Cieszę się ze o mnie jeszcze pamiętacie, na prawdę. Przedstawiam nowy rozdział, pierwszy raz pisałam akcje i chyba nie wyszlo mi to za dobrze ale wierzcie mi ze się starałam.
buziaki i miłego czytania
Rozdział XXII
Na słowa które padły z ust Mistrza Eliksirów wszyscy obecni na przyjęciu się spieli. Nikt juz nie pamiętał o torcie ani o tańcach, każdy wyjmował różdżki z kieszeni szat i patrzył na dyrektora czekając na rozkazy.
- Ja juz musze iść. Pospieszcie się.
I czarnowłosego już nie było. Dumbledore zabrał glos.
- Tak jak mówiłem punkt aportacyjny jest z wieży astonomicznej. Tonks, Remusie, Molly, Artur, bliźniaki, McGonagall, Sprout, Bill i Flaur, ruszajcie. Poppy, razem z panna Lovegood idźcie do skrzydła szpitalnego, będziecie tam czekać na poszkodowanych. Harry, Ron wy pójdziecie na wieze i będziecie przenosić potrzebujących do szpitala. Kontaktujemy się przez patronusy. Reszta do Wielkiej Sali.
Dwie mi minuty później Luna juz była wraz z pielegniarka w skrzydle szpitalnym i szykowały najpraktyczniejsze mikstury aby miec je w zasięgu ręki, tak samo z bandarzami, gazami i woda do ewentualnego przemycia ran. Nie minęło dziesięć minut jak drzwi skrzydła otworzyły się a ich pierwszym pacjentem okazał się być Bill który był raniony Sectusempra. Luna o malo nie wpadła w panikę gdy to zobaczyła ale na szczęście szybko odzyskała zimna krew i pomogła w zatamowaniu krwawienia i zawiązaniu bandarzami najgłębszych ran. Ledwie się uwinęły do sali wleciał srebrzysty feniks.
- Zmiana planów. Poppy zostaniesz na miejscu i będziesz się zajmować cięższymi przypadkami a Luna aportuje się do Doliny aby zajmować się małymi obrażeniami.
Luna wypchała kieszenie fartucha pielęgniarskiego jaki na sobie miała najpraktyczniejszymi miksturami i z różdżka w dłoni pokonała biegiem odcinek dzielący ja od wieży. Gdy wpadła zdyszana na gore pozwoliła sobie na dwa głębsze wdechy i wyobraziła sobie gdzie chce się przenieść. Niemalże natychmiast poczuła ssanie w okolicy pępka i juz byla na polu walki. Pierwsza zobaczyła profesor McGonagall której noga wykrzywiona byla pod nienaturalnym kontem. Czarodziejka walczyła ze stającym nad nią smierciozerca ale jedyne co mogla zrobić to odbijać zaklęcia jako ze nie mogla się przed nimi uchylać. Dziewczyna podbiegła do niej i wpierw nastawiła kość a potem dala czarownicy fiolkę z eliksirem na zrastanie się kości a sama zaczęła rzucać zaklęcia w stronę smierciozercy dając tym samym chwile profesorce na wypicie eliksiru. Kilka sekund później ta juz stala i ponownie zaczela zaciekle walczyć. Krukonka przedzierała się między walczącymi parami w poszukiwaniu innych rannych co chwile uciekając przed rzucanymi w jej stronę zaklęciami aż jej wzrok natrafił na czarne oczy które widac było pod maska smierciozercy. Snape, który walczył właśnie z panem Weasley.
Od czasów sprzed pierwszej wojny nie miała okazji przyjrzeć się jego walce. Na pierwszy rzut oka widac było że się powstrzymuje, a jego ruchy i zaklęcia były jakby całkowicie płynne, nawet ułamka sekundy zastanowienia. Jak by recytował z pamięci wiersz po raz tysięczny tego samego wieczoru. Nawet się nie zadyszał podczas gdy pan Weasley zdawał się być prawie wykończony. Przyjrzała się ponownie oczom profesora. Choc z jego ust padały głównie czarnomagiczne klątwy to oczy byly puste. Nie bylo juz tego przerażającego blasku jak podczas gdy byl uczniem. Tylko pustka i zimno. Stałaby tak patrząc w te oczy cala wieczność gdyby nie glos którego tak bardzo nie chciała tu słyszeć. Hermiona.
- Luna, biegnij pomóc profesor Sprout!
Oderwała wzrok od czarodzieja i szybko odszukała profesor zielarstwa która leżała na ziemi i pluła krwią. Krwotok wewnętrzny. Drżącymi rękami odkręciła odpowiednia fiolkę i pomogła profesorce napic się lekarstwa gdy jej stan byl juz stabilny to rozejrzała się w poszukiwaniu kolejnych ofiar. Pierwsza osoba na której trafił jej wzrok byl Neville. Przez jej ciało przeleciała fala paniki - co on tu robi? Czyżby bylo tak zle ze dyrektor wyslal nawet uczniów do walki? Rozejrzala się ale nie zobaczyła innych przyjaciół. Lekko odetchnęła z ulga i znów spojrzała na gryfona który wyraźnie nie dawał sobie rady z czarodziejem w masce smierciozercy i długich, platynowo blond długich włosach. Malfoy. Przed jej oczami przeleciała wizja jaka miała podczas snu. Nim zdarzyła pomyśleć, nim mózg mógł wyslac informacje do jej ust ona juz wypowiadała formule zaklęcia 'breakbones' w stronę smierciozercy. Bala się tego. Bala się ze znów zostanie pochłonięta przez czarna magie. I wtedy przypomniała sobie co mówił Snape. Myśl o tych których kochasz. I pomyślała. Myślała o Ginny, Hermionie, Harrym, Ronie i Nevillu. Kochanym słodkim Nevillu. Cała milosc jaka miała do przyjaciela zawarła w tym jednym zaklęciu który miał mu pomóc. Znikąd ujrzała rude włosy Ginny. Upadała. Serce zaczęło jej walić jak oszalałe i nawet nie spojrzała co stało się z Lucjuszem, juz biegła w stronę przyjaciółki.
- Ginny! Ginny co się stało??
Spojrzała na maga z ktorym walczyla ruda. Widziała tylko oczy ale doskonale wiedziała do kogo należą. Draco. Miała ochote płakać zw szczęścia, bo jak to on to nic poważnego jej przyjaciółce nie będzie.
- Klątwa osłaniająca. Wystarczy eliksir piepszowy.
Taki tez jej podała i pomogła jej wstać. Z pola walki znikało coraz więcej smierciozercow a to zwiastowało jedno - wygrali ta bitwę. Ale oczywiście nie obyło się bez ofiar z ich strony. Luna wraz z gryfonka pomogły się teleportować pani Weasley która miała polamane obie nogi, a za nimi do skrzydła szpitalnego przybyło jeszcze kilka osób z większymi lub mniejszymi ranami. Gdy każdy juz był opatrzony a część leżała przykryta kocami w łóżkach pojawił się dyrektor.
- Gratuluje Wam. Przegoniliście smierciozercow gdzie pieprz rośnie.
Przez sale przeszły okrzyki radości.
- Ale to jeszcze nie koniec. Voldemort na pewno jest zły i juz planuje jak się odegrać. Musimy być gotowi w kazdej chwili na kolejny atak. Wiec wypoczywajcie i szybkiego powrotu do zdrowia.
Był juz przy drzwiach gdy go dopadła.
- Profesorze Dumbledore?
- Tak Luno?
- A co z Draconem i profesorem Snape'em?
- Spokojnie, Draconowi na pewno nic nie jest.
Odwrócił się z zamiarem odejścia ale mu nie pozwoliła.
- A profesor?
Przez chwile się nie odzywał i była juz pewna ze odejdzie bez słowa ale postanowił w końcu przekręcił się w jej stronę świdrując ją przez chwilę wzrokiem. W końcu się odezwał.
- Zostanie ukarany. Voldemort juz na pewno się domyślił ze Severus powiedział mi o planowanym ataku. Ale spokojnie, nic poważnego mu nie będzie. Tom nie może go zabić bo jest mu zbyt potrzebny. Idź juz spać, musisz być wyczerpana a musimy być gotowi na kolejne uderzenie w kazdej chwili.
Luna patrzyła jak siwowłosy czarodziej odchodzi zastanawiając się jak można do czegos tak strasznego jak wielogodzinne tortury najstraszniejszymi klątwami na naszej jedynej nadzieji na wygrana w tak blachy sposób.
czwartek, 25 czerwca 2015
piątek, 19 czerwca 2015
Rozdział XXI
Witajcie!
Wiem ze obiecałam dodać rozdział dużo wcześniej ale jakos brak weny mnie dopadł ale dziś przysiadłam i napisałam. Mam nadzieje ze spodoba Wam sie choć niewiele sie w nim dzieje. Nie obiecuje kiedy dodam następny ale jak juz wena w miare wróciła to mysle ze niedługo. Liczę na komentarze. Buziaki i jeszcze raz przepraszam za opóźnienie.
Rozdział XXI
Dziewczęta od rana poczynały przygotowania do zaprezentowania tortu na cześć zaręczyn Remusa i Tonks. Hermiona właśnie wyciągnęła biszkopt z piekarnika, Ginny już w tym czasie robiła krem a Luna pogrążona w myślach rozwałkowywała marcepan. W myślach wciąż była w gabinecie Snape'a, wciąż w jego ramionach. Jeszcze tydzień temu nie przyszło by jej do głowy że pozycja w jakiej znajdowała się z profesorem może w niej obudzić uczucia, i to bynajmniej nie mdłości. Ale teraz tak właśnie czuła. Te własnie ramiona dały jej od dawna poszukiwane poczucie bezpieczeństwa. Bezpieczeństwa i tego ze w końcu jakoś wszystko się ułoży. W tych czasach to na prawdę wiele. Myślała też o tym co wydarzyło się po tym gdy delikatnie wyswobodziła się z jego ramion. Nie żeby ją jakoś powstrzymywał, pewnie był zachwycony że wreszcie się od niego odkleiła taka małolata jak ona. Dał jej kilka rad odnośnie tego czego powinna w czasie walki unikać oraz tego o czym myśleć gdy będzie czuła że załamanie nadchodzi. Mówił to tak jak by jeszcze kilka minut temu nie trzymał jej w swoich chudych aczkolwiek silnych ramionach. Z zamyślenia wyrwał ją głos Ginny
- Luna. Luna
- Tak?
- Wszystko w porządku?
- Pewnie, a co?
- Od kilku minut poprostu stoisz z marcepanem w dłoniach i wpatrujesz się w jeden punkt.
- Och nic się nie stało poprostu się zamyśliłam.
- Wciąż martwisz się o tą kwestie czarnej magii?
Luna nie odpowiedziała na zmarwione spojrzenie Hermiony i wymijająco odpowiedziała
- Myślę o tym co powiedział mi profesor Snape.
Była nie była to co prawda do końca prawda ale nie chciała ich tak całkowicie okłamywać, a to przynajmniej bezpieczny temat. Dzień po rozmowie z Mistrzem Eliksirów opowiedziała dziewczynom o tym co dowiedziała się od mężczyzny. Nie wspomniała jedynie o swojej chwili słabości i o tym co stało się w jej czasie.
- No i o tym jak udekorować tort. Rozważałam napisanie ich imion ale to wydaje się być troche oklepane. Myślałam też o figurkach - podobiznach ale obawiam się że aż tak utalentowana to jednak nie jestem. Teraz rozważam opcje pokrycia całego torta gładką warstwą różowego marcepanu i czekoladowego design'u a'la mehndi. Co o tym myślicie?
- A co to jest to mehndi?
Z odpowiedzią oczywiście wyrwała się Hermiona zanim Ginny w ogóle dokończyła pytanie.
- To takie typowo indyjskie-kwiatowe wzory. Myślę że ta opcja będzie najlepsza. Delikatny róż marcepanu z czekoladą będą świetnie się uzupełniać a i połączenie smaków będzie wyborne.
- No to super już wiemy co i jak.
Gdy biszkopt ostygł Ginny ostrożnie podzieliła go na trzy warstwy po czym na każdą wastwę dała solidną porcje kremu. Pozostała tylko 'kosmetyka' tortu. Luna rowałkowała równiutko marcepan i nałożyła na tort, a nadmiar odcięła nożem, a w garku rozpuściła czekoladę i następnie przez dobrych dwadzieścia minut ozdabiała nią torta. Gdy w końcu wszystkie uznały że lepiej już być nie może wsadziły swoje dzieło do lodówki jako że do przyjecia zostało jeszcze dobrych pół godziny i rozeszły się aby się przebrać i ogarnąć przed imprezą. Luna przygotowała już sobie sukienkę do kostek, na szerokich ramiączkach z delikatnym dekoldem w kolorze pistacjowym. Szybko wzięła prysznic, włożyła skromną sukienkę i spojrzała w lustro. Z niewiadomych przyczyn chciała wyglądać dziś na prawdę pięknie, czuć się wyjątkowo. We włosy wsadziła różdżkę tak że ułożone były w niedbały kok pozwalając aby kilka niesfornych loków okalało jej twarz. Zwykle nie malowała się, bo i po co, i tak jej nikt nie zauważa chyba żeby po to aby ją obrazić, ale dziś postanowiła zaszaleć i wyciągnęła z torby różowy błyszczyk który kupiła kiedyś w mugolskim sklepie. Spojrzała ponownie w lustro stwierdzając że ostatecznie jest zadowolona z efektu. Włożyła jeszcze złote balerinki i była gotowa. Na wierzch włożyła szatę zakrywając tym samym swój odświętny strój i po dobrych kilku minutach była już w Pokoju Życzeń. Pojawiła się jako jedna z pierwszych choć sporo czasu spędziła na ogarnianiu się. Dzisiejszego wieczoru Pokój przeobraził się w elegancją salę bankietową udekorowaną w odcienie beżu i czerwieni, w tle grala cichutko muzyka. Pod jedna ze ścian stal stol z poczęstunkiem a po drugiej stronie okrągłe stoliki przy których stało po sześć krzeseł. W jednym z rogów sali stała para dla której było to przyjęcie. Remus ubrany był w odświętną, popielata szate, natomiast Tonks miała na sobie długą szmaragdową suknie która świetnie współgrała z jej zielonymi dzis oczami i blond włosami w których były gdzie nie gdzie zielone pasemka. Wyglądali razem cudownie. Luna podeszła do nich z gratulacjami i życzeniami długiego, szczęśliwego i owocnego zycia, wyściskała oboje. W międzyczasie w sali pojawiła się reszta zaproszonych gości. Każdy podchodził do przyszłych państwa młodych z życzeniami i drobnymi prezentami, a gdy juz każdy wycałował ich w oba policzki muzyka zaczęła grać głośniej i żwawiej i zaczęły się tańce. Remus z Tonks oczywiście zaczęli pierwsi a następnie dołączyli do nich państwo Weasley'owie, Ginny wraz z Harrym, dyrektor z profesor McGonagall i kolejne pary. W tłumie wypatrzyła ze Hermiona miała utkwione błyszczące oczy w swoim partnerze do tańca i w swoim zadaniu - Kingsley'u, a i on nie spoglądał na nią obojętnie. Czyżby cos się miedzy nimi działo? Zakodowała sobie w pamięci aby przy najbliższej okazji zapytać o to przyjaciółkę. Po kilku minutach została poproszona do tańca przez pana Artura a następnie jednego z bliźniaków, Nevilla a dwie piosenki spedzila z Remusem który okazał się niezwykle dobrym tancerzem. Gdy podszedł do niej ponownie Neville odmówiła gdyż musiała chwile odsapnąć. Wzięła kieliszek szampana i usiadła przy jednym ze stolików patrząc na tańczące pary. Prawie wszyscy byli na parkiecie, większość wiec stolików było pustych z wyjątkiem tego przy ktorym usiadła i tego przy ktorym siedział nie kto inny tylko Severus Snape zajęty pałaszowaniem pasztecików przygotowanych przez panią Molly ze szklanka ognistej przy talerzu. Nie wiele myśląc wstała z krzesła i ruszyła w stronę czarodzieja. Nie zapytawszy o zgodę poprostu zajęła miejsce obok niego.
- Nie tańczy Pan?
Spojrzał się na nią wzrokiem którego nie powstydziłby się sam bazyliszek.
- A czy zwykłem robić z siebie pajaca jak ci tam?
Wskazał glowa na tańczące pary.
- Kilka chwil tańca nie sprawi ze będzie Pan wyglądał jak pajac.
- Spadaj z tad Lovegood, nie zatruwaj mi powietrza.
Jakiż on miły. Rozważała czy odciąć mu się ciętą ripostą czy może rozsądniej byloby jednak zachować milczenie ale muzyka ucichła i Hermiona przywołała ja gestem dając znak ze czas na tort. Luna machnięciem różdżki sprowadziła ich prezent dla świeżo upieczonych narzeczonych, a Ginny i Hermiona stanęły po jej obu bokach.
- Co robiłaś ze Snape'em?
- Nie teraz Ginny.
Z uśmiechami na twarzach podeszły do celebrytów.
- Otrzymaliśmy pomoc w anulowaniu zamówienia w cukierni i same zajełysmy się sprawą. Mam nadzieje ze będzie Wam smakować.
Tonks objęła je wszystkie na raz i ze łzami w oczach dziękowała za ten niezwykły prezent. Remus również im podziękował uściśnięciem dłoni. Bliźniaki przenieśli stol a pani Weasley podała im talerzyki i nóż który ci oboje wzięli w dłonie i wspólnie ukroili pierwszy kawałek a następnie wzajemnie się nimi nakarmili przy czym oczywiście oboje mieli ubrudzone cale usta, policzki a nawet nosy i brody. Właśnie mieli kroić torta dla reszty gości gdy obok nich wyrósł jak z pod ziemi mężczyzna w czarnych szatach trzymając się za lewe przedramię i powiedzial grobowym tonem
- Zostałem wezwany. Zaczęło się.
Wiem ze obiecałam dodać rozdział dużo wcześniej ale jakos brak weny mnie dopadł ale dziś przysiadłam i napisałam. Mam nadzieje ze spodoba Wam sie choć niewiele sie w nim dzieje. Nie obiecuje kiedy dodam następny ale jak juz wena w miare wróciła to mysle ze niedługo. Liczę na komentarze. Buziaki i jeszcze raz przepraszam za opóźnienie.
Rozdział XXI
Dziewczęta od rana poczynały przygotowania do zaprezentowania tortu na cześć zaręczyn Remusa i Tonks. Hermiona właśnie wyciągnęła biszkopt z piekarnika, Ginny już w tym czasie robiła krem a Luna pogrążona w myślach rozwałkowywała marcepan. W myślach wciąż była w gabinecie Snape'a, wciąż w jego ramionach. Jeszcze tydzień temu nie przyszło by jej do głowy że pozycja w jakiej znajdowała się z profesorem może w niej obudzić uczucia, i to bynajmniej nie mdłości. Ale teraz tak właśnie czuła. Te własnie ramiona dały jej od dawna poszukiwane poczucie bezpieczeństwa. Bezpieczeństwa i tego ze w końcu jakoś wszystko się ułoży. W tych czasach to na prawdę wiele. Myślała też o tym co wydarzyło się po tym gdy delikatnie wyswobodziła się z jego ramion. Nie żeby ją jakoś powstrzymywał, pewnie był zachwycony że wreszcie się od niego odkleiła taka małolata jak ona. Dał jej kilka rad odnośnie tego czego powinna w czasie walki unikać oraz tego o czym myśleć gdy będzie czuła że załamanie nadchodzi. Mówił to tak jak by jeszcze kilka minut temu nie trzymał jej w swoich chudych aczkolwiek silnych ramionach. Z zamyślenia wyrwał ją głos Ginny
- Luna. Luna
- Tak?
- Wszystko w porządku?
- Pewnie, a co?
- Od kilku minut poprostu stoisz z marcepanem w dłoniach i wpatrujesz się w jeden punkt.
- Och nic się nie stało poprostu się zamyśliłam.
- Wciąż martwisz się o tą kwestie czarnej magii?
Luna nie odpowiedziała na zmarwione spojrzenie Hermiony i wymijająco odpowiedziała
- Myślę o tym co powiedział mi profesor Snape.
Była nie była to co prawda do końca prawda ale nie chciała ich tak całkowicie okłamywać, a to przynajmniej bezpieczny temat. Dzień po rozmowie z Mistrzem Eliksirów opowiedziała dziewczynom o tym co dowiedziała się od mężczyzny. Nie wspomniała jedynie o swojej chwili słabości i o tym co stało się w jej czasie.
- No i o tym jak udekorować tort. Rozważałam napisanie ich imion ale to wydaje się być troche oklepane. Myślałam też o figurkach - podobiznach ale obawiam się że aż tak utalentowana to jednak nie jestem. Teraz rozważam opcje pokrycia całego torta gładką warstwą różowego marcepanu i czekoladowego design'u a'la mehndi. Co o tym myślicie?
- A co to jest to mehndi?
Z odpowiedzią oczywiście wyrwała się Hermiona zanim Ginny w ogóle dokończyła pytanie.
- To takie typowo indyjskie-kwiatowe wzory. Myślę że ta opcja będzie najlepsza. Delikatny róż marcepanu z czekoladą będą świetnie się uzupełniać a i połączenie smaków będzie wyborne.
- No to super już wiemy co i jak.
Gdy biszkopt ostygł Ginny ostrożnie podzieliła go na trzy warstwy po czym na każdą wastwę dała solidną porcje kremu. Pozostała tylko 'kosmetyka' tortu. Luna rowałkowała równiutko marcepan i nałożyła na tort, a nadmiar odcięła nożem, a w garku rozpuściła czekoladę i następnie przez dobrych dwadzieścia minut ozdabiała nią torta. Gdy w końcu wszystkie uznały że lepiej już być nie może wsadziły swoje dzieło do lodówki jako że do przyjecia zostało jeszcze dobrych pół godziny i rozeszły się aby się przebrać i ogarnąć przed imprezą. Luna przygotowała już sobie sukienkę do kostek, na szerokich ramiączkach z delikatnym dekoldem w kolorze pistacjowym. Szybko wzięła prysznic, włożyła skromną sukienkę i spojrzała w lustro. Z niewiadomych przyczyn chciała wyglądać dziś na prawdę pięknie, czuć się wyjątkowo. We włosy wsadziła różdżkę tak że ułożone były w niedbały kok pozwalając aby kilka niesfornych loków okalało jej twarz. Zwykle nie malowała się, bo i po co, i tak jej nikt nie zauważa chyba żeby po to aby ją obrazić, ale dziś postanowiła zaszaleć i wyciągnęła z torby różowy błyszczyk który kupiła kiedyś w mugolskim sklepie. Spojrzała ponownie w lustro stwierdzając że ostatecznie jest zadowolona z efektu. Włożyła jeszcze złote balerinki i była gotowa. Na wierzch włożyła szatę zakrywając tym samym swój odświętny strój i po dobrych kilku minutach była już w Pokoju Życzeń. Pojawiła się jako jedna z pierwszych choć sporo czasu spędziła na ogarnianiu się. Dzisiejszego wieczoru Pokój przeobraził się w elegancją salę bankietową udekorowaną w odcienie beżu i czerwieni, w tle grala cichutko muzyka. Pod jedna ze ścian stal stol z poczęstunkiem a po drugiej stronie okrągłe stoliki przy których stało po sześć krzeseł. W jednym z rogów sali stała para dla której było to przyjęcie. Remus ubrany był w odświętną, popielata szate, natomiast Tonks miała na sobie długą szmaragdową suknie która świetnie współgrała z jej zielonymi dzis oczami i blond włosami w których były gdzie nie gdzie zielone pasemka. Wyglądali razem cudownie. Luna podeszła do nich z gratulacjami i życzeniami długiego, szczęśliwego i owocnego zycia, wyściskała oboje. W międzyczasie w sali pojawiła się reszta zaproszonych gości. Każdy podchodził do przyszłych państwa młodych z życzeniami i drobnymi prezentami, a gdy juz każdy wycałował ich w oba policzki muzyka zaczęła grać głośniej i żwawiej i zaczęły się tańce. Remus z Tonks oczywiście zaczęli pierwsi a następnie dołączyli do nich państwo Weasley'owie, Ginny wraz z Harrym, dyrektor z profesor McGonagall i kolejne pary. W tłumie wypatrzyła ze Hermiona miała utkwione błyszczące oczy w swoim partnerze do tańca i w swoim zadaniu - Kingsley'u, a i on nie spoglądał na nią obojętnie. Czyżby cos się miedzy nimi działo? Zakodowała sobie w pamięci aby przy najbliższej okazji zapytać o to przyjaciółkę. Po kilku minutach została poproszona do tańca przez pana Artura a następnie jednego z bliźniaków, Nevilla a dwie piosenki spedzila z Remusem który okazał się niezwykle dobrym tancerzem. Gdy podszedł do niej ponownie Neville odmówiła gdyż musiała chwile odsapnąć. Wzięła kieliszek szampana i usiadła przy jednym ze stolików patrząc na tańczące pary. Prawie wszyscy byli na parkiecie, większość wiec stolików było pustych z wyjątkiem tego przy ktorym usiadła i tego przy ktorym siedział nie kto inny tylko Severus Snape zajęty pałaszowaniem pasztecików przygotowanych przez panią Molly ze szklanka ognistej przy talerzu. Nie wiele myśląc wstała z krzesła i ruszyła w stronę czarodzieja. Nie zapytawszy o zgodę poprostu zajęła miejsce obok niego.
- Nie tańczy Pan?
Spojrzał się na nią wzrokiem którego nie powstydziłby się sam bazyliszek.
- A czy zwykłem robić z siebie pajaca jak ci tam?
Wskazał glowa na tańczące pary.
- Kilka chwil tańca nie sprawi ze będzie Pan wyglądał jak pajac.
- Spadaj z tad Lovegood, nie zatruwaj mi powietrza.
Jakiż on miły. Rozważała czy odciąć mu się ciętą ripostą czy może rozsądniej byloby jednak zachować milczenie ale muzyka ucichła i Hermiona przywołała ja gestem dając znak ze czas na tort. Luna machnięciem różdżki sprowadziła ich prezent dla świeżo upieczonych narzeczonych, a Ginny i Hermiona stanęły po jej obu bokach.
- Co robiłaś ze Snape'em?
- Nie teraz Ginny.
Z uśmiechami na twarzach podeszły do celebrytów.
- Otrzymaliśmy pomoc w anulowaniu zamówienia w cukierni i same zajełysmy się sprawą. Mam nadzieje ze będzie Wam smakować.
Tonks objęła je wszystkie na raz i ze łzami w oczach dziękowała za ten niezwykły prezent. Remus również im podziękował uściśnięciem dłoni. Bliźniaki przenieśli stol a pani Weasley podała im talerzyki i nóż który ci oboje wzięli w dłonie i wspólnie ukroili pierwszy kawałek a następnie wzajemnie się nimi nakarmili przy czym oczywiście oboje mieli ubrudzone cale usta, policzki a nawet nosy i brody. Właśnie mieli kroić torta dla reszty gości gdy obok nich wyrósł jak z pod ziemi mężczyzna w czarnych szatach trzymając się za lewe przedramię i powiedzial grobowym tonem
- Zostałem wezwany. Zaczęło się.
piątek, 29 maja 2015
Wracam
Witajcie
Szczerze powiem ze bylam pewna ze nikt tu juz nie zaglada no i patrze a tu nawet nowe komentarze z prozba o powrot. Kocham Was za to i oznajmiam iz powracam. Nowa notka najdalej 5 czerwca.
Dziekuje Wam bardzo za motywacje
Buziaki
Szczerze powiem ze bylam pewna ze nikt tu juz nie zaglada no i patrze a tu nawet nowe komentarze z prozba o powrot. Kocham Was za to i oznajmiam iz powracam. Nowa notka najdalej 5 czerwca.
Dziekuje Wam bardzo za motywacje
Buziaki
piątek, 27 marca 2015
Rozdział XX
Rozdział XX
Od ostatniego, nagłego zebrania członków Zakonu Feniksa mijał już drugi dzień ale puki co żadno z nich nie dostało wiadomości o ataku. Wszystko toczyło się tak zwyczajnie jak zawsze, że aż ciężko było uwierzyć że w każdej chwili mogą zostać wezwani do bitwy w której mogą stracić swoje życie. Jedynie Snape był w jeszcze gorszym humorze niż zwykle. Natomiast Luna nie była w stanie myśleć o niczym innym jak wizja którą miała. Czy to możliwe że spełni się ona właśnie na tej bitwie na którą czekali? No i jeszcze jedno. Podczas swojej misji rzuciła czarnomagiczne zaklęcie na Lucjusza gdy Neville zaczął przegrywać. Czy to znaczy że niepozbyła się całkowicie tej ciemności ze swojego serca? A może w panice wypowiedziała zaklęcie, i czarna magia znów nią owładnie? Co prawda Snape był po ich stronie a udawało mu się rzucać tego typu zaklęcia i pozostać ''normalnym'', ale szczerze watpiła czy jest aż tak silna jak on. Nie, ona była pewna że nie była. Jak więc miała sobie z tym wszyskim poradzić? W umyśle miała istną burzę pytań na które nie znała odpowiedzi. Powinna porozmawiać z Dumbledore'm. Tak, to było jedyne rozsądne rozwiązanie. Wciąż pogrązona w myślach wstała z zamiarem udania się do gabinetu dyrektora gdy ktoś pociągnął ją za rękaw.
- Luna, co ty robisz?
Ginny patrzyła na nią ze zdziwieniem wymalowanym na twarzy. Krukonka rozejrzała się do okoła i stwierdziła że jest w klasie, a głowy wszystkich uczniów jak i profesor Mc'Gonagall były skierowane w jej kierunku. Kurcze, była tak zamyślona że zapomniała że jest na transmutacji.
- Ja... przepraszam pani profesor.
Zajęła ponownie swoje miejsce w ławce obok rudowłosej gryfonki czując na sobie uważny, zatroskany wzrok nauczycielki. Kilka minut pużniej rozległ się dzwonek ogłaszający koniec lekcji. Blondwłosa zebrała swoje książki i wsadzając je do torby ruszyła razem z Ginny na obiad. Do Dumbledore'a pujdzie po lekcji ze Snape'em.
Hermiona dodała właśnie ostatni składnik do eliksiru bezsennego snu i zamieszała trzy razy zgodnie ze wskazówkami zegara. Jak zwykle skończyła jako pierwsza i z politowaniem patrzyła jak Harry próbuje zaklęciem zmienić kolor eliksiru na pożadany. No na prawdę, czy przez te wszystkie lata ani razu nie zobaczył na pierwszej stronie podręcznika informacji że żadno zaklęcie nie zmieni koloru mikstury? Szeptem podpowiedziała mu żeby jak najszybciej dodał suszony liść mandragory to będzie lepiej. Zerknęła w stronę Snape'a który siedział za biurkiem sprawdzając jakieś prace. Musi porozmawiać z czarodziejem. Podczas obiadu Ginny podzieliła się z nią swoimi obawami co do samopoczucia Luny. W sumie to nic dziwnego że krukonka zachowuje sie inaczej. Po pierwsze myśli o swojej wizji a po drugie boi się że w trakcie walki czarna magia znów nia zawładnie. Nie trzeba umieć czytać w cudzych myślach aby się tego domyślić. Ona sama nie wiedziałaby co zrobić w takiej chwili. W dodatku jej ojciec wciąż nie jest przytomny... Musi być jej na prawdę z tym wszystkim ciężko. Ma jedynie nadzieje że dupek z lochów okaże choć troche współczucia i postara się jakoś pomuc jej przyjaciółce chociaż z kwestą walki i zaklęć. Mogła co prawda sama poszukać odpowiedzi w bibliotece ale w przypadku Luny rozmowa z człowiekiem opłąci się bardziej niż suchy tekst jakiegoś podręcznika, a tylko on ma jakąkolwiek wiedzę na ten temat. Myśląc o tym wszystkim do jej myśli wkradli się jej rodzice. Co teraz robili? Gdzie byli? Czy docierały do nich wieści z jej świata? Jak ciężko było im żyć jako Ci którzy byli rodzicielami Hermiony Granger, przyjaciółki Harry'ego Pottera? Nie znała odpowiedzi na żadno z tych pytań. Ale to dobrze. Wystarczy jej jedynie świadomość że zostali bardzo dobrze ukryci, a ich tejemnicy strzeże profesor Dumbledore. Z zamyślenia wyrwał ją Snape który właśnie warknął że czas sie skończył i zaczął przechodzić między ławkami zaglądając w kociołki uczniów. Po odjętych 20 punktach Gryffindorowi i nagrodzeniu ślizgonów 30 oraz kilku soczystych epitetach jakie wygłosił w stronę Harry'ego rozległ się dzwonek ogłaszający koniec lekcji. Gryfoni pierwsi wyszli z sali a za raz po nich reszta, aż w końcu została z głową domu węża sam na sam.
- Czego chcesz Granger?
- Ja chciałam porozmawiać o Lunie profesorze.
Chyba chciał dodać jakąś zgryźliwą uwagę ale ostatecznie nie odezwał się wcale więc Hermiona postanowiła kontynuować.
- Chodzi o to że ona boi się że podczas walki w jakimś krytycznym momencie mniej lub bardziej świadomie użyje czarnej magii i znów będzie taka jak po powrocie z misji.
- Skąd wiecie o jej misji?
- Profesorze, wbrew temu co Pan przez te lata myśli nie jesteśmy aż tak głupi.
- Nie bądź bezczelna Granger.
- Przepraszam, ale taka jest prawda. Nikt ot tak nie zmienia się podczas jednej nocy. Ale wracając do tematu. My nie wiemy jak jej pomóc...
- No proszę, nie ma nic na ten temat w bibliotece?
Nienawidziła jak ktoś jej przerywa. A on to robił bez przerwy. Wzieła głęboki oddech i kontynuowała dalej.
- Nie wiem. Ale nawet jak by coś było to i tak myślę że w tej delikatnej kwesti bardziej przyda się rozmowa z kimś doświadczonym. Dlatego proszę, aby profesor porozmawiał z nią na ten temat, może coś doradził.
- A czy ja ci wyglądam na psychiatrę Granger?
- Nie, zdecydowanie nie. Ale jest Pan jedynym który coś wie na ten temat.
- Nie prubuj się podlizywać.
- Nie prubuje, stwierdzam jedynie fakty. A nawet gdyby, to dla przyjaciół jestem w stanie podlizywać się nawet Voldemortowi jeśli byłaby szansa że odniose zamierzony cel. Do wiedzenia profesorze.
Opuściła salę. Wiedziała że choć do tego się nie pali, to pomoże krukonce.
Luna była w połowie drogi do lochów. Noga już jej nie praktycznie nie bolała, a po ranie nie zostanie nic ponad małą bliznę. Na drugi dzień po wypadku udało jej się pokroić korzeń srebrzystej wierzby pod odpowiednim kontem i wczoraj zaczęła już ważyć eliksir na odzyskanie przytomności. Przyda im się on jeśli w każdej chwili mogą wyć wezwani do walki. Właśnie, walka. Przed oczami znów stanęły jej sceny z jej wizji sprawiając że zaczęła drżeć i nie miało to nic współnego z tym że byla już blisko gabinetu nietoperza. Ostatnie kroki przemierzyła próbując się uspokoić i po warknięciu "zapraszającym" weszła do gabinetu i od razu ruszyła w stronę kociołka w którym wczoraj już częściowo przygotowała miksturę.
- Lovegood, czy nikt Cię nie nauczył że po wejściu należy się przywitać?
No tak, pogrążona w zmartwieniach zapomniała.
- Przepraszam profesorze. Dobry wieczór.
- Minus pięć punktów Lovegood. A teraz bierz się do roboty.
- Dobrze profesorze.
Po dobrej godzinie dodawania składników i mieszania a eliksir potrzebował jeszcze tylko trzech godzin ważenia na wolnym ogniu odwróciła się w stronę swojego profesora.
- Skończyłam.
Przytaknął głową więc pewna że teraz ją odprawi zaczęła już iść powoli w kierunku drzwi.
- A Ty Lovegood gdzie?
- Myślałam że już dziś nie będę Panu potrzebna.
Podniusł głowę znad papierów którymi miał zawalone całe biurko i jednym spojrzeniem przywołał ją do siebie.
- Tak profesorze?
- Chciałem porozmawiać z Tobą na temat tego co może się stać podczas walki. Mam nadzieje ze przyszło do twojej pustej głowy że w czasie bitwy trudniej Ci będzie utrzymać się od wpływu czarnej magii, szczególnie czując do okoła jej potęgę.
- Owszem profesorze, myślałam o tym.
- Myślałaś, i nie poszłaś do nikogo aby się poradzić?!
Luna stała przed biurkiem patrząc mężczyźnie w oczy. Od kilku dni emocje zbierały się w niej powoli, a teraz krzyk profesora który zwykle nie robił już na niej większego wrażenia sprawił że poczuła się przytłoczona, że już więcej nie da rady a pod jej powiekami pojawiły się łzy. Mrugnęła kilka razy prubując je odpędzić.
- Dziś miałam udać się do profesora Dumbledore'a.
- Dziś? A jak dostalibyśmy wezwanie wczoraj?! Powinnaś udać się z tym do dyrektora lub do mnie zaraz po tym jak pojawiły się obawy!!
Oczy miała już praktycznie całkowicie zasłonięte łzami które wciąż starała się powstrzymywać, gardło ściśnięte.
- Przepraszam...
- Przepraszam?! I myślisz że to wystarczy? Wydostać się z ramion czarnej magii to jedno, a nie wpaść w nią ponownie to drugie!
Krukonka nie była w stanie dłużej powstrzymywać łez które spłynęły jej po policzkach. Nie była w stanie dłużej trzymać tego wszystkiego w sobie. Zasłoniła twarz dłońmi spomiędzy których słychać było szloch. Rozpłakała się na dobre choć sama nie wiedziała co ją tak naprawde złamało. Luna Lovegood nie płakała od dnia śmierci swojej matki. Smuciła się, załamywała. Ale nie płakała. Nie płakałą gdy wyzywano ją od Pomylun, nie płakała gdy wrócił Voldemort, nie płakała gdy dowiedziała się o obecnym stanie ojca. Az do teraz. Nie miała siły utrzymać się dłużej na nogach i zapewne upadła by na zimną posadzkę gdyby nie ramiona które w porę ją objęły. Nie zastanawiając się skąd się tu wzieły ani do kogo mogą należeć poprostu schowała się w nich i szanosiła cichym szlochem. Niewiedziała ile to trwało, wiedziała jedynie że gdy już się uspokoiła poczuła się lepiej. Dużo lepiej. I bezpiecznie. Bezpiecznie w ramionach które ją obejmowały. Zaraz.... czyich ramionach?
Od ostatniego, nagłego zebrania członków Zakonu Feniksa mijał już drugi dzień ale puki co żadno z nich nie dostało wiadomości o ataku. Wszystko toczyło się tak zwyczajnie jak zawsze, że aż ciężko było uwierzyć że w każdej chwili mogą zostać wezwani do bitwy w której mogą stracić swoje życie. Jedynie Snape był w jeszcze gorszym humorze niż zwykle. Natomiast Luna nie była w stanie myśleć o niczym innym jak wizja którą miała. Czy to możliwe że spełni się ona właśnie na tej bitwie na którą czekali? No i jeszcze jedno. Podczas swojej misji rzuciła czarnomagiczne zaklęcie na Lucjusza gdy Neville zaczął przegrywać. Czy to znaczy że niepozbyła się całkowicie tej ciemności ze swojego serca? A może w panice wypowiedziała zaklęcie, i czarna magia znów nią owładnie? Co prawda Snape był po ich stronie a udawało mu się rzucać tego typu zaklęcia i pozostać ''normalnym'', ale szczerze watpiła czy jest aż tak silna jak on. Nie, ona była pewna że nie była. Jak więc miała sobie z tym wszyskim poradzić? W umyśle miała istną burzę pytań na które nie znała odpowiedzi. Powinna porozmawiać z Dumbledore'm. Tak, to było jedyne rozsądne rozwiązanie. Wciąż pogrązona w myślach wstała z zamiarem udania się do gabinetu dyrektora gdy ktoś pociągnął ją za rękaw.
- Luna, co ty robisz?
Ginny patrzyła na nią ze zdziwieniem wymalowanym na twarzy. Krukonka rozejrzała się do okoła i stwierdziła że jest w klasie, a głowy wszystkich uczniów jak i profesor Mc'Gonagall były skierowane w jej kierunku. Kurcze, była tak zamyślona że zapomniała że jest na transmutacji.
- Ja... przepraszam pani profesor.
Zajęła ponownie swoje miejsce w ławce obok rudowłosej gryfonki czując na sobie uważny, zatroskany wzrok nauczycielki. Kilka minut pużniej rozległ się dzwonek ogłaszający koniec lekcji. Blondwłosa zebrała swoje książki i wsadzając je do torby ruszyła razem z Ginny na obiad. Do Dumbledore'a pujdzie po lekcji ze Snape'em.
Hermiona dodała właśnie ostatni składnik do eliksiru bezsennego snu i zamieszała trzy razy zgodnie ze wskazówkami zegara. Jak zwykle skończyła jako pierwsza i z politowaniem patrzyła jak Harry próbuje zaklęciem zmienić kolor eliksiru na pożadany. No na prawdę, czy przez te wszystkie lata ani razu nie zobaczył na pierwszej stronie podręcznika informacji że żadno zaklęcie nie zmieni koloru mikstury? Szeptem podpowiedziała mu żeby jak najszybciej dodał suszony liść mandragory to będzie lepiej. Zerknęła w stronę Snape'a który siedział za biurkiem sprawdzając jakieś prace. Musi porozmawiać z czarodziejem. Podczas obiadu Ginny podzieliła się z nią swoimi obawami co do samopoczucia Luny. W sumie to nic dziwnego że krukonka zachowuje sie inaczej. Po pierwsze myśli o swojej wizji a po drugie boi się że w trakcie walki czarna magia znów nia zawładnie. Nie trzeba umieć czytać w cudzych myślach aby się tego domyślić. Ona sama nie wiedziałaby co zrobić w takiej chwili. W dodatku jej ojciec wciąż nie jest przytomny... Musi być jej na prawdę z tym wszystkim ciężko. Ma jedynie nadzieje że dupek z lochów okaże choć troche współczucia i postara się jakoś pomuc jej przyjaciółce chociaż z kwestą walki i zaklęć. Mogła co prawda sama poszukać odpowiedzi w bibliotece ale w przypadku Luny rozmowa z człowiekiem opłąci się bardziej niż suchy tekst jakiegoś podręcznika, a tylko on ma jakąkolwiek wiedzę na ten temat. Myśląc o tym wszystkim do jej myśli wkradli się jej rodzice. Co teraz robili? Gdzie byli? Czy docierały do nich wieści z jej świata? Jak ciężko było im żyć jako Ci którzy byli rodzicielami Hermiony Granger, przyjaciółki Harry'ego Pottera? Nie znała odpowiedzi na żadno z tych pytań. Ale to dobrze. Wystarczy jej jedynie świadomość że zostali bardzo dobrze ukryci, a ich tejemnicy strzeże profesor Dumbledore. Z zamyślenia wyrwał ją Snape który właśnie warknął że czas sie skończył i zaczął przechodzić między ławkami zaglądając w kociołki uczniów. Po odjętych 20 punktach Gryffindorowi i nagrodzeniu ślizgonów 30 oraz kilku soczystych epitetach jakie wygłosił w stronę Harry'ego rozległ się dzwonek ogłaszający koniec lekcji. Gryfoni pierwsi wyszli z sali a za raz po nich reszta, aż w końcu została z głową domu węża sam na sam.
- Czego chcesz Granger?
- Ja chciałam porozmawiać o Lunie profesorze.
Chyba chciał dodać jakąś zgryźliwą uwagę ale ostatecznie nie odezwał się wcale więc Hermiona postanowiła kontynuować.
- Chodzi o to że ona boi się że podczas walki w jakimś krytycznym momencie mniej lub bardziej świadomie użyje czarnej magii i znów będzie taka jak po powrocie z misji.
- Skąd wiecie o jej misji?
- Profesorze, wbrew temu co Pan przez te lata myśli nie jesteśmy aż tak głupi.
- Nie bądź bezczelna Granger.
- Przepraszam, ale taka jest prawda. Nikt ot tak nie zmienia się podczas jednej nocy. Ale wracając do tematu. My nie wiemy jak jej pomóc...
- No proszę, nie ma nic na ten temat w bibliotece?
Nienawidziła jak ktoś jej przerywa. A on to robił bez przerwy. Wzieła głęboki oddech i kontynuowała dalej.
- Nie wiem. Ale nawet jak by coś było to i tak myślę że w tej delikatnej kwesti bardziej przyda się rozmowa z kimś doświadczonym. Dlatego proszę, aby profesor porozmawiał z nią na ten temat, może coś doradził.
- A czy ja ci wyglądam na psychiatrę Granger?
- Nie, zdecydowanie nie. Ale jest Pan jedynym który coś wie na ten temat.
- Nie prubuj się podlizywać.
- Nie prubuje, stwierdzam jedynie fakty. A nawet gdyby, to dla przyjaciół jestem w stanie podlizywać się nawet Voldemortowi jeśli byłaby szansa że odniose zamierzony cel. Do wiedzenia profesorze.
Opuściła salę. Wiedziała że choć do tego się nie pali, to pomoże krukonce.
Luna była w połowie drogi do lochów. Noga już jej nie praktycznie nie bolała, a po ranie nie zostanie nic ponad małą bliznę. Na drugi dzień po wypadku udało jej się pokroić korzeń srebrzystej wierzby pod odpowiednim kontem i wczoraj zaczęła już ważyć eliksir na odzyskanie przytomności. Przyda im się on jeśli w każdej chwili mogą wyć wezwani do walki. Właśnie, walka. Przed oczami znów stanęły jej sceny z jej wizji sprawiając że zaczęła drżeć i nie miało to nic współnego z tym że byla już blisko gabinetu nietoperza. Ostatnie kroki przemierzyła próbując się uspokoić i po warknięciu "zapraszającym" weszła do gabinetu i od razu ruszyła w stronę kociołka w którym wczoraj już częściowo przygotowała miksturę.
- Lovegood, czy nikt Cię nie nauczył że po wejściu należy się przywitać?
No tak, pogrążona w zmartwieniach zapomniała.
- Przepraszam profesorze. Dobry wieczór.
- Minus pięć punktów Lovegood. A teraz bierz się do roboty.
- Dobrze profesorze.
Po dobrej godzinie dodawania składników i mieszania a eliksir potrzebował jeszcze tylko trzech godzin ważenia na wolnym ogniu odwróciła się w stronę swojego profesora.
- Skończyłam.
Przytaknął głową więc pewna że teraz ją odprawi zaczęła już iść powoli w kierunku drzwi.
- A Ty Lovegood gdzie?
- Myślałam że już dziś nie będę Panu potrzebna.
Podniusł głowę znad papierów którymi miał zawalone całe biurko i jednym spojrzeniem przywołał ją do siebie.
- Tak profesorze?
- Chciałem porozmawiać z Tobą na temat tego co może się stać podczas walki. Mam nadzieje ze przyszło do twojej pustej głowy że w czasie bitwy trudniej Ci będzie utrzymać się od wpływu czarnej magii, szczególnie czując do okoła jej potęgę.
- Owszem profesorze, myślałam o tym.
- Myślałaś, i nie poszłaś do nikogo aby się poradzić?!
Luna stała przed biurkiem patrząc mężczyźnie w oczy. Od kilku dni emocje zbierały się w niej powoli, a teraz krzyk profesora który zwykle nie robił już na niej większego wrażenia sprawił że poczuła się przytłoczona, że już więcej nie da rady a pod jej powiekami pojawiły się łzy. Mrugnęła kilka razy prubując je odpędzić.
- Dziś miałam udać się do profesora Dumbledore'a.
- Dziś? A jak dostalibyśmy wezwanie wczoraj?! Powinnaś udać się z tym do dyrektora lub do mnie zaraz po tym jak pojawiły się obawy!!
Oczy miała już praktycznie całkowicie zasłonięte łzami które wciąż starała się powstrzymywać, gardło ściśnięte.
- Przepraszam...
- Przepraszam?! I myślisz że to wystarczy? Wydostać się z ramion czarnej magii to jedno, a nie wpaść w nią ponownie to drugie!
Krukonka nie była w stanie dłużej powstrzymywać łez które spłynęły jej po policzkach. Nie była w stanie dłużej trzymać tego wszystkiego w sobie. Zasłoniła twarz dłońmi spomiędzy których słychać było szloch. Rozpłakała się na dobre choć sama nie wiedziała co ją tak naprawde złamało. Luna Lovegood nie płakała od dnia śmierci swojej matki. Smuciła się, załamywała. Ale nie płakała. Nie płakałą gdy wyzywano ją od Pomylun, nie płakała gdy wrócił Voldemort, nie płakała gdy dowiedziała się o obecnym stanie ojca. Az do teraz. Nie miała siły utrzymać się dłużej na nogach i zapewne upadła by na zimną posadzkę gdyby nie ramiona które w porę ją objęły. Nie zastanawiając się skąd się tu wzieły ani do kogo mogą należeć poprostu schowała się w nich i szanosiła cichym szlochem. Niewiedziała ile to trwało, wiedziała jedynie że gdy już się uspokoiła poczuła się lepiej. Dużo lepiej. I bezpiecznie. Bezpiecznie w ramionach które ją obejmowały. Zaraz.... czyich ramionach?
niedziela, 8 marca 2015
Rozdział XIX
Witajcie!
Przepraszam ze tak puzno ale znow mam problemy z telefonem czasem dziala czasem nie. Mam dwie wiadomosci. Pierwsza jest dobra, mianowicie 17 marca przylatuje na kilka tygodni do polski. Zla taka ze do 21 na pewno nie bedzie nowej notki bo teraz musze sie juz powoli szykowac a jak tylko przylece to mam kilka niecierpiacych zwloki spraw. No i jeszcze jedna - moze uda mi sie namowic brata na zrobienie mi nowego szablonu. Jaki chcialybyscie kolor?
Buziaki i przepraszam za to ze nastepna bedzie dopiero za jakies dwa tygodnie.
Rozdział XIX
Gdy każdy wypił herbatę a część panów wychyliła jeszcze po kieliszku ognistej i wszystkie paszteciki były w brzuchach członków Zakonu Feniksa powoli zaczynali się ze sobą żegnać. W tej właśnie chwili Remus postanowił przekazać wszystkim szczęśliwa nowinę.
- Hej, poczekajcie. Chciałbym cos powiedziec.
Na twarzy Tonks pojawił się uśmiech wielkości banana gdy podchodziła do narzeczonego przeczuwając co ten planuje oglosic. Wszyscy spojrzeli w ich kierunku.
- Kilka dni temu oświadczyłem sie Tonks która była tak dobra i zgodziła sie je przyjąć.
Wsród zebranych rozeszły się oklaski i głośne gratulacje a ci co byli najbliżej zaręczonych uściskali ich życząc im szczęścia.
- Ale to nie wszystko. W następna sobotę odbędzie się przyjęcie z tej okazji w Pokoju Życzeń o 20 na które wszyscy jesteście zaproszeni.
Po kolejnych okrzykach radości, życzeniach i Sto Lat Młodej Parze każdy rozszedł się z uśmiechami na ustach w swoja stronę.
Harry siedział w pokoju gryffindoru w swoim ulubionym fotelu przed kominkiem i zamyślony wpatrywał się w ogień. Czul się zle po kazdej kłótni z Ginny. A powody mieli dwa - albo to ze omijał ja w dniach kiedy strach przed tym ze zginie tym samym raniąc ja bym silniejszy niż cokolwiek innego i dni w których pragnął jej tak bardzo ze sam nie dawał sobie z tym rady. Z jednej skrajności popadał w druga nie wiedząc jak dać sobie z tym rade. Fakt ze ja przeprosi a ona znów mu wybaczy nic nie pomoże. Musi poprostu ustatkować się uczuciowo: albo przy niej cały czas cokolwiek będzie się działo w jego glowie, albo musi dać jej odejść. Ta sytuacja do niczego nie prowadzi. Zastanowił się przez chwile i ostatecznie stwierdził ze nie jest w stanie wyobrazić sobie zycia bez niej u boku. Musi wiec zebrać w sobie sily i dać jej czas na przygotowanie się do czegoś więcej niż pocalunki. Z obietnicą poprawy ktora złożył samemu sobie poszedł do domitorium by dać się pochłonąć przez ramiona Morfeusza.
Luna szla właśnie korytarzem w stronę biblioteki gdy zauważyła Ginny i Hermione idące w tym samym kierunku.
- Poczekajcie!
Podbiegła i juz była z nimi.
- Hej!
- Hej! Właśnie miałyśmy Cie szukac.
- Cos się stało?
- Nic. Ale pomyślałyśmy żeby przygotować cos na przyjęcie zaręczynowe Remusa i Tonks i chciałyśmy spytać czy byś nam nie pomogła.
- Pewnie, w sumie sama też myślałam o zapytaniu was o to samo. Co proponujecie?
- Moja mama i Andromeda maja przygotować jedzenie. Ale żadna z nich nie ma talentu do pieczenia ciast. Tonks zamówiła torta w cukierni na Pokatnej ale tam jest strasznie drogo wiec nie ma sensu żeby rujnowali się na troche słodkiego. Pomyślałyśmy wiec ze może my byśmy upiekły torta, a Bill obiecał iść do cukierni i anulować zamówienie. Co o tym myślisz?
- Świetny pomysł. Moja mama byla mistrzynią w zrobieniu tortów, jej marcepan zawsze był idealny. Zawsze rozwałkowywałyśmy go kilka razy a później pokrywałyśmy nim całego torta robiąc do tego marcepanowe ozdoby.
- No to super. Hermiona jest mistrzynią biszkoptu, ja zrobię krem a ty zajmiesz się ozdobami.
Omówiły jeszcze dokładnie kiedy co ktora będzie robic i Hermiona poszła do kuchni dogadać się ze skrzatami. Ginny posiedziała z Luna jeszcze chwilę w bibliotece przeglądając Podstawowe Zaklęcia Lecznicze po czym poszła na pierwszy w tym roku trening Quidiqa. Krukonka dokończyła wypracowanie na transmutacje i spojrzała za okno. Ściemniało się wiec czas iść do lochów.
- Dobry wieczór.
- Dla kogo dobry dla tego dobry.
- Cos się stało?
To pytanie wydobyło się z jej ust zanim pomyślała.
- A co cie to interesuje?!
- Przepraszam. Poprostu uważam ze jak się przed kimś wygadamy to jest nam lepiej.
- I miałbym się niby wygadywać tobie? Rowena musi przewracać się w grobie słysząc co jedna z jej córek mówi.
Stwierdziła ze bezpieczniej będzie nie odpowiadać na to stwierdzenie. Spróbowała wiec z innym tematem. W tym samym czasie co nauczyciel.
- To co dzis...
- Dzis będziesz...
Oboje przerwali w tym samym momencie. I ponownie zaczęli.
- Przepraszam ze...
- Kto ci pozwolił...
Widziała ze profesor byl juz mocno zdenerwowany postawiła wiec nie próbować przepraszać dopóki ten się nie wygada.
- To ze znoszę Cie w swoim gabinecie nie znaczy ze możesz mi tak ostentacyjnie przerywać! Co ty sobie wyobrażasz! Minus dziesięć punktów i żeby to mi byl ostatni raz!!!
Luna spodziewala sie dłuższego krzyku. Widac ma dzis dobry humor. Bynajmniej miał.
- Przepraszam. To nie bylo celowe.
- Nic nie dzieje się przypadkiem Lovegood. A teraz do roboty. Dziś robisz eliksir na wewnętrzne krwawienie. Przygotuj wszystko z wyjątkiem korzenia srebrzystej wierzby bo ten kroi sie inaczej niż zwykle.
Dziewczyna zabrała się do roboty co chwila zerkając w przepis który znajdował sie w tej samej księdze co poprzedni żeby nie popełnić nawet najmniejszego bledu. Gdy w końcu skończyła zauważyła ze na czole ma kropelki potu.
- Skonczylam profesorze.
- No wreszcie. Juz myślałem ze planujesz tu spędzić cala noc. A teraz do rzeczy. Wstał i podchodząc do jej ławki podwinął rękawy. Miał białą skórę, a całe przedramie miał pokryte dość gęsto czarnymi włosami. Mimowolnie zatrzymała dłużej wzrok na Mrocznym Znaku. Nie uszło to uwadze mężczyzny który od razu zaczął zasłaniać przedramię.
- Nie przeszkadza mi.
Miała wrażenie ze chcial jej powiedziec znowu cos niemilego ale ostatecznie nic nie mówiąc nie opuści rękawa czarnej koszuli.
- Spróbuj wysilić swój mozg i zapamiętać jak to robię bo nie mam zamiaru pokazywać za każdym razem.
Przysunęła się w stronę nauczyciela ale zachowując stosowna odległość. Czarnooki przekroił korzeń wpierw wzdłuż a następnie w plasterki.
- Korzeń musi być pokrojony pod katem 35 stopni, na plastry o szerokości 2 milimetrów. Pierwszy i ostatni plaster wyrzucasz. Teraz ty.
Zadanie okazało się trudniejsze niż mogłoby się wydawać i po dwóch plastrach usłyszała głośne sapnięcie oznaczające w przypadku mistrza eliksirów ze robi cos zle.
- Kroisz pod złym kątem. Ma być 35 a nie 40 stopni.
Luna próbowała dalej ale kolejne dwa plastry były tylko odrobine bardziej pochylone niż poprzednie. Nauczyciel dość mocno zdenerwowany zabrał jej z reki nóż i kazał stanąć po przeciwnej stronie lawki i znów obserwować jak on to robi. Gdy ponownie przyszła jej kolej poczuła strużki potu spływające po jej karku. Zdarzyla przyłożyć nóż do korzenia gdy malo nie straciła słuchu przez nagły krzyk profesora.
- Ty idiotko! Ile razy mam ci pokazywać żebyś zrozumiała?! Żeby nie potrafić poprawnie pokroić głupiego składnika?! Gnom by sobie lepiej poradził!
Nóż wypadł jej z dłoni i wbił się w jej stopę. Poczuła fale bólu. Mężczyzna podążył za jej wzrokiem a wokół jej nogi juz zaczęła się robic kałuża krwi.
- Zobacz co głupia narobiłaś! Z kim przyszło mi pracować!
Luna poczuła jak zaczyna słabnąć. Czarodziej chyba to zauważył bo od razu podstawił jej krzesło na które wdzięczna opadła.
- Nie ruszaj się.
- Zniknął w swoim składziku by po chwili wrócić ze słoikiem z maścią w jednej i eliksirem wzmacniającym w drugiej dłoni.
- Najpierw pij.
Wychyliła zawartość buteleczki. Poczuła ze wracają jej sily.
- Teraz nawet nie drgnij. Wyjmę noz i zdejmę ci buta.
Gdy wyjmował noz lekko się skrzywiła a jak zdjął buta i wylała się z niego krew poczuła ze znów opada z sil.
- Jak słabniesz na widok krwi to się na nią nie patrz!
Odwróciła głowę w drugą stronę ale bylo za późno. Osunęła się z krzesła.
Luna powoli otworzyła oczy i rozejrzała się. Byla w nieznanym jej pomieszczeniu. Wszystkie ściany pokryte byly księgami na hebanowych polkach, na podłodze leżał szmaragdowy perski dywan. Ona sama leżała na czarnej, skurzanej sofie ktora stała przed hebanowa ława, a po jej drugiej stronie stały dwa fotele. Całość choc zachowana w czerni z kilkoma akcentami zieleni byla wyjątkowo przytulna. Ciekawe czy podobnie wygląda pokój wspólny slizgonow. Nie zdarzyła rozważyć tej myśli gdyż do pokoju wszedł czarnowlosy czarodziej.
- No wreszcie! Juz myślałem ze będę musial narazić swoja sofę na zniszczenie próbując cie dobudzić woda!
Luna zarumieniła się lekko. Nie miała pojecia ile czasu byla nieprzytomna. Spojrzała na swoja stopę ktora byla teraz owinięta bandażem.
- Do jutra powinna być ok.
- Dziękuję profesorze.
Nagle zdała sobie sprawę ze nigdy nie znajdowała sie w tak miłym i przytulnym pomieszczeniu z żadnym mężczyzna wczesniej. Ta myśl sprawiła ze jej rumieniec pogłębił się. Mężczyzna w tym czasie zajął miejsce na jednym z foteli.
- Możesz mi powiedzieć jak planujesz podawać eliksiry rannym w czasie bitwy skoro mdli cie na widok krwi? Będziesz jedynie wadzić bo ktos nieustannie będzie cie musial cucić.
- To nie tak... Ja mdleje tylko na widok swojej krwi. Brałam udział w bitwie w Ministerstwie i w zeszłym roku w bitwie o Hogwart i pomimo obrażeń innych ich krew nie działa na mnie w ten sposób co moja.
Snape uniósł brwi chyba nie do końca jej wierząc. Ale to była prawda.
- Minus piec punktów za kłamanie nauczycielowi.
Z kieszeni szat podał jej flakonik z eliksirem wzmacniającym. Bez słowa wychyliła go duszkiem czując jak wracają jej siły.
- No to jak juz z toba dobrze to wracaj do wieży. Jutro o 17.
Luna przytaknęła stwierdzając ze w sumie to nie ma ochoty wychodzić. Profesor o dziwo nie krzyczał ani nie obrażał jej na tysiąc sposobów. Przez chwile wróciła pamięcią do momentów przed pierwsza wojna kiedy do siedziala z mężczyzna na przeciwko w bibliotece. Jak spacerowali wzdłuż lasu.
- Lovegood! Czy ja nie wyraziłem się jasno? Zmiataj do swojej wieży!
No i to by bylo na tyle co do braku krzyków. Podniosła sie z sofy.
- Te po lewo.
Ruszyła w stronę wskazanych przez niego drzwi i gdy juz nacisnęła klamkę usłyszała syk mężczyzny. W mgnieniu oka odwróciła się nie zważając na nagle bol w stopie. Profesor trzymał się za lewe przedramie. Luna wiedziała co to oznacza. Został wezwany.
- Poinformuj Dunbledore'a. Ja nie mam czasu.
Zniknął w drzwiach po przeciwnej stronie stronie pokoju by po minucie wrócić w szacie Śmierciożercy z maska w ręku.
- No co tak stoisz? Idź juz!
Najszybciej jak mogla wydostała się z lochów i skrótami które znała znalazła się przed wejściem do gabinetu.
- Galaretka agrestowa.
Gargulec zwolnił jej przejście a ona nie czekając aż schody się rusza zaczęła po nich wchodzić. Stopa strasznie ja bolała a na białym wczesniej bandażu pojawiła się plama krwi. Zapukała i nie czekawszy na odpowiedz weszła do środka.
- Profesorze?
Czarodziej siedział pogrążony w jakiś papierach ale gdy weszła od razu poderwał się z krzesła.
- Co się stało?
- Profesor Snape został wezwany.
Starzec usiadł na krześle jakby z ulga.
- Spokojnie. Voldemort nie jest śpiochem i wzywa swoich bez zastanowienia się nad tym czy jest południe czy środek nocy. Możesz iść spać. Dobranoc.
Wycofała się z gabinetu ale przeraziła się jak spokojnie dyrektor przyjął fakt ze jego szpieg został wezwany. Przeciez w kazdej chwili mógł zostać odkryty jako ich szpieg w obozie wroga. Mógł właśnie w męczarniach umierać. Luna juz wiedziala ze tego wieczora nie uda jej się zasnąć mimo to nie mając nic innego do roboty udała się w stronę wieży. Ledwie zdarzyła przebrać się w piżamę do dormitorium wpadł patronus-feniks. Dziewczęta na szczęście spały. ' Spotkanie zakonu za piec minut. ' Posłaniec wiadomości rozpłynął się w powietrzu. Krukonka zarzuciła na siebie jedynie szlafrok i po chwili znów pukała do gabinetu. W środku siedziało juz większość członków w tym Snape. Z kominka co chwile ktos wychodził i po chwili byli juz wszyscy. Luna podeszła do gryfonow którzy też w piżamach pocierali zaspane oczy.
- Przepraszam ze zbieram was o tej porze ale mamy wiadomości. Severus został dziś wezwany aby zaplanować atakt na Dolinę Gordyryka.
Wśród zebranych rozeszła się fala przerażenia na twarzach. Dyrektor gestem przekazał glos Mistrzowi Eliksirów.
- Atak będzie bez zapowiedzi w ciągu najbliższych kilku dni wiec musicie być cały czas gotowi. Smierciozercow będzie 25. Plan robiłem tylko ja wiec nie mogę go ujawnić bez zdradzenia się.
- Na to nie możemy sobie pozwolić - przerwał Dumblodore - pozostaje nam wiec nadzieja ze mieszkańcy wioski przyłącza się do walki po naszej stronie. Skąd będziemy wiedzieć ze nastąpił atak?
- Zostanę wezwany.
- Dobrze. Zatem w kazdej chwili możecie dostać ode mnie patronusa a wtedy deportujecie się do doliny. Ci co będą wtedy w Hogwarcie maja punkt deportacyjny z wieży astronomicznej.
- Chyba nie planujesz wysyłać dzieci?
Pani Weasley obudzona trzymała dłonie na biodrach. Dyrektor zignorował pytanie.
- To wszystko.
- Albusie nie możesz!
Molly byla bliska łez. Dopiero co straciła jedno dziecko a być może do bitwy ruszy kolejne. Pan Weasley poprowadził ja do kominka i po chwili zniknęli. Luna tez ruszyła w stronę drzwi.
Przepraszam ze tak puzno ale znow mam problemy z telefonem czasem dziala czasem nie. Mam dwie wiadomosci. Pierwsza jest dobra, mianowicie 17 marca przylatuje na kilka tygodni do polski. Zla taka ze do 21 na pewno nie bedzie nowej notki bo teraz musze sie juz powoli szykowac a jak tylko przylece to mam kilka niecierpiacych zwloki spraw. No i jeszcze jedna - moze uda mi sie namowic brata na zrobienie mi nowego szablonu. Jaki chcialybyscie kolor?
Buziaki i przepraszam za to ze nastepna bedzie dopiero za jakies dwa tygodnie.
Rozdział XIX
Gdy każdy wypił herbatę a część panów wychyliła jeszcze po kieliszku ognistej i wszystkie paszteciki były w brzuchach członków Zakonu Feniksa powoli zaczynali się ze sobą żegnać. W tej właśnie chwili Remus postanowił przekazać wszystkim szczęśliwa nowinę.
- Hej, poczekajcie. Chciałbym cos powiedziec.
Na twarzy Tonks pojawił się uśmiech wielkości banana gdy podchodziła do narzeczonego przeczuwając co ten planuje oglosic. Wszyscy spojrzeli w ich kierunku.
- Kilka dni temu oświadczyłem sie Tonks która była tak dobra i zgodziła sie je przyjąć.
Wsród zebranych rozeszły się oklaski i głośne gratulacje a ci co byli najbliżej zaręczonych uściskali ich życząc im szczęścia.
- Ale to nie wszystko. W następna sobotę odbędzie się przyjęcie z tej okazji w Pokoju Życzeń o 20 na które wszyscy jesteście zaproszeni.
Po kolejnych okrzykach radości, życzeniach i Sto Lat Młodej Parze każdy rozszedł się z uśmiechami na ustach w swoja stronę.
Harry siedział w pokoju gryffindoru w swoim ulubionym fotelu przed kominkiem i zamyślony wpatrywał się w ogień. Czul się zle po kazdej kłótni z Ginny. A powody mieli dwa - albo to ze omijał ja w dniach kiedy strach przed tym ze zginie tym samym raniąc ja bym silniejszy niż cokolwiek innego i dni w których pragnął jej tak bardzo ze sam nie dawał sobie z tym rady. Z jednej skrajności popadał w druga nie wiedząc jak dać sobie z tym rade. Fakt ze ja przeprosi a ona znów mu wybaczy nic nie pomoże. Musi poprostu ustatkować się uczuciowo: albo przy niej cały czas cokolwiek będzie się działo w jego glowie, albo musi dać jej odejść. Ta sytuacja do niczego nie prowadzi. Zastanowił się przez chwile i ostatecznie stwierdził ze nie jest w stanie wyobrazić sobie zycia bez niej u boku. Musi wiec zebrać w sobie sily i dać jej czas na przygotowanie się do czegoś więcej niż pocalunki. Z obietnicą poprawy ktora złożył samemu sobie poszedł do domitorium by dać się pochłonąć przez ramiona Morfeusza.
Luna szla właśnie korytarzem w stronę biblioteki gdy zauważyła Ginny i Hermione idące w tym samym kierunku.
- Poczekajcie!
Podbiegła i juz była z nimi.
- Hej!
- Hej! Właśnie miałyśmy Cie szukac.
- Cos się stało?
- Nic. Ale pomyślałyśmy żeby przygotować cos na przyjęcie zaręczynowe Remusa i Tonks i chciałyśmy spytać czy byś nam nie pomogła.
- Pewnie, w sumie sama też myślałam o zapytaniu was o to samo. Co proponujecie?
- Moja mama i Andromeda maja przygotować jedzenie. Ale żadna z nich nie ma talentu do pieczenia ciast. Tonks zamówiła torta w cukierni na Pokatnej ale tam jest strasznie drogo wiec nie ma sensu żeby rujnowali się na troche słodkiego. Pomyślałyśmy wiec ze może my byśmy upiekły torta, a Bill obiecał iść do cukierni i anulować zamówienie. Co o tym myślisz?
- Świetny pomysł. Moja mama byla mistrzynią w zrobieniu tortów, jej marcepan zawsze był idealny. Zawsze rozwałkowywałyśmy go kilka razy a później pokrywałyśmy nim całego torta robiąc do tego marcepanowe ozdoby.
- No to super. Hermiona jest mistrzynią biszkoptu, ja zrobię krem a ty zajmiesz się ozdobami.
Omówiły jeszcze dokładnie kiedy co ktora będzie robic i Hermiona poszła do kuchni dogadać się ze skrzatami. Ginny posiedziała z Luna jeszcze chwilę w bibliotece przeglądając Podstawowe Zaklęcia Lecznicze po czym poszła na pierwszy w tym roku trening Quidiqa. Krukonka dokończyła wypracowanie na transmutacje i spojrzała za okno. Ściemniało się wiec czas iść do lochów.
- Dobry wieczór.
- Dla kogo dobry dla tego dobry.
- Cos się stało?
To pytanie wydobyło się z jej ust zanim pomyślała.
- A co cie to interesuje?!
- Przepraszam. Poprostu uważam ze jak się przed kimś wygadamy to jest nam lepiej.
- I miałbym się niby wygadywać tobie? Rowena musi przewracać się w grobie słysząc co jedna z jej córek mówi.
Stwierdziła ze bezpieczniej będzie nie odpowiadać na to stwierdzenie. Spróbowała wiec z innym tematem. W tym samym czasie co nauczyciel.
- To co dzis...
- Dzis będziesz...
Oboje przerwali w tym samym momencie. I ponownie zaczęli.
- Przepraszam ze...
- Kto ci pozwolił...
Widziała ze profesor byl juz mocno zdenerwowany postawiła wiec nie próbować przepraszać dopóki ten się nie wygada.
- To ze znoszę Cie w swoim gabinecie nie znaczy ze możesz mi tak ostentacyjnie przerywać! Co ty sobie wyobrażasz! Minus dziesięć punktów i żeby to mi byl ostatni raz!!!
Luna spodziewala sie dłuższego krzyku. Widac ma dzis dobry humor. Bynajmniej miał.
- Przepraszam. To nie bylo celowe.
- Nic nie dzieje się przypadkiem Lovegood. A teraz do roboty. Dziś robisz eliksir na wewnętrzne krwawienie. Przygotuj wszystko z wyjątkiem korzenia srebrzystej wierzby bo ten kroi sie inaczej niż zwykle.
Dziewczyna zabrała się do roboty co chwila zerkając w przepis który znajdował sie w tej samej księdze co poprzedni żeby nie popełnić nawet najmniejszego bledu. Gdy w końcu skończyła zauważyła ze na czole ma kropelki potu.
- Skonczylam profesorze.
- No wreszcie. Juz myślałem ze planujesz tu spędzić cala noc. A teraz do rzeczy. Wstał i podchodząc do jej ławki podwinął rękawy. Miał białą skórę, a całe przedramie miał pokryte dość gęsto czarnymi włosami. Mimowolnie zatrzymała dłużej wzrok na Mrocznym Znaku. Nie uszło to uwadze mężczyzny który od razu zaczął zasłaniać przedramię.
- Nie przeszkadza mi.
Miała wrażenie ze chcial jej powiedziec znowu cos niemilego ale ostatecznie nic nie mówiąc nie opuści rękawa czarnej koszuli.
- Spróbuj wysilić swój mozg i zapamiętać jak to robię bo nie mam zamiaru pokazywać za każdym razem.
Przysunęła się w stronę nauczyciela ale zachowując stosowna odległość. Czarnooki przekroił korzeń wpierw wzdłuż a następnie w plasterki.
- Korzeń musi być pokrojony pod katem 35 stopni, na plastry o szerokości 2 milimetrów. Pierwszy i ostatni plaster wyrzucasz. Teraz ty.
Zadanie okazało się trudniejsze niż mogłoby się wydawać i po dwóch plastrach usłyszała głośne sapnięcie oznaczające w przypadku mistrza eliksirów ze robi cos zle.
- Kroisz pod złym kątem. Ma być 35 a nie 40 stopni.
Luna próbowała dalej ale kolejne dwa plastry były tylko odrobine bardziej pochylone niż poprzednie. Nauczyciel dość mocno zdenerwowany zabrał jej z reki nóż i kazał stanąć po przeciwnej stronie lawki i znów obserwować jak on to robi. Gdy ponownie przyszła jej kolej poczuła strużki potu spływające po jej karku. Zdarzyla przyłożyć nóż do korzenia gdy malo nie straciła słuchu przez nagły krzyk profesora.
- Ty idiotko! Ile razy mam ci pokazywać żebyś zrozumiała?! Żeby nie potrafić poprawnie pokroić głupiego składnika?! Gnom by sobie lepiej poradził!
Nóż wypadł jej z dłoni i wbił się w jej stopę. Poczuła fale bólu. Mężczyzna podążył za jej wzrokiem a wokół jej nogi juz zaczęła się robic kałuża krwi.
- Zobacz co głupia narobiłaś! Z kim przyszło mi pracować!
Luna poczuła jak zaczyna słabnąć. Czarodziej chyba to zauważył bo od razu podstawił jej krzesło na które wdzięczna opadła.
- Nie ruszaj się.
- Zniknął w swoim składziku by po chwili wrócić ze słoikiem z maścią w jednej i eliksirem wzmacniającym w drugiej dłoni.
- Najpierw pij.
Wychyliła zawartość buteleczki. Poczuła ze wracają jej sily.
- Teraz nawet nie drgnij. Wyjmę noz i zdejmę ci buta.
Gdy wyjmował noz lekko się skrzywiła a jak zdjął buta i wylała się z niego krew poczuła ze znów opada z sil.
- Jak słabniesz na widok krwi to się na nią nie patrz!
Odwróciła głowę w drugą stronę ale bylo za późno. Osunęła się z krzesła.
Luna powoli otworzyła oczy i rozejrzała się. Byla w nieznanym jej pomieszczeniu. Wszystkie ściany pokryte byly księgami na hebanowych polkach, na podłodze leżał szmaragdowy perski dywan. Ona sama leżała na czarnej, skurzanej sofie ktora stała przed hebanowa ława, a po jej drugiej stronie stały dwa fotele. Całość choc zachowana w czerni z kilkoma akcentami zieleni byla wyjątkowo przytulna. Ciekawe czy podobnie wygląda pokój wspólny slizgonow. Nie zdarzyła rozważyć tej myśli gdyż do pokoju wszedł czarnowlosy czarodziej.
- No wreszcie! Juz myślałem ze będę musial narazić swoja sofę na zniszczenie próbując cie dobudzić woda!
Luna zarumieniła się lekko. Nie miała pojecia ile czasu byla nieprzytomna. Spojrzała na swoja stopę ktora byla teraz owinięta bandażem.
- Do jutra powinna być ok.
- Dziękuję profesorze.
Nagle zdała sobie sprawę ze nigdy nie znajdowała sie w tak miłym i przytulnym pomieszczeniu z żadnym mężczyzna wczesniej. Ta myśl sprawiła ze jej rumieniec pogłębił się. Mężczyzna w tym czasie zajął miejsce na jednym z foteli.
- Możesz mi powiedzieć jak planujesz podawać eliksiry rannym w czasie bitwy skoro mdli cie na widok krwi? Będziesz jedynie wadzić bo ktos nieustannie będzie cie musial cucić.
- To nie tak... Ja mdleje tylko na widok swojej krwi. Brałam udział w bitwie w Ministerstwie i w zeszłym roku w bitwie o Hogwart i pomimo obrażeń innych ich krew nie działa na mnie w ten sposób co moja.
Snape uniósł brwi chyba nie do końca jej wierząc. Ale to była prawda.
- Minus piec punktów za kłamanie nauczycielowi.
Z kieszeni szat podał jej flakonik z eliksirem wzmacniającym. Bez słowa wychyliła go duszkiem czując jak wracają jej siły.
- No to jak juz z toba dobrze to wracaj do wieży. Jutro o 17.
Luna przytaknęła stwierdzając ze w sumie to nie ma ochoty wychodzić. Profesor o dziwo nie krzyczał ani nie obrażał jej na tysiąc sposobów. Przez chwile wróciła pamięcią do momentów przed pierwsza wojna kiedy do siedziala z mężczyzna na przeciwko w bibliotece. Jak spacerowali wzdłuż lasu.
- Lovegood! Czy ja nie wyraziłem się jasno? Zmiataj do swojej wieży!
No i to by bylo na tyle co do braku krzyków. Podniosła sie z sofy.
- Te po lewo.
Ruszyła w stronę wskazanych przez niego drzwi i gdy juz nacisnęła klamkę usłyszała syk mężczyzny. W mgnieniu oka odwróciła się nie zważając na nagle bol w stopie. Profesor trzymał się za lewe przedramie. Luna wiedziała co to oznacza. Został wezwany.
- Poinformuj Dunbledore'a. Ja nie mam czasu.
Zniknął w drzwiach po przeciwnej stronie stronie pokoju by po minucie wrócić w szacie Śmierciożercy z maska w ręku.
- No co tak stoisz? Idź juz!
Najszybciej jak mogla wydostała się z lochów i skrótami które znała znalazła się przed wejściem do gabinetu.
- Galaretka agrestowa.
Gargulec zwolnił jej przejście a ona nie czekając aż schody się rusza zaczęła po nich wchodzić. Stopa strasznie ja bolała a na białym wczesniej bandażu pojawiła się plama krwi. Zapukała i nie czekawszy na odpowiedz weszła do środka.
- Profesorze?
Czarodziej siedział pogrążony w jakiś papierach ale gdy weszła od razu poderwał się z krzesła.
- Co się stało?
- Profesor Snape został wezwany.
Starzec usiadł na krześle jakby z ulga.
- Spokojnie. Voldemort nie jest śpiochem i wzywa swoich bez zastanowienia się nad tym czy jest południe czy środek nocy. Możesz iść spać. Dobranoc.
Wycofała się z gabinetu ale przeraziła się jak spokojnie dyrektor przyjął fakt ze jego szpieg został wezwany. Przeciez w kazdej chwili mógł zostać odkryty jako ich szpieg w obozie wroga. Mógł właśnie w męczarniach umierać. Luna juz wiedziala ze tego wieczora nie uda jej się zasnąć mimo to nie mając nic innego do roboty udała się w stronę wieży. Ledwie zdarzyła przebrać się w piżamę do dormitorium wpadł patronus-feniks. Dziewczęta na szczęście spały. ' Spotkanie zakonu za piec minut. ' Posłaniec wiadomości rozpłynął się w powietrzu. Krukonka zarzuciła na siebie jedynie szlafrok i po chwili znów pukała do gabinetu. W środku siedziało juz większość członków w tym Snape. Z kominka co chwile ktos wychodził i po chwili byli juz wszyscy. Luna podeszła do gryfonow którzy też w piżamach pocierali zaspane oczy.
- Przepraszam ze zbieram was o tej porze ale mamy wiadomości. Severus został dziś wezwany aby zaplanować atakt na Dolinę Gordyryka.
Wśród zebranych rozeszła się fala przerażenia na twarzach. Dyrektor gestem przekazał glos Mistrzowi Eliksirów.
- Atak będzie bez zapowiedzi w ciągu najbliższych kilku dni wiec musicie być cały czas gotowi. Smierciozercow będzie 25. Plan robiłem tylko ja wiec nie mogę go ujawnić bez zdradzenia się.
- Na to nie możemy sobie pozwolić - przerwał Dumblodore - pozostaje nam wiec nadzieja ze mieszkańcy wioski przyłącza się do walki po naszej stronie. Skąd będziemy wiedzieć ze nastąpił atak?
- Zostanę wezwany.
- Dobrze. Zatem w kazdej chwili możecie dostać ode mnie patronusa a wtedy deportujecie się do doliny. Ci co będą wtedy w Hogwarcie maja punkt deportacyjny z wieży astronomicznej.
- Chyba nie planujesz wysyłać dzieci?
Pani Weasley obudzona trzymała dłonie na biodrach. Dyrektor zignorował pytanie.
- To wszystko.
- Albusie nie możesz!
Molly byla bliska łez. Dopiero co straciła jedno dziecko a być może do bitwy ruszy kolejne. Pan Weasley poprowadził ja do kominka i po chwili zniknęli. Luna tez ruszyła w stronę drzwi.
piątek, 27 lutego 2015
Rozdział XVIII
No i przedstawiam wam nowy rozdział. Jest zdecydowanie dłuższy niż poprzednie choc w sumie nie wiele się w nim dzieje. Mam jednak nadzieje ze Wam się spodoba. Niebawem zamierzam iść do dalszej akcji i postaram się żeby bylo troche romantyczniej.
Buziaki dla komentujących.
Rozdział XVIII
- Poczekaj chwile Lovegood.
Luna zdarzyła wejść do gabinetu i stanąć przed biurkiem nauczyciela pochylającego się nad jednym z esejów który był juz mocno zamazany czerwonym atramentem profesora a kilka sekund później na końcu pergaminu pojawiło się ogromne 'Troll'. Biedny uczeń. Mężczyzna odłożył prace w miejsce innych juz sprawdzonych i dopiero wtedy zaszczycił ja spojrzeniem. Morderczym spojrzeniem.
- Lovegood, co ty sobie wyobrażasz przychodząc na lekcje do mojego gabinetu w koszuli tak mokrej ze widac twój biustonosz?!
Krzyknął tak mocno ze gdyby w gabinecie bylo okno to szyba na pewno roztrzaskałaby sie w drobny mak, Krukonka rozdziawiła usta nie wiedząc o co mu chodzi do póki nie spojrzała w dół a wtedy jej twarz nabrała koloru piwonii. Wychodząc z zamku nie założyła swetra a deszcz mimo ze lekki to i tak zmoczył jej ubranie czego wczesniej nie zauwazyla. Teraz natomiast świadomość tego ze jej profesor, i to nie byle jaki ale sam Severus Snape mógł zobaczyć przez przylegająca do jej ciała białą koszule jej bieliznę była przytłaczająca. W dodatku akurat dziś musiała mieć na sobie jasno różowy stanik w róże w różnych q różu z przyklejonymi gdzie nie gdzie cyrkoniami. Miała ochotę zapaść się pod ziemie ale z cala gracja jaka zdołała w sobie zebrać wyjęła z kieszeni różdżkę i jednym zaklęciem wysuszyła cale ubranie.
- Minus dwadzieścia pięć punktów Lovegood i szlaban w najbliższą sobotę.
- Przepraszam profesorze.
- Masz za co. Jeszcze nigdy żadna uczennica nie pojawiła się w tym pomieszczeniu w takim stanie. Na przyszłość uważaj bo może się to skończyć dla ciebie jeszcze gorzej.
Jego wzrok potwierdzał te słowa wiec Luna jedynie przytaknęła posyłając mu przepraszający uśmiech.
- No i czego sie tak szczerzysz? Chyba nie po to tu przyszlas? Bierz się za eliksir, za dwie godziny ma być gotowy a jesli stwierdzę że nie jest odpowiedni to możesz pożegnać się z eliksiromegomedycyna.
Zabrała się do pracy wciąż zażenowana faktem jak mogla nie zauważyć ze ten drobny kapuśniaczek jednak zrobił swoje i weszła tu taka mokra. Nagle przyszła jej kolejna, niezbyt pocieszająca myśl. Ile osób widziało ja w takim stanie jak szla korytarzami? Byla zbyt mocno zamyślona o ojcu i Malfoy'u żeby cokolwiek zauważyć. Pozostawała jej wiec nadzieja ze nikt nie zwrócił uwagi na Lune-Pomylune. Zabrała się za kończenie eliksiru nie pozwalając sobie nawet na chwilowe rozkojarzenie. Dopiero gdy sprzątnęła stanowisko pracy i zostało jej jedynie zamieszać miksturę dwanaście razy w stronę przeciwna do wskazówek zegara pozwoliła sobie odpłynąć na chwile myśląc o przyjaciołach. I drugi dzień z rzędu podskoczyła na dźwięk głosu nauczyciela ponownie zapomniawszy o tym ze nie jest sama.
- No i czego mi tu skaczesz znowu? To jakies twoje tancze chwalebne na moja część?
Odwróciła się zszokowana ze mężczyzna stoi tuz za nią. Spojrzała mu w twarz ktora jak zawsze nie wyrażała żadnych emocji. Odsunęła się od kociołka dając mu możliwości sprawdzenia efektów jej pracy. Zamieszał, sprawdził konsystencję, zapach i w końcu grobowym tonem oznajmił.
- Pierwszoroczny lepiej by sobie poradził Lovegood ale i tak spodziewałem sie po tobie czegos gorszego.
Luna wytrzeszczyła oczy. W ustach tego czarodzieja te słowa brzmiały jak najszczersza pochwala nawet pomimo tonu jakim te słowa wypowiedział.
- Dziękuję profesorze.
- Niby za co? Za to ze uznałem ze twój pozom jest gorszy od jedenastolatka?
Miała ochotę uśmiechnąć ale na ten przytyk ale starając się najlepiej jak umiała zachować poważną minę odrzekła.
- Za słowa krytyki.
- A czego sie niby spodziewałaś? Pochwał?
Nie wytrzymała i lekko się uśmiechnęła.
- Mysle ze puki co na nie jeszcze nie zasługuje ale mam nadzieje ze niebawem juz będę.
Bylo to kłamstwo, doskonale wiedziała ze eliksir jest idealny.
- Chyba w twoich snach. A teraz idź mi juz z tad. Jutro o 18.
- Do widzenia profesorze.
Harry razem z Ronem zdarzyli właśnie wczołgać się do Wielkiej Sali i usiąść przy stole gdy usiadł koło nich uśmiechnięty od ucha do ucha Neville.
- Co tam chłopaki? Jak leci?
- Świetnie. Wróciliśmy właśnie od Hagrida. Nigdy bym nie pomyślał ze tak ciężko oswoić hipogryfy! Dwa razy musiałem biec do chatki żeby nie zostac zamordowanym przez te cholerne stworzenia.
- Az tak zle Ron? A jak tobie szli Harry?
- Nie wiele lepiej, ja uciekałem tylko raz - wyszczerzył się sięgając jednocześnie po udko z kurczaka - A jak u Ciebie?
- Super! Cale popołudnie pomagałem w robieniu sadzonek zaklętych sideł.
Ron skrzywił się na wspomnienie z pierwszej klasy ale zaraz zajął się trzecim juz kotletem.
Kilka minut później przyszla też Ginny, zaraz po niej Hermiona a gdy już mieli sie zbierać do wieży pojawiła się Luna która od razu po założeniu zaklęcia przeciw podsłuchiwaniu zaczęła rozmowę z dziewczynami na temat megomedycyny.
- Te zaklęcia są naprawdę bardzo złożone i wystarczy sekunda roztargnienia żeby cos nie wyszło.
- Tak samo z eliksirem. Co kilka sekund zerkałam w instrukcję sprawdzając czy wszystko robię jak należy a podejrzewam ze to byl jeden z prostszych mikstur uzdrawiających.
- Masz racje Luno, ten na zrastanie się kości jest calkiem prosty ale wystarczy ze korzeń afasedyny będzie krojony pod innym o kilka stopni kontem i trzeba zaczynać od nowa.
- A Ty co robisz?
- Przed chwila skonczylam pisac wypracowanie na starożytne runy a za piętnaście minut mam się spotkać z Kingslay'em w pokoju życzeń.
- W czym mu pomagasz?
- Nie wiem dokładnie bo nie było okazji pogadać ale po spotkaniu zakonu mówił coś o przeszukiwaniu akt pracowników ministerstwa. Nie wiem jeszcze po co ale dzis juz będę wszystko wiedzieć.
Zamyśliła się na chwile by spojrzeć na chłopaków z piorunami w oczach.
- A czy wy jesteście nie poważni? Dopiero Luna założyła zaklęcia przeciw podsłuchiwaniu a jestem pewna ze w najlepsze gawędziliście sobie o swoich zadaniach nie martwiąc się ze ściany tez maja uszy! Nauczcie sie wreszcie rozsądku!
Gryfoni popatrzeli po sobie z minami świadczącymi o tym ze żadnemu z nich nawet przez myśl nie przeszło żeby nie rozmawiać na takie tematy tak otwarcie. W końcu Harry obiecał ze to się więcej nie powtórzy a Hermiona po kilku kolejnych ostrych komentarzach odnośnie ich myślenia poszła na spotkanie ze swoim współpracownikiem. Posiedzieli jeszcze kilka minut śmiejąc się z kawałów jakie Harry i Ron usłyszeli od Hagrida po czym każde z nich udalo się na spoczynek.
Ginny siedziala wtulona w ramiona Harry'ego przed kominkiem w pokoju wspólnym. Byli sami, wszyscy poszli juz spać.
- Kocham cie, wiesz o tym, prawda?
- Oczywiście Harry, ja tez cie kocham.
Kochała go, oczywiście ze tak bylo. Ale i tak spieła się wiedzac na jaki temat znów zejdzie ich rozmowa.
- Nie myślisz ze czas aby nasza milosc weszła na nowy etap?
Nie czekając tym razem na jej odpowiedz zaczął całować niecierpliwie jej szyje a ruda lekko westchnęła. Nie czuła się jeszcze gotowa na TEN etap. Nie chciała aby ta wyjątkowa chwila była w pokoju wspólnym gdzie w kazdej chwili pojawić się może jakiś uczeń albo w pustej klasie w stresie ze złapie ich jakiś nauczyciel. Chciała by ta chwila byla idealna, taka ktora chetnie wspominała by przez cale życie a schowala w najmniejszym zakamarku pamięci. Gdy chłopak obślinił jej juz cala szyje tak ze czuła spływające w stronę biustu strużki zaczął wkładać jej rękę pod bluzke.
- Harry, nie. Proszę.
Nie spodziewała sie wyrozumienia z jego strony. Wiedziała co teraz nastąpi.
- Ginny, co jest z toba nie tak. Ciągle cos ci nie pasuje. A to glowa cie boli, a to zmęczona jesteś, a to nie to miejsce...
- Przepraszam, nie jestem jeszcze gotowa.
- A na co jeszcze chcesz być gotowa? Twierdzisz ze mnie kochasz, wiem ze jesteś gotowa w razie potrzeby bronić mnie swoim życiem, ze niezależnie od sytuacji zawsze będziesz przy mnie a nie pozwalasz żebyśmy byli blisko!
- Harry, jestesmy blisko!
- Ginny, jestesmy dorośli. A dla dorosłych ludzi bliskość nie kończy sie na przytulankach i kilku pocałunkach.
Ginny byla sfrustrowana i zła. Zła nie tyle na niego ile na siebie ze wymarzyła sobie idealny pierwszy raz i ciężko bylo jej się pogodzić z tym ze rzeczywistość rzadko jest taka jak nasze marzenie.
- Kocham cie Ginny, ale jestem tez człowiekiem. Człowiekiem który ma swoje potrzeby.
Po tych słowach wstał z sofy i poszedł w stronę dormitorium a Ginny schowała twarz w dłonie które po chwili były mokre od łez.
Luna szla w stronę wielkiej sali na śniadanie gdy po drodze zaczepił ja profesor Lupin.
- Dzień dobry Luno.
- Dzień dobry profesorze. Czy cos się stało?
Rozejrzał się do okola i dopiero gdy upewnił sie ze w korytarzu nie ma nikogo oprócz nich przemówił.
- Nic złego. Dzis o 19 jest zebranie u dyrektora. Mogłabyś przekazać reszcie?
- Oczywiście.
- Dziękuję Ci. A jak idą ci zajęcia pozalekcyjne?
- W rytmie cudownych humorów profesora Snape'a - wilkołak zaśmiał się - ale i tak mogło być gorzej.
- Może, moja droga może. Idź juz na śniadanie.
- Dziękuję profesorze, do zobaczenia.
W wielkiej sali od razu skierowała się do stołu gryffindoru gdzie siedziala juz reszta uczniów z zakonu feniksa. Hermiona machnięciem różdżki przyłączyła ja do rozmowy pod zaklęciem przeciw podsłuchiwaniu.
- Dzis o 19 jest zebranie u dyrektora.
- Skąd wiesz? Cos się stało?
- Nie, profesor Lupin mi powiedział.
- Ciekawe co się stało.
- Oj nie panikuj Ron, jak by to bylo cos poważnego to spotkanie byloby w trybie alarmowym. Pewnie tylko jakies informacje organizacyjne.
Ron wzruszył ramionami i zaczął pochłaniać kolejna porcję jajecznicy. Luna zdarzyła juz sobie nalać herbaty i wrzucić plasterek cytyny gdy spojrzała na Ginny ktora siedziala na przeciwko Harry'ego ale odkąd przyszla nawet nie uniosła głowy znad talerza. Harry tez nawet słowem sie nie odezwał. Złapała spojrzenie Hermiony ktora chyba myślała o tym samym. Znów pokłócili się o TO. Luna pokiwała glowa zastanawiając się co Harry sobie myśli naciskając tak swoja dziewczynę. Czy nie zdaje sobie sprawy w tego ze takimi ciągłymi próbami jeszcze bardziej ja zniechęca? Ugryzła kawałek tosta z dżemem ananasowym popijając herbata.
- Hermiono, jak wczorajsze spotkanie?
- Dobrze. Będę zajmowała się przeglądaniem akt pracowników Ministerstwa którzy być może chcieliby sie do nas przyłączyć. Muszę sprawdzić członków ich rodzin itd aby dowiedzieć sie czy aby nie byli by szpiegami w obozie wroga.
- To bardzo odpowiedzialne zadanie.
- Wiem, moja jedna pomyłka może kosztować czyjeś życie. Nie wiem jak dam sobie z tym rade.
- No wiesz co? Kto jak kto, ale ty nie masz co przejmować się ze w czymkolwiek zawalisz. Zawsze wszystko robisz idealnie.
- Ja? Co ty. W trzeciej klasie na teście zawaliłam przez bogina!!
- A kim byl?
Hermiona lekko się spłoniła.
- Profesor McGonagall mówiąca ze oblałam wszystkie egzaminy.
Luna starała się zachować powagę ale po chwili pękała ze śmiechu razem z reszta gryfonow. Nawet Harry i Ginny lekko się uśmiechnęli. W końcu Ron spojrzał na zegarek i uznał że czas zbierać się na lekcje.
- Dobry wieczór profesorze.
- Czarnowłosy czarodziej spojrzał na nią spod byka i gestem pozwolił wejść do gabinetu.
- Za godzinę jest spotkanie zakonu wiec na eliksir uzdrawiający nie ma czasu. Przygotuj wszystko potrzebne do veritaserum.
Luna zabrała się do roboty i w niecałe 40min wszystko juz bylo gotowe.
- Skonczylam profesorze.
- No to idź juz do dyrektora.
- Dobrze profesorze.
Wyszła z gabinetu kierując się w stronę schodów na parter gdy na swojej drodze spotkala Pansy Parkinson.
- Lovegood, ty tu czego? Nie masz gdzie sie szwendać?
Blondwlosa miała ochotę odpowiedzieć jej żeby pilnowała swojego nosa ale nie chciała zaczynać kłótni która mogłaby skończyć sie walka.
- Wracam ze szlabanu.
Slizgonka zdawała sie być zawiedziona ze nie może się do niej przyczepić przeszła obok niej oczywiście nie zapomniawszy dość mocno potrącić ja ramieniem. Resztę drogi do dyrektora przeszła marząc o gorącym budyniu czekoladowym przed snem. Weszła ostatnia, nawet Snape juz siedział na swoim miejscu.
- Zamknij proszę drzwi Luno.
Wykonawszy polecenie usiadła na ostatnim wolnym krześle i dopiero teraz zauwazyla ze obok starszego czarodzieja stoi nie kto inny jak Draco Malfoy.
- Większość z was na pewno juz się domyśliło po co tu jestesmy. Mamy nowego członka ktorym jest Draco Malfoy. Złożył juz Wieczysta Przysięgę w obecności Severusa Snape'a i Artura Weasley.
Miny większości członków byly zadowolone, ale oczywiście Harry i Ron musieli wyskoczyć ze swoimi jękami.
- On? Przeciez to szpieg!
- Wyda nas wszystkich!
Dumbledore uniusl rękę dając im znak ze maja być cicho a gdy to nie poskutkowalo machnięciem różdżki zabrał im możliwość mówienia.
- Nie tego się po was spodziewałem chłopcy. Ronaldzie na pewno wiesz ze wieczystej przysięgi nie można złamać. Nie chce słyszeć ani słowa odnośnie lojalności pana Malfoya który od dzis jest po naszej stronie. Przysięgaliście posłuszeństwo, nie zapominajcie o tym.
Ostatni argument zdawał sie przemówić do nich najbardziej bo przestali zamaszyście gestykulować rękami w formie protestów.
- Draco będzie w ramach swoich możliwości szpiegować nastoletnich Śmierciożercòw. Natomiast prosiłbym was by oprócz tych spotkań ton jakim dotychczas się do niego odnosiliście nie zmienił się. Jeśli Voldemort dowie sie o tym ze jest jednym z nas Severus będzie miał problemy ze nie poinformował o tym Czarnego Pana i jego pozycja może się dość mocno zachwiać na co nie możemy sobie pozwolić. A teraz zapraszam na herbatkę. Molly, przyniosłaś szteciki?
Spotkanie wojenne zamieniło sie w towarzyskie. Wszyscy rozmawiali, opowiadali sobie żarty i nawet chłopaki którzy odzyskali juz swoje glosy słuchali żartów Hagrida co chwile wybuchając śmiechem. Luna natomiast stała z boku patrząc na ten zadki ostatnio widok radości jaki panował uśmiechając sie lekko. Podszedł do niej dyrektor.
- O czym myślisz?
- O tym jak cudownie jest patrzeć na radość najbliższych. Tym bardziej ze niewiemy czy będzie następna.
- Będzie ich jeszcze wiele, zobaczysz.
- Jak czuje sie tatuś?
- Bez zmian. Jego stan jest stabilny ale wciaz się nie obudził.
Przytaknęła nie wiedząc co więcej moglaby powiedzieć.
- Albusie, weź jeszcze pasztecika, wiem jak bardzo je lubisz.
Znów została pod sciana sama ale dostrzegła ale po drugiej stronie gabinetu tez stoi ktos samotnie. Malfoy. Z filiżanka herbaty w dłoni podeszła do niego.
- Jak tam?
Ślizgon zdawał sie być zdziwiony faktem ze go zagadnęła.
- Dobrze.
- Lepiej ci gdy już podjąłeś decyzję?
- Tak. O dziwo czuje sie zdecydowanie lepiej pomimo tego ze jesli moja pozycja się wyda prawdopodobnie zostanę zabity.
- Troche wiary w siebie. Spójrz na Snape'a. Od od tylu lat lawiruje miedzy wieczystymi przysięgami i obozami dobra i zła.
- Ale ja nie jestem taki jak on. On to szpieg idealny a ja umiem jedynie sprawiać ludziom przykrość i doprowadzać ich do łez.
Poklepała go po ramieniu.
- Teraz masz nas, a skoro nawet Snape wciąż tu siedzi i pałaszuje kolejnego pasztecika pani Weasley to i ty zmienisz się na lepsze.
- Snape'a dawno by nie bylo gdyby nie to jedzenie. Zreszta tylko na niego spójrz. Wygląda jakby się rozchorował od nagłego natłoku radości i śmiechu.
Roześmiali się a przy ich boku nagle znalazła się pani Weasley wciskając im w dłonie poczęstunek.
- Jedzcie, wyglądacie tak marnie. Szczególnie ty Draco, jakbyś nie jadł od tygodnia. Jak można być tak chudym...
Poszla rozdawać dalej a chłopak ze otwartymi ustami patrzył na trzymany w dłoni wypiek. Luna wzruszyła się. Zapewne nie spodziewał sie ze będzie traktowany jak reszta. Ale mylił sie. Po chwili zjawili sie tez bliźniacy którzy mieli lepiej poukładane w glowie niż ich młodszy brat opowiadając im o nowych wynalazkach które niebawem pojawia się w ich sklepie. Wieczór byl zdecydowanie udany.
Buziaki dla komentujących.
Rozdział XVIII
- Poczekaj chwile Lovegood.
Luna zdarzyła wejść do gabinetu i stanąć przed biurkiem nauczyciela pochylającego się nad jednym z esejów który był juz mocno zamazany czerwonym atramentem profesora a kilka sekund później na końcu pergaminu pojawiło się ogromne 'Troll'. Biedny uczeń. Mężczyzna odłożył prace w miejsce innych juz sprawdzonych i dopiero wtedy zaszczycił ja spojrzeniem. Morderczym spojrzeniem.
- Lovegood, co ty sobie wyobrażasz przychodząc na lekcje do mojego gabinetu w koszuli tak mokrej ze widac twój biustonosz?!
Krzyknął tak mocno ze gdyby w gabinecie bylo okno to szyba na pewno roztrzaskałaby sie w drobny mak, Krukonka rozdziawiła usta nie wiedząc o co mu chodzi do póki nie spojrzała w dół a wtedy jej twarz nabrała koloru piwonii. Wychodząc z zamku nie założyła swetra a deszcz mimo ze lekki to i tak zmoczył jej ubranie czego wczesniej nie zauwazyla. Teraz natomiast świadomość tego ze jej profesor, i to nie byle jaki ale sam Severus Snape mógł zobaczyć przez przylegająca do jej ciała białą koszule jej bieliznę była przytłaczająca. W dodatku akurat dziś musiała mieć na sobie jasno różowy stanik w róże w różnych q różu z przyklejonymi gdzie nie gdzie cyrkoniami. Miała ochotę zapaść się pod ziemie ale z cala gracja jaka zdołała w sobie zebrać wyjęła z kieszeni różdżkę i jednym zaklęciem wysuszyła cale ubranie.
- Minus dwadzieścia pięć punktów Lovegood i szlaban w najbliższą sobotę.
- Przepraszam profesorze.
- Masz za co. Jeszcze nigdy żadna uczennica nie pojawiła się w tym pomieszczeniu w takim stanie. Na przyszłość uważaj bo może się to skończyć dla ciebie jeszcze gorzej.
Jego wzrok potwierdzał te słowa wiec Luna jedynie przytaknęła posyłając mu przepraszający uśmiech.
- No i czego sie tak szczerzysz? Chyba nie po to tu przyszlas? Bierz się za eliksir, za dwie godziny ma być gotowy a jesli stwierdzę że nie jest odpowiedni to możesz pożegnać się z eliksiromegomedycyna.
Zabrała się do pracy wciąż zażenowana faktem jak mogla nie zauważyć ze ten drobny kapuśniaczek jednak zrobił swoje i weszła tu taka mokra. Nagle przyszła jej kolejna, niezbyt pocieszająca myśl. Ile osób widziało ja w takim stanie jak szla korytarzami? Byla zbyt mocno zamyślona o ojcu i Malfoy'u żeby cokolwiek zauważyć. Pozostawała jej wiec nadzieja ze nikt nie zwrócił uwagi na Lune-Pomylune. Zabrała się za kończenie eliksiru nie pozwalając sobie nawet na chwilowe rozkojarzenie. Dopiero gdy sprzątnęła stanowisko pracy i zostało jej jedynie zamieszać miksturę dwanaście razy w stronę przeciwna do wskazówek zegara pozwoliła sobie odpłynąć na chwile myśląc o przyjaciołach. I drugi dzień z rzędu podskoczyła na dźwięk głosu nauczyciela ponownie zapomniawszy o tym ze nie jest sama.
- No i czego mi tu skaczesz znowu? To jakies twoje tancze chwalebne na moja część?
Odwróciła się zszokowana ze mężczyzna stoi tuz za nią. Spojrzała mu w twarz ktora jak zawsze nie wyrażała żadnych emocji. Odsunęła się od kociołka dając mu możliwości sprawdzenia efektów jej pracy. Zamieszał, sprawdził konsystencję, zapach i w końcu grobowym tonem oznajmił.
- Pierwszoroczny lepiej by sobie poradził Lovegood ale i tak spodziewałem sie po tobie czegos gorszego.
Luna wytrzeszczyła oczy. W ustach tego czarodzieja te słowa brzmiały jak najszczersza pochwala nawet pomimo tonu jakim te słowa wypowiedział.
- Dziękuję profesorze.
- Niby za co? Za to ze uznałem ze twój pozom jest gorszy od jedenastolatka?
Miała ochotę uśmiechnąć ale na ten przytyk ale starając się najlepiej jak umiała zachować poważną minę odrzekła.
- Za słowa krytyki.
- A czego sie niby spodziewałaś? Pochwał?
Nie wytrzymała i lekko się uśmiechnęła.
- Mysle ze puki co na nie jeszcze nie zasługuje ale mam nadzieje ze niebawem juz będę.
Bylo to kłamstwo, doskonale wiedziała ze eliksir jest idealny.
- Chyba w twoich snach. A teraz idź mi juz z tad. Jutro o 18.
- Do widzenia profesorze.
Harry razem z Ronem zdarzyli właśnie wczołgać się do Wielkiej Sali i usiąść przy stole gdy usiadł koło nich uśmiechnięty od ucha do ucha Neville.
- Co tam chłopaki? Jak leci?
- Świetnie. Wróciliśmy właśnie od Hagrida. Nigdy bym nie pomyślał ze tak ciężko oswoić hipogryfy! Dwa razy musiałem biec do chatki żeby nie zostac zamordowanym przez te cholerne stworzenia.
- Az tak zle Ron? A jak tobie szli Harry?
- Nie wiele lepiej, ja uciekałem tylko raz - wyszczerzył się sięgając jednocześnie po udko z kurczaka - A jak u Ciebie?
- Super! Cale popołudnie pomagałem w robieniu sadzonek zaklętych sideł.
Ron skrzywił się na wspomnienie z pierwszej klasy ale zaraz zajął się trzecim juz kotletem.
Kilka minut później przyszla też Ginny, zaraz po niej Hermiona a gdy już mieli sie zbierać do wieży pojawiła się Luna która od razu po założeniu zaklęcia przeciw podsłuchiwaniu zaczęła rozmowę z dziewczynami na temat megomedycyny.
- Te zaklęcia są naprawdę bardzo złożone i wystarczy sekunda roztargnienia żeby cos nie wyszło.
- Tak samo z eliksirem. Co kilka sekund zerkałam w instrukcję sprawdzając czy wszystko robię jak należy a podejrzewam ze to byl jeden z prostszych mikstur uzdrawiających.
- Masz racje Luno, ten na zrastanie się kości jest calkiem prosty ale wystarczy ze korzeń afasedyny będzie krojony pod innym o kilka stopni kontem i trzeba zaczynać od nowa.
- A Ty co robisz?
- Przed chwila skonczylam pisac wypracowanie na starożytne runy a za piętnaście minut mam się spotkać z Kingslay'em w pokoju życzeń.
- W czym mu pomagasz?
- Nie wiem dokładnie bo nie było okazji pogadać ale po spotkaniu zakonu mówił coś o przeszukiwaniu akt pracowników ministerstwa. Nie wiem jeszcze po co ale dzis juz będę wszystko wiedzieć.
Zamyśliła się na chwile by spojrzeć na chłopaków z piorunami w oczach.
- A czy wy jesteście nie poważni? Dopiero Luna założyła zaklęcia przeciw podsłuchiwaniu a jestem pewna ze w najlepsze gawędziliście sobie o swoich zadaniach nie martwiąc się ze ściany tez maja uszy! Nauczcie sie wreszcie rozsądku!
Gryfoni popatrzeli po sobie z minami świadczącymi o tym ze żadnemu z nich nawet przez myśl nie przeszło żeby nie rozmawiać na takie tematy tak otwarcie. W końcu Harry obiecał ze to się więcej nie powtórzy a Hermiona po kilku kolejnych ostrych komentarzach odnośnie ich myślenia poszła na spotkanie ze swoim współpracownikiem. Posiedzieli jeszcze kilka minut śmiejąc się z kawałów jakie Harry i Ron usłyszeli od Hagrida po czym każde z nich udalo się na spoczynek.
Ginny siedziala wtulona w ramiona Harry'ego przed kominkiem w pokoju wspólnym. Byli sami, wszyscy poszli juz spać.
- Kocham cie, wiesz o tym, prawda?
- Oczywiście Harry, ja tez cie kocham.
Kochała go, oczywiście ze tak bylo. Ale i tak spieła się wiedzac na jaki temat znów zejdzie ich rozmowa.
- Nie myślisz ze czas aby nasza milosc weszła na nowy etap?
Nie czekając tym razem na jej odpowiedz zaczął całować niecierpliwie jej szyje a ruda lekko westchnęła. Nie czuła się jeszcze gotowa na TEN etap. Nie chciała aby ta wyjątkowa chwila była w pokoju wspólnym gdzie w kazdej chwili pojawić się może jakiś uczeń albo w pustej klasie w stresie ze złapie ich jakiś nauczyciel. Chciała by ta chwila byla idealna, taka ktora chetnie wspominała by przez cale życie a schowala w najmniejszym zakamarku pamięci. Gdy chłopak obślinił jej juz cala szyje tak ze czuła spływające w stronę biustu strużki zaczął wkładać jej rękę pod bluzke.
- Harry, nie. Proszę.
Nie spodziewała sie wyrozumienia z jego strony. Wiedziała co teraz nastąpi.
- Ginny, co jest z toba nie tak. Ciągle cos ci nie pasuje. A to glowa cie boli, a to zmęczona jesteś, a to nie to miejsce...
- Przepraszam, nie jestem jeszcze gotowa.
- A na co jeszcze chcesz być gotowa? Twierdzisz ze mnie kochasz, wiem ze jesteś gotowa w razie potrzeby bronić mnie swoim życiem, ze niezależnie od sytuacji zawsze będziesz przy mnie a nie pozwalasz żebyśmy byli blisko!
- Harry, jestesmy blisko!
- Ginny, jestesmy dorośli. A dla dorosłych ludzi bliskość nie kończy sie na przytulankach i kilku pocałunkach.
Ginny byla sfrustrowana i zła. Zła nie tyle na niego ile na siebie ze wymarzyła sobie idealny pierwszy raz i ciężko bylo jej się pogodzić z tym ze rzeczywistość rzadko jest taka jak nasze marzenie.
- Kocham cie Ginny, ale jestem tez człowiekiem. Człowiekiem który ma swoje potrzeby.
Po tych słowach wstał z sofy i poszedł w stronę dormitorium a Ginny schowała twarz w dłonie które po chwili były mokre od łez.
Luna szla w stronę wielkiej sali na śniadanie gdy po drodze zaczepił ja profesor Lupin.
- Dzień dobry Luno.
- Dzień dobry profesorze. Czy cos się stało?
Rozejrzał się do okola i dopiero gdy upewnił sie ze w korytarzu nie ma nikogo oprócz nich przemówił.
- Nic złego. Dzis o 19 jest zebranie u dyrektora. Mogłabyś przekazać reszcie?
- Oczywiście.
- Dziękuję Ci. A jak idą ci zajęcia pozalekcyjne?
- W rytmie cudownych humorów profesora Snape'a - wilkołak zaśmiał się - ale i tak mogło być gorzej.
- Może, moja droga może. Idź juz na śniadanie.
- Dziękuję profesorze, do zobaczenia.
W wielkiej sali od razu skierowała się do stołu gryffindoru gdzie siedziala juz reszta uczniów z zakonu feniksa. Hermiona machnięciem różdżki przyłączyła ja do rozmowy pod zaklęciem przeciw podsłuchiwaniu.
- Dzis o 19 jest zebranie u dyrektora.
- Skąd wiesz? Cos się stało?
- Nie, profesor Lupin mi powiedział.
- Ciekawe co się stało.
- Oj nie panikuj Ron, jak by to bylo cos poważnego to spotkanie byloby w trybie alarmowym. Pewnie tylko jakies informacje organizacyjne.
Ron wzruszył ramionami i zaczął pochłaniać kolejna porcję jajecznicy. Luna zdarzyła juz sobie nalać herbaty i wrzucić plasterek cytyny gdy spojrzała na Ginny ktora siedziala na przeciwko Harry'ego ale odkąd przyszla nawet nie uniosła głowy znad talerza. Harry tez nawet słowem sie nie odezwał. Złapała spojrzenie Hermiony ktora chyba myślała o tym samym. Znów pokłócili się o TO. Luna pokiwała glowa zastanawiając się co Harry sobie myśli naciskając tak swoja dziewczynę. Czy nie zdaje sobie sprawy w tego ze takimi ciągłymi próbami jeszcze bardziej ja zniechęca? Ugryzła kawałek tosta z dżemem ananasowym popijając herbata.
- Hermiono, jak wczorajsze spotkanie?
- Dobrze. Będę zajmowała się przeglądaniem akt pracowników Ministerstwa którzy być może chcieliby sie do nas przyłączyć. Muszę sprawdzić członków ich rodzin itd aby dowiedzieć sie czy aby nie byli by szpiegami w obozie wroga.
- To bardzo odpowiedzialne zadanie.
- Wiem, moja jedna pomyłka może kosztować czyjeś życie. Nie wiem jak dam sobie z tym rade.
- No wiesz co? Kto jak kto, ale ty nie masz co przejmować się ze w czymkolwiek zawalisz. Zawsze wszystko robisz idealnie.
- Ja? Co ty. W trzeciej klasie na teście zawaliłam przez bogina!!
- A kim byl?
Hermiona lekko się spłoniła.
- Profesor McGonagall mówiąca ze oblałam wszystkie egzaminy.
Luna starała się zachować powagę ale po chwili pękała ze śmiechu razem z reszta gryfonow. Nawet Harry i Ginny lekko się uśmiechnęli. W końcu Ron spojrzał na zegarek i uznał że czas zbierać się na lekcje.
- Dobry wieczór profesorze.
- Czarnowłosy czarodziej spojrzał na nią spod byka i gestem pozwolił wejść do gabinetu.
- Za godzinę jest spotkanie zakonu wiec na eliksir uzdrawiający nie ma czasu. Przygotuj wszystko potrzebne do veritaserum.
Luna zabrała się do roboty i w niecałe 40min wszystko juz bylo gotowe.
- Skonczylam profesorze.
- No to idź juz do dyrektora.
- Dobrze profesorze.
Wyszła z gabinetu kierując się w stronę schodów na parter gdy na swojej drodze spotkala Pansy Parkinson.
- Lovegood, ty tu czego? Nie masz gdzie sie szwendać?
Blondwlosa miała ochotę odpowiedzieć jej żeby pilnowała swojego nosa ale nie chciała zaczynać kłótni która mogłaby skończyć sie walka.
- Wracam ze szlabanu.
Slizgonka zdawała sie być zawiedziona ze nie może się do niej przyczepić przeszła obok niej oczywiście nie zapomniawszy dość mocno potrącić ja ramieniem. Resztę drogi do dyrektora przeszła marząc o gorącym budyniu czekoladowym przed snem. Weszła ostatnia, nawet Snape juz siedział na swoim miejscu.
- Zamknij proszę drzwi Luno.
Wykonawszy polecenie usiadła na ostatnim wolnym krześle i dopiero teraz zauwazyla ze obok starszego czarodzieja stoi nie kto inny jak Draco Malfoy.
- Większość z was na pewno juz się domyśliło po co tu jestesmy. Mamy nowego członka ktorym jest Draco Malfoy. Złożył juz Wieczysta Przysięgę w obecności Severusa Snape'a i Artura Weasley.
Miny większości członków byly zadowolone, ale oczywiście Harry i Ron musieli wyskoczyć ze swoimi jękami.
- On? Przeciez to szpieg!
- Wyda nas wszystkich!
Dumbledore uniusl rękę dając im znak ze maja być cicho a gdy to nie poskutkowalo machnięciem różdżki zabrał im możliwość mówienia.
- Nie tego się po was spodziewałem chłopcy. Ronaldzie na pewno wiesz ze wieczystej przysięgi nie można złamać. Nie chce słyszeć ani słowa odnośnie lojalności pana Malfoya który od dzis jest po naszej stronie. Przysięgaliście posłuszeństwo, nie zapominajcie o tym.
Ostatni argument zdawał sie przemówić do nich najbardziej bo przestali zamaszyście gestykulować rękami w formie protestów.
- Draco będzie w ramach swoich możliwości szpiegować nastoletnich Śmierciożercòw. Natomiast prosiłbym was by oprócz tych spotkań ton jakim dotychczas się do niego odnosiliście nie zmienił się. Jeśli Voldemort dowie sie o tym ze jest jednym z nas Severus będzie miał problemy ze nie poinformował o tym Czarnego Pana i jego pozycja może się dość mocno zachwiać na co nie możemy sobie pozwolić. A teraz zapraszam na herbatkę. Molly, przyniosłaś szteciki?
Spotkanie wojenne zamieniło sie w towarzyskie. Wszyscy rozmawiali, opowiadali sobie żarty i nawet chłopaki którzy odzyskali juz swoje glosy słuchali żartów Hagrida co chwile wybuchając śmiechem. Luna natomiast stała z boku patrząc na ten zadki ostatnio widok radości jaki panował uśmiechając sie lekko. Podszedł do niej dyrektor.
- O czym myślisz?
- O tym jak cudownie jest patrzeć na radość najbliższych. Tym bardziej ze niewiemy czy będzie następna.
- Będzie ich jeszcze wiele, zobaczysz.
- Jak czuje sie tatuś?
- Bez zmian. Jego stan jest stabilny ale wciaz się nie obudził.
Przytaknęła nie wiedząc co więcej moglaby powiedzieć.
- Albusie, weź jeszcze pasztecika, wiem jak bardzo je lubisz.
Znów została pod sciana sama ale dostrzegła ale po drugiej stronie gabinetu tez stoi ktos samotnie. Malfoy. Z filiżanka herbaty w dłoni podeszła do niego.
- Jak tam?
Ślizgon zdawał sie być zdziwiony faktem ze go zagadnęła.
- Dobrze.
- Lepiej ci gdy już podjąłeś decyzję?
- Tak. O dziwo czuje sie zdecydowanie lepiej pomimo tego ze jesli moja pozycja się wyda prawdopodobnie zostanę zabity.
- Troche wiary w siebie. Spójrz na Snape'a. Od od tylu lat lawiruje miedzy wieczystymi przysięgami i obozami dobra i zła.
- Ale ja nie jestem taki jak on. On to szpieg idealny a ja umiem jedynie sprawiać ludziom przykrość i doprowadzać ich do łez.
Poklepała go po ramieniu.
- Teraz masz nas, a skoro nawet Snape wciąż tu siedzi i pałaszuje kolejnego pasztecika pani Weasley to i ty zmienisz się na lepsze.
- Snape'a dawno by nie bylo gdyby nie to jedzenie. Zreszta tylko na niego spójrz. Wygląda jakby się rozchorował od nagłego natłoku radości i śmiechu.
Roześmiali się a przy ich boku nagle znalazła się pani Weasley wciskając im w dłonie poczęstunek.
- Jedzcie, wyglądacie tak marnie. Szczególnie ty Draco, jakbyś nie jadł od tygodnia. Jak można być tak chudym...
Poszla rozdawać dalej a chłopak ze otwartymi ustami patrzył na trzymany w dłoni wypiek. Luna wzruszyła się. Zapewne nie spodziewał sie ze będzie traktowany jak reszta. Ale mylił sie. Po chwili zjawili sie tez bliźniacy którzy mieli lepiej poukładane w glowie niż ich młodszy brat opowiadając im o nowych wynalazkach które niebawem pojawia się w ich sklepie. Wieczór byl zdecydowanie udany.
piątek, 20 lutego 2015
Rozdział XVII
Mam do Was pytanie. Wolicie notki krótsze co 2-3dzień czy może raz w tygodni ale długą? Rozdział pelen przemyśleń i mysle ze troche melancholijny ale jakiś taki dziwny humor mnie dopadł jak go pisałam.
Z dedykacja dla Megi Lumen
Rozdział XVII
Zapukała do gabinetu i po zaproszeniu weszła do środka.
- Witam panno Lovegood. Jak się czujesz?
- Dobrze, dziękuję dyrektorze.
- Zapewne chcialas zapytać o ojca?
- Tak, to tez. Jak się czuje?
- Trudno to określić. W chwili obecnej znajduje sie we snie który mugole nazywają śpiączka. Nie wiadomo ile będzie w takim stanie ale uzdrowiciele mówią ze odwiedziny są jak najbardziej wskazane w takich sytuacjach wiec jesli chcesz to możemy się tam udać nawet dzis po poludniu jednak nie na dluzej niż kilka minut.
- Dziękuję profesorze. Jest cos jeszcze. Co stało się z eliksirem który staraliśmy się stworzyć z profesorem Snape'em?
Starzec uśmiechnął się jak dziadek do swojej wnuczki.
- Wiedziałem ze oto w końcu zapytasz. Eliksiru nie da się stworzyć. Do konkursu startowało ponad 50 grup ale nikomu się nie udalo. W końcu Ministerstwo uznało takowy eliksir za niemożliwy do uwarzenia.
- Szkoda. Mógłby być bardzo pomocny.
- Nie można miec wszystkiego moja droga.
- Mam jeszcze jedno pytanie. Co się wydarzyło w zyciu pani Prince? Jak byłam na misji byla w ciąży...
- Cala jej rodzinę zabili Śmierciożercy, włącznie z nowo narodzonym synem. Nigdy do końca nie pogodziła się z ta strata.
- To straszne. Nawet nie wyobrażam sobie czegos takiego.
- Każdy z nas traci cos w czasie wojny. Dlatego właśnie są one takie straszliwe. O której kończysz zajęcia?
- O 14.30.
- Świetnie. Będę na ciebie czekal.
- Dziękuję profesorze.
Miała juz wychodzić gdy zatrzymał ja jeszcze glos czarodzieja.
- A co do twoich zajęć z megomedycyny to jak najbardziej odbędą się dzis o 16.
- Wiec znów Pan wygrał z profesorem Snape'em? Tak jak wtedy?
- Choc każdy z nas się zmienia, to niektóre kwestie pozostają takie same. Tak jak i w tym przypadku.
- Dziękuję. Do zobaczenia profesorze.
Lekcje przeleciały jej w rozmyślaniach nad losem bibliotekarki. Jak bardzo musiała cierpieć po tym co się wydarzyło... Nie jest w stanie sobie wyobrazić. Nie rozumiała skąd w ludziach bierze się takie zło. No bo czarna magia swoja droga, ale ludzie sięgają po nią z jakiegoś powodu. Na przykład Voldemort. Skąd wzięło się w nim to cale zło? Owszem, miał ciężkie dzieciństwo ale to nie tłumaczy wszystkiego. Większość z nich nie miała lekko. Harry stracił rodziców i większość życia mieszkał z mugolami którzy nienawidzili go za coś na co nie miał wpływu. Neville był wychowywany przez babcie a jego rodzice żyli życiem od którego lepsza byłaby śmierć. U Ginny i Rona nigdy się nie przelewało z pieniędzmi co zawsze wypowiadali im ślizgoni. W jej ramionach umarła jej matka po nieudanym eksperymencie. Nikt nie miał dzieciństwa idealnego. A jednak zadno z nich nie rzuca się z różdżka na drugiego z zamiarem mordu tylko dlatego ze jako dziecko nie miał wymarzonej zabawki. Ilu jeszcze ludzi przez niego zginie? Ilu ludzi zostanie na świecie zupełnie samych? Jak wiele dzieci wychowa się w sierocińcach lub u rodzin swoich zmarłych rodziców? Świadomość wojny i jej ofiar dopadła ja dzisiaj tak mocno jak jeszcze nigdy wczesniej. Spojrzała na Ginny ktora tez wydawała się nie słuchać wykładu profesora Binnsa zatopiona w myślach. Dziewczyna wydawała się wyglądać troche lepiej ale juz nigdy nie będzie mogla wspominać chwil z dzieciństwa bez ukłucia bólu po stracie najstarszego brata. Po ostatniej lekcji powiedziała przyjaciółce gdzie się wybiera i z torba na ramieniu udała się do dyrektora a stamtąd do św.Munga. Nigdy wczesniej nie byla w szpitalu i gdy tylko przeniosła się tam z profesorem proszkiem Fiuu pierwszym co poczuła był zapach sterylnej czystości. Szla korytarzem o błękitnych ścianach mijana przez czarodziei w białych szatach z naręczami fiolek eliksirów, z pokoi dolatywały słowa zaklęć wypowiadane nad pacjentami. Po kilku minutach znaleźli się w prawie pustym korytarzu a profesor otworzył przed nią trzecie drzwi po lewo. Weszła do pokoju o białych ścianach po środku którego stało lóżko ja ktorym leżał jej nieprzytomny ojciec. Poczuła uścisk w gardle na ten widok a w jej oczach pojawiły się łzy.
- Tatusiu.
Nie byla w stanie wypowiedzieć nic więcej. Podeszła do jedynej rodziny jaka miała i uścisnęła jego chłodna dłoń. Rzeczywiście wyglądał jak by spal. Jego twarz byla taka spokojna, wygładziły się zmarszczki w okolicach ust i wyglądał teraz na o wiele młodszego niż był w rzeczywistości.
- Kocham cie tatusiu. Nie martw się o mnie, nic mi nie będzie. Obiecuje omijać glebiwytryski i nosić amulet odstraszający nargle. Mam nadzieje ze niebawem się wybudzisz. Kocham cie. Gdy usłyszała za sobą ciche chrząknięcie dyrektora pocałowała jeszcze ojca w policzek na pożegnanie i otwarłszy łzy z policzków cichutko wyszła z pokoju.
Do zaklęć ze Snape'em miała jeszcze godzinę. W pierwszej chwili miała ochotę zacząć pisać esej o zaklęciach wzmacniających ale przypomniała sobie o testralach. W tym roku szkolnym ani razu ich nie dowiedziała. Zaszła do kuchni po kawałki surowego mięsa i po chwili szla juz przez szkolne błonia w stronę zakazanego lasu. Choc padał kapuśniaczek to bylo bardzo ciepło i Luna zdjęła sweter nie martwiąc się ze jej mundurek na pewno trochę zmoknie. Gdy tylko weszła w las od razu skierowała się na dobrze jej znana dróżkę i po kilku minutach marszu natrafiła na polane na której stali kilka testrali. Gdy tylko zobaczyli ze to ona od razu z krzaków wokół laki wyszły samice z młodymi które popychane przez matki szły w jej kierunku. Z uśmiechem na ustach rozdawała kawałki mięsa młodszym nie zapominając tez oczywiście o karmiących matkach oraz chroniących ich wszystkich odpowiedzialnych ojcach. W końcu stwierdziła ze musi się zbierać jesli nie chce spóźnić się na lekcje megomedycyny. Pożegnawszy się z magicznymi stworzeniami ruszyła w kierunku zamku. Nie uszka nawet kilku kroków gdy usłyszała ze nie jest sama w lesie. Początkowo pomyślała ze to gajowy ale przeciez ten był zajęty oswajaniem hipogryfów które miały stanąć po ich stronie w czasie ostatecznej bitwy. Niewiele myśląc ruszyła w kierunku z którego dochodziły glosy i juz po kilkunastu krokach patrzyła na ślizgona o blond włosach który siedział na jednym z przewróconych konarów drzew z twarzą w dłoniach. Niewiele myśląc wyłoniła się z krzewów w których się skryła i nie zważając na chłopaka który od razu uniósł różdżkę gotowy do walki szla w jego stronę.
- Nie boj się Malfoy. Nie mam zamiaru Cie zabić.
Zamiast odpowiedzieć jakimś zuchwałym komentarzem jak na szlachcica przystało zajął ponownie swoje swoje miejsce tym razem jednak patrząc się przed siebie. Niewiedziała jak to wytłumaczyć ale poprostu czuła czemu on tu siedzi taki samotny. Nie zważając na konsekwencje w razie jak by intuicja ja zawiodła odezwała się.
- Nie jest za późno. Wystarczy jedno twoje slowo. Będziesz chroniony.
Ponownie zasłonił swoja twarz dłońmi.
- Jestem pewna ze dasz rade. W końcu jesteś Wielkim Panem Malfoy. Wiesz gdzie się udać.
Wiedziała ze nie musi mówić nic więcej. Lekko podskakując wróciła do zamku.
Z dedykacja dla Megi Lumen
Rozdział XVII
Zapukała do gabinetu i po zaproszeniu weszła do środka.
- Witam panno Lovegood. Jak się czujesz?
- Dobrze, dziękuję dyrektorze.
- Zapewne chcialas zapytać o ojca?
- Tak, to tez. Jak się czuje?
- Trudno to określić. W chwili obecnej znajduje sie we snie który mugole nazywają śpiączka. Nie wiadomo ile będzie w takim stanie ale uzdrowiciele mówią ze odwiedziny są jak najbardziej wskazane w takich sytuacjach wiec jesli chcesz to możemy się tam udać nawet dzis po poludniu jednak nie na dluzej niż kilka minut.
- Dziękuję profesorze. Jest cos jeszcze. Co stało się z eliksirem który staraliśmy się stworzyć z profesorem Snape'em?
Starzec uśmiechnął się jak dziadek do swojej wnuczki.
- Wiedziałem ze oto w końcu zapytasz. Eliksiru nie da się stworzyć. Do konkursu startowało ponad 50 grup ale nikomu się nie udalo. W końcu Ministerstwo uznało takowy eliksir za niemożliwy do uwarzenia.
- Szkoda. Mógłby być bardzo pomocny.
- Nie można miec wszystkiego moja droga.
- Mam jeszcze jedno pytanie. Co się wydarzyło w zyciu pani Prince? Jak byłam na misji byla w ciąży...
- Cala jej rodzinę zabili Śmierciożercy, włącznie z nowo narodzonym synem. Nigdy do końca nie pogodziła się z ta strata.
- To straszne. Nawet nie wyobrażam sobie czegos takiego.
- Każdy z nas traci cos w czasie wojny. Dlatego właśnie są one takie straszliwe. O której kończysz zajęcia?
- O 14.30.
- Świetnie. Będę na ciebie czekal.
- Dziękuję profesorze.
Miała juz wychodzić gdy zatrzymał ja jeszcze glos czarodzieja.
- A co do twoich zajęć z megomedycyny to jak najbardziej odbędą się dzis o 16.
- Wiec znów Pan wygrał z profesorem Snape'em? Tak jak wtedy?
- Choc każdy z nas się zmienia, to niektóre kwestie pozostają takie same. Tak jak i w tym przypadku.
- Dziękuję. Do zobaczenia profesorze.
Lekcje przeleciały jej w rozmyślaniach nad losem bibliotekarki. Jak bardzo musiała cierpieć po tym co się wydarzyło... Nie jest w stanie sobie wyobrazić. Nie rozumiała skąd w ludziach bierze się takie zło. No bo czarna magia swoja droga, ale ludzie sięgają po nią z jakiegoś powodu. Na przykład Voldemort. Skąd wzięło się w nim to cale zło? Owszem, miał ciężkie dzieciństwo ale to nie tłumaczy wszystkiego. Większość z nich nie miała lekko. Harry stracił rodziców i większość życia mieszkał z mugolami którzy nienawidzili go za coś na co nie miał wpływu. Neville był wychowywany przez babcie a jego rodzice żyli życiem od którego lepsza byłaby śmierć. U Ginny i Rona nigdy się nie przelewało z pieniędzmi co zawsze wypowiadali im ślizgoni. W jej ramionach umarła jej matka po nieudanym eksperymencie. Nikt nie miał dzieciństwa idealnego. A jednak zadno z nich nie rzuca się z różdżka na drugiego z zamiarem mordu tylko dlatego ze jako dziecko nie miał wymarzonej zabawki. Ilu jeszcze ludzi przez niego zginie? Ilu ludzi zostanie na świecie zupełnie samych? Jak wiele dzieci wychowa się w sierocińcach lub u rodzin swoich zmarłych rodziców? Świadomość wojny i jej ofiar dopadła ja dzisiaj tak mocno jak jeszcze nigdy wczesniej. Spojrzała na Ginny ktora tez wydawała się nie słuchać wykładu profesora Binnsa zatopiona w myślach. Dziewczyna wydawała się wyglądać troche lepiej ale juz nigdy nie będzie mogla wspominać chwil z dzieciństwa bez ukłucia bólu po stracie najstarszego brata. Po ostatniej lekcji powiedziała przyjaciółce gdzie się wybiera i z torba na ramieniu udała się do dyrektora a stamtąd do św.Munga. Nigdy wczesniej nie byla w szpitalu i gdy tylko przeniosła się tam z profesorem proszkiem Fiuu pierwszym co poczuła był zapach sterylnej czystości. Szla korytarzem o błękitnych ścianach mijana przez czarodziei w białych szatach z naręczami fiolek eliksirów, z pokoi dolatywały słowa zaklęć wypowiadane nad pacjentami. Po kilku minutach znaleźli się w prawie pustym korytarzu a profesor otworzył przed nią trzecie drzwi po lewo. Weszła do pokoju o białych ścianach po środku którego stało lóżko ja ktorym leżał jej nieprzytomny ojciec. Poczuła uścisk w gardle na ten widok a w jej oczach pojawiły się łzy.
- Tatusiu.
Nie byla w stanie wypowiedzieć nic więcej. Podeszła do jedynej rodziny jaka miała i uścisnęła jego chłodna dłoń. Rzeczywiście wyglądał jak by spal. Jego twarz byla taka spokojna, wygładziły się zmarszczki w okolicach ust i wyglądał teraz na o wiele młodszego niż był w rzeczywistości.
- Kocham cie tatusiu. Nie martw się o mnie, nic mi nie będzie. Obiecuje omijać glebiwytryski i nosić amulet odstraszający nargle. Mam nadzieje ze niebawem się wybudzisz. Kocham cie. Gdy usłyszała za sobą ciche chrząknięcie dyrektora pocałowała jeszcze ojca w policzek na pożegnanie i otwarłszy łzy z policzków cichutko wyszła z pokoju.
Do zaklęć ze Snape'em miała jeszcze godzinę. W pierwszej chwili miała ochotę zacząć pisać esej o zaklęciach wzmacniających ale przypomniała sobie o testralach. W tym roku szkolnym ani razu ich nie dowiedziała. Zaszła do kuchni po kawałki surowego mięsa i po chwili szla juz przez szkolne błonia w stronę zakazanego lasu. Choc padał kapuśniaczek to bylo bardzo ciepło i Luna zdjęła sweter nie martwiąc się ze jej mundurek na pewno trochę zmoknie. Gdy tylko weszła w las od razu skierowała się na dobrze jej znana dróżkę i po kilku minutach marszu natrafiła na polane na której stali kilka testrali. Gdy tylko zobaczyli ze to ona od razu z krzaków wokół laki wyszły samice z młodymi które popychane przez matki szły w jej kierunku. Z uśmiechem na ustach rozdawała kawałki mięsa młodszym nie zapominając tez oczywiście o karmiących matkach oraz chroniących ich wszystkich odpowiedzialnych ojcach. W końcu stwierdziła ze musi się zbierać jesli nie chce spóźnić się na lekcje megomedycyny. Pożegnawszy się z magicznymi stworzeniami ruszyła w kierunku zamku. Nie uszka nawet kilku kroków gdy usłyszała ze nie jest sama w lesie. Początkowo pomyślała ze to gajowy ale przeciez ten był zajęty oswajaniem hipogryfów które miały stanąć po ich stronie w czasie ostatecznej bitwy. Niewiele myśląc ruszyła w kierunku z którego dochodziły glosy i juz po kilkunastu krokach patrzyła na ślizgona o blond włosach który siedział na jednym z przewróconych konarów drzew z twarzą w dłoniach. Niewiele myśląc wyłoniła się z krzewów w których się skryła i nie zważając na chłopaka który od razu uniósł różdżkę gotowy do walki szla w jego stronę.
- Nie boj się Malfoy. Nie mam zamiaru Cie zabić.
Zamiast odpowiedzieć jakimś zuchwałym komentarzem jak na szlachcica przystało zajął ponownie swoje swoje miejsce tym razem jednak patrząc się przed siebie. Niewiedziała jak to wytłumaczyć ale poprostu czuła czemu on tu siedzi taki samotny. Nie zważając na konsekwencje w razie jak by intuicja ja zawiodła odezwała się.
- Nie jest za późno. Wystarczy jedno twoje slowo. Będziesz chroniony.
Ponownie zasłonił swoja twarz dłońmi.
- Jestem pewna ze dasz rade. W końcu jesteś Wielkim Panem Malfoy. Wiesz gdzie się udać.
Wiedziała ze nie musi mówić nic więcej. Lekko podskakując wróciła do zamku.
Subskrybuj:
Posty (Atom)