niedziela, 13 września 2015

Rozdział XXVII

Witajcie!
Choc nie ma tych 5 komentarzy o które prosiłam dodaje nowy rozdział. Choc troche doluje mnie to ze ciężko komukolwiek zostawić choc krótki znak ze czytają. Bo widzę ze blog jest odwiedzany, czasem nawet po 80 wyświetleń dziennie. Mniejsza z tym.
Rozdział dość dlugi, mysle ze wyszedł dobrze. Przepraszam ze nie bylo Hermiony - nie bylam pewna czy chce ich polaczyc. Ale w końcu sie zdecydowałam. Rozważam jeszcze jeden paring, dość nietypowy. Nie wiem czy się nie zgorszycie :P ale i byloby troche wesoło w związku z ta para. Jeszcze zobaczę.
Miłego czytania.


Rozdział XXVII
Luna wpatrywała sie w baldachim. Nie wiedziała od ilo minut, godzin... Nie chciała wiedzieć. Jej ojciec umrze, i to niedługo. A ona nie będzie mogla na to nic poradzić. Miała ochotę umrzeć razem z nim. Jak jego nie będzie to zostanie sama. Calkiem sama.... Kolejna łza splunęła po jej policzku. Nie miała juz sily płakać. Przez ostatnie godziny plakala tak mocno ze jedyne co mogla teraz robic to leżeć i patrzeć w ten przeklęty niebieski baldachim. Choc jej ojciec żył, i z tego co powiedział dyrektor czul sie dobrze ona juz czuła sie jakby przeżywała jego żałobę. A jak jutro spojrzy mu w oczy wiedząc o zbliżającym sie końcu jego zycia? Nie byla w stanie. Poprostu nie mogła. Kolejne łzy spłynęły po jej policzkach. Czuła ze znów nadchodzi kryzys i ze go nie powstrzyma. Myślała ze juz nie ma sil na szloch. Myliła sie. Zawyla w poszuke a jej ostatnia mysla bylo aby jej bol w końcu sie skończył.






Remus otworzył oczy. Świtało, w kominku dogasał ogień. A w jego ramionach leżała Ona. Widac spędzili przytuleni cala noc. Zatopił nos w rudych włosach wdychając jej zapach zastanawiając sie co się tak na prawdę dzieje miedzy nimi. Znal ja odkąd pierwszy raz zaczął nauczać w Hogwarcie. Wtedy ona byla mala dziewczynka, ktora bala sie własnego cienia po tym co wydarzyło się w komnacie tajemnic. I byla taka aż do jej czwartego roku. Wtedy cos sie zmieniło. Stala sie bardziej odważna. Zaczęła sie zmieniać zarówno psychicznie jak i fizycznie. Musial przyznać ze juz wtedy, jako mężczyzna docenial jej urodę. Ale mimo wszystko, dotychczas traktował ja jedynie jako córkę przyjaciół, uczennice. A w tym roku cos sie zmieniło. Zaprzyjaźnili sie. Choć juz wcześniej wiedział ze staje sie kobieta, to dopiero teraz ta świadomość dotarla do niego w stu procentach. Nie byla juz ta przerażona dziewczynka jaka poznał. Była młoda, dzielna, choć nie będąca swoich uczuć kobieta. Upierała sie ze kocha Harry'ego, i nie twierdzi oczywiście ze kłamie. Raczej byl przekonany ze ona sama nie zdaje sobie sprawy z tego ze zwyczajnie uparła sie go kochać. Zaciagnal sie jej zapachem jak narkotykiem. Kiedy stała sie dla niego czymś więcej? Bo nie mógł sie dalej oszukiwać ze to co przy niej czul to jedynie troska a córkę ludzi którzy są dla niego jak rodzina. Teraz, wpolezac na niewygodnej sofie, trzymając ja w ramionach poczuł ze to jest to o czym zawsze marzył. O kobiecie takiej jak Ginny. Ale wraz z ta świadomością dotarła również ta ze nie ma prawa o nią zabiegać. Nawet zapominając o tym ze byla jego uczennica, o różnicy wieku, o jej rodzicach nie mogl zapomnieć o Harry'm który traktował go jak ojca odkąd Syriusz nie żyje, i o Tonks ktora kochala go ponad życie. Po za tym on był starym wilkolakiem, a ona piękna młoda dziewczyna z całym życiem przed nią. Nią miał prawa myśleć o niej jako kimś więcej niż przyjaciółka. Spojrzał na policzki na które opadały jej rzęsy. Z gola w gardle pozwolił sobie na ten jeden pocałunek w czoło. Łza splynela po jego policzku.




