu?
Rumieniec się pogłębił więc jeszcze bardziej schyliła głowę prubując go ukryć. Miała ochotę chwycić księgę, uciec z gabinetu i dokończyć eliksir jak najszybciej ale wiedziała że dziś musiała grać na czasie.
- Zadałem pytanie.
Spojrzała mu w oczy. Myśl Luno, myśl!
- Zastanawiałam się nad dokładnym zastosowaniem much siatkoskrzydłych. Dodaje się je w różnych eliksirach o różnych zastosowaniach, na końcu tej księgi przeczytałam...
Nachyliła się nad księgą i gdy chciała przekręcić kartki żeby odszukać dany fragment poczuła że On wciąż trzyma ją za rękę. On chyba też to spostrzegł bo puścił ją jak by zaczęła go nagle parzyć. Odszukała formułkę dotyczącą składnika a on ją przeczytał i spojrzał jej w oczy. Odwzajemniła spojrzenie.
- Wszystko zależy od tego przy jakich składnikach występuję, jeśli jest to...
Reszta jego wypowiedzi jakoś jej umknęła - zatopiła się całkowicie w jego oczach które patrzyły na nią tak intensywnie, tak przenikliwie że czuła się jak by jej dusza się przed nim otwierała i wiedziała że może w niej teraz czytać jak w otwartej księdze i to bez posuwania się do penetracji jej umysłu. Byli tak blisko że wystaczyłoby wyciągnąć rękę aby dotknąć jego policzka raz jeszcze. Przełknął ślinę i przeniusł wzrok na jej usta. Jej serce galopowało tak mocno że obawiała się że On jest w stanie to usłyszeć. Jego twarz była już tak blisko jej że była w stanie spostrzec meszek na jego twarzy choć nie była w stanie stwierdzić które z nich zbliżało się do którego. A może oboje się do siebie zbliżali? Było to bez znaczenia. Liczył się tylko on, ona i ta chwila. Spojrzała na jego usta których nagle zapragnęła dotknąć... Przymknęła oczy i któreś z nich pokonało ostatnie cale które ich dzieliły od tego czego oboje pragnęli choć żadne by się do tego nie przyznało. Ich usta złączyły się w jedność.
Ginny stała z Nevillem pod ścianą obserwując Alecto która właśnie przeszła koło nich. Podziękowała w duchu Lunie za to że udało jej się uważyć eliksir niewidzialności idealnie choć miał on działać jedynie przez 30min. Minęło już 15 odkąd go wypili. Trzymając się za ręcę aby wzajemnie się nie zgubić przeszli ostatni odcinek dzielący ich od gabinetu dyrektora i stanęli nad gragulcem pilnującym wejścia. Od Luny dowiedzieli się że Snape co tydzień zmienia hasło, problem polegał jedynie na tym że nie znali aktualnego - postanowili próbować do skutku. Gdy już byli przed gargulcem i odczekali aż eliksir przestanie działać zaczęli mówić słowa które mogły być ich zdaniem hasłem. Po kilku minutach gdy gargulec nawet nie drgnął Neville zaczął czuć smak porażki.
- Niech to! Jak teraz o tym myślę wkradzenie sie do gabinetu Dumbledore'a byłoby.... - przerwał w połowie zdania wpatrując się w schody prowadzace do gabinetu a gargulec zniknął - ....bułką z masłem.
- Ale hasło sobie wymyślił. Jak on śmie? - Ginny była czerwona na twarzy ze złości. Weszli po schodach na górę.
Świat zawirował wokół niej gdy jego usta musnęły jej i gdyby On jej nie chwycił w pasie to na pewno nie utrzymałaby się na nogach. Był to pocałunek delikatny jak muśnięcie skrzydłem motyla a sprawił że coś w niej obudziło się do życia. Nie była w stanie myśleć co. Była szczęśliwa jak nigdy dotąd, miała wrażenie że unosi się w powietrzu. Uchyliła oczy by zobaczyć jego twarz. W czarnej otchłani jego oczu dostrzegła pytanie. W odpowiedzi znów przymknęła oczy i musnęła jego wargi swoimi. Rozchylił wargi i musnął końcem języka jej usta, pieścił je powoli i delikatnie. Jedną dłonią dotknęła jego policzka a drugą wtopiła w jego miękie włosy sprawiając tym że zamruczał cicho niczym kot. Teraz i ona rochyliła usta pozwalając mu wejść do środka i zawładnąć sobą. Jego wprawiony język uczył jej niedoświadczony jak razem tańczyć do muzyki namiętności jaką grały ich serca. Objął ją mocniej w pasie o posadził sobie bokiem na kolanach, jedną ręką rozpuścił jej włosy i zatopił w nich, drugą gładził jej plecy. Pragnęła by ta chwila trwała wiecznie, by już zawsze, by już nigdy nie musiała opuścić jego ramion, by już zawsze mogła czuć smak jego pocałunków. Czuła że on też ma przyśpieszony oddech, czuła jak jego pocałunki stają się coraz bardziej namiętne a jego skóra płonie. Doknęła jego szyji i wyczuła pod palcami bliznę biegnącą od lewego ucha w dół pod koszulę. Wypuścił z objęć jej usta i przejechał swoimi wagami w dół do jej szyji, pieścił ją językiem a ona odchyliła głowę by dać mu lepszy dostęp do pieszczoty. Cichy jęk wydobył się z jej gardła.
- Severusie, Longbottom i Weasley włamali się do Twojego gabinetu.
Nim słowa które padły w gabinecie dotarły choć w części do Luny Snape już stał na nogach nawet nie zainteresowawszy się że dziewczyna którą zrzucił z kolan wstając szybko i bez uprzedzenia leży na podłodze. Różdżkę miał skierowaną na czarnego węża unoszącego się w powietrzu - pewnie zrobił to odruchowo. Była w totalnym szoku. Jak ich nakryto? Przecież mieli eliksir niewidzialności! Podniosła się szybko z zimnych kamieni które służyły w lochach za podłoge i spojrzała na to coś.
- Co to jest? - w obecnej chwili było to najgłupsze pytanie jakie mogła zadać.
- Coś w rodzaju patronusa śmierciożerców.
I już go nie było. Luna ruszyła biegiem za nim.
Choć biegła ile sił w nogach to i tak Snape był na miejscu przed nią. Na środku korytarza leżał miecz Gryffindora, a obok nich leżał Neville z rozcięciem na policzku ze związanymi rękami i nogami niewidzialnymi więzami, i Ginny też związana w ten sam sposób ale na pierwszy rzut oka nie było widać większych uszkodzeń niż rozcięta warga. Mimo to podbiegła do nich i objęła oboje.
- Dyrektorze, Longbottom i Neville wdarli się do Twojego gabinetu i ukradli ten oto miecz. Chyba myśleli że to orginał.
Luna odwróciła się by spojrzeć w oczy mężczyźnie który jeszcze kilka minut temu trzymał ją w ramionach, którego pocałunku wciąż czuła na swoich ustach i szyji. Patrzył na nią jak na robaka, jak na coś nie godnego aby choć dotknąć skraju jego szaty.
- Proszę ja...
- Zamknij się Lovegood.
- Ale profe..
- Powiedziałem zamknij się! Nie chce słuchać twoich marnych fałszywych tłumaczeń, wszystko jest jasne!
Poczuła wzrok przyjaciół na swoich plecach ale nie przemowała się tym. Wstała z posadzki i podeszła do swojego profesora.
- Błagam...
Poczuła jak ręka którą jeszcze tak nie dawno gładził jej włosy i szyję uderza ją w twarz tak mocno że straciła równowagę i opadła na ziemię. Policzek pulsował jej bólem ostrym jak tysiące igieł a za sobą usłyszała krzyki Ginny i Nevilla które ucichły pod wpływem zaklęcia rzuconego przez Alecto która ich złapała.
- Severusie, pozwól nam ukarać tę dwójkę. Obiecuję że po takiej każe już nigdy nawet nie zapuszczą się w tą część zamku....
- Nie Amucusie. Za coś takiego muszę ich ukarać sam. Możecie wrócić do swoich obowiązków.
Luna nie widziała ich min jak to usłyszeli ale przypuszczała że nie byli zadowoleni że tak ich odesłał. Obszedł do okoła całą trójkę i zatrzymał się tóż przed Luną.
- Więc myśleliście że można mnie od tak okraść a ja się nie zoriętuję, co? Mieliście mnie za idiotę? Odejmuję 100 punktów każdemu z Was. Jutro rano otrzymacie wiadomość odnośnie kary jaka was czeka.
Jednym machnięciem różdżki uwolnił gryfonów od zaklęć i odszedł powiewając swoimi czarnymi szatami. Po policzku Luny spłynęła łza, ale nie była to łza wywołana fizycznym bólem, a tym że utraciła go zanim wogule zyskała.
-------------------------------
Rozdział krótki ale myślę że ciekawy choć nie dokońca jestem z niego zadowolona. Błędy pewnie są ale nie mam ochoty ich poprawiać, za co oczywiście przepraszam.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


