- Luna! Budź sie! Ile można spać?
Nie miała sily otworzyc opuchniętych od całonocnego płaczu oczu. I nie chciała. Bo to znaczyło by kolejny dzień. Dzień w ktorym musi stawić czoła ojcu, i przyjaciołom. I który musi przetrwać ze świadomością ze jej ojciec właśnie spedza swoje ostatnie chwile zycia na tym padole.
- Luno Lovegood, kaze Ci w tej chwili otworzyc oczy albo obleje cie zimna woda. Juz minęło południe.
Minęło południe? Jak to możliwe? Pamiętała jak patrzyła w okno gdy niebo stawało sie coraz jaśniejsze. Musiała zasnąć o świcie. Choc bylo jej wszystko jedno czy zostanie oblana zimna woda czy nie otworzyła czerwone oczy a gdy te przyzwyczaiły sie do słońca wpadającego do wierzy zobaczyła zatroskaną twarz przyjaciolki.
- Luna, co się stało?
Przetarla oczy. Nie byla jeszcze gotowa na odpowiedz. Nie wiedziała czy kiedykolwiek będzie.
- Sądząc po twojej desperacji aby mnie obudzić zgaduje ze u ciebie dzialo sie sporo. Jak randka z Harry'm?
- Nie kochana, najpierw ty. Widzę ze musiałaś przepłakać cala noc.
- Ginny, proszę...
Cos w jej oczach musiało przekonać gryfonke bo zaczęła opowiadać. Najciekawsza byla końcówka.
- Gdy sie obudziłam było juz rano a on spal i dopiero jak się ruszyłam to otworzył oczy. Boże to bylo takie niezręczne! A on jedynie wypuścił mnie z ramion, zaproponował herbatę i zachowywał sie jak by nic się wogule nie stalo!!
- A chciałabyś aby zachowywał sie inaczej?
Ginny wpierw pobladła, następnie sie zarumieniła a na koniec posmutniała.
- Nie wiem. Jednej strony tak, z drugiej nie... Oj sama nie wiem! To takie trudne! Kocham Harry'ego, ale Remus tez nie jest mi obojętny. Można kochać dwuch mężczyzn jednocześnie?
- Mysle ze tak. No bo skoro możemy jednocześnie kochać ojca i męża to czemu nie ojca, chłopaka i tego trzeciego? Ale Ginny... Zanim zaczniesz rozważać czy kochasz Harr'ego i Remusa na raz, lepiej rozważ czy kochasz tego pierwszego w ogóle.
Ginny zamyslila sie.
- Kocham Harry'ego. Jestem pewna. Nie wyobrażam sobie zycia bez niego.
- Ja nie wyobrażam sobie zycia bez Ciebie. I kocham Cie. Nie w sposób romantyczny, ale jak siostrę. Na świecie jest wiele rodzajów miłości. I fakt ze nie wyobrażasz sobie zycia bez niego nie znaczy ze to on jest tym jedynym.
Ginny zamilkła przetrawiajac to co powiedziała Luna a ta w tym czasie miała chwile na zastanowienie sie jak powie o tym co się stało w nocy przyjaciołom. Po dobrych kilku minutach ciszy odezwała sie ponownie ruda.
- A co z Toba? Co się stało?
Westchnęła i policzyla w myślach do dziesięciu w nadzieji ze sie uspokoji i z miare normalnie przekaże wiadomość gryfonce. Ale głos ja zawiódł. A wraz z głosem tez oczy z których wypływały łzy, ręce które sie trzesly, i wogule czuła sie jak by jej życie nagle przestało miec sens. Opowiedziała jej cały poprzedni wieczór. Pod koniec Ginny plakala razem z nią. Chwyciła ja w objęcia i razem płakały przytulone aż obie nie miały sil po czym zapadly w sen.


Gdy Ginny sie obudzila byla juz prawie pora obiadowa. Nie spala długo, ale nawet ten krótki czas pozwolił jej na regeneracje i jako takie ułożenie myśli. Kwestie Remusa i Harry'ego musi odłożyć na później. To nie ucieknie. A Lunie trzeba pomuc. Widząc ze dziewczyna ledwo sie trzyma. Spojrzała na twarz blodnynki. Wygladala jakby postarzała sie o przynajmniej 10lat. Sprawę dodatkowo pogarszały podkrążone, czerwone oczy i nos. Dotknęła jej policzka. Tak bardzo jej współczuła. Sama nie dawno straciła brata ale to bylo co innego. W jej przypadku to sie poprostu stało. Za to do Luny.... Nie byla nawet w stanie myśleć jak ta sie czula. Miała świadomość ze jej ojciec na dniach umrze, i nie mogla nic z tym zrobić. Teoretycznie mogla poprosić dyrektora aby nie wysyłał go na misje ale prawda jest taka ze jak jest mu pisane danego dnia umrzeć to umrze nie zależnie czy stanie sie to na polu bitwy czy we własnym łóżku. A sama z doświadczenia wie ze świadomość iż umarł w walce będzie lepsza. Ale nie pozwoli jej odczuć braku rodziny. Nie pozwoli by krukonka została sama. Nie da jej nigdy odczuć samotności. Choćby miała z nią być w dzień i w nocy. Ale teraz musi ja obudzić aby ta cos zjadła. Musi cos zjeść inaczej calkiem opadnie z sil od tego placzu i jeszcze sie odwodni a dzis miała sie spotkać z ojcem. No właśnie. Jak ona spojrzy mu w oczy? Boże, Luna... Postanowiła w ciagu sekundy. Pójdzie razem z nią. Nie może jej zostawić samej. Nie w takiej chwili. I nie może jej pozwolić rozczulać sie nad sobą. Na zalobe jeszcze będzie miała czas.
- Luna, budź sie, juz czas na obiad...




Severus Snape dłubał właśnie widelcem schabowego z mizeria i ziemniakami jakiego miał na talerzu i rozglądał sie po Wielkiej Sali. Od rana nie widział Lovegood. Gdzie ona sie do cholery podziała? Gdy obiad dobiegł prawie końca a jej wciąż nie bylo nie ma co się dziwić ze odetchną z ulga gdy zobaczył ze wchodzi do Sali w towarzystwie Weasley. Jedno spojrzenie i juz wiedział ze dziewczyna cala noc przeplakala. Niech to szlag. Nie powinna robic z sobie teraz zaplakanej rozlazlej kluchy. Zostalo jej kilka ostatnich dni z ojcem, niech je kurwa pozytywnie wykorzysta! Zlosc wzbierala w nim od środka.
- Severusie, co się dzieje?
No tak, na domiar złego Minerwa akurat dzisiaj musiała zauważyć jego wyjątkowo zly humor. Albo inaczej. Zawsze musiała zauważyć jego wyjątkowo zly humor.
- Nic.
- Taa.... A Voldemort zaprosil nas dzisiaj na swój pokaz tanga w parze z Bellatrix.
Postanowił zastosować taktykę pominiecia sarkazmu milczeniem choc wiedział od razu ze to nie ma sensu bo prędzej czy później nauczyczycielka i tak wyciągnie z niego co się stało.
- Severusie, wiesz ze i tak mi powiesz. Czy nie lepiej powiedziec mi o co chodzi bez godzin mojego chodzenia za toba krok w krok do czasu aż mi powiesz? Zaoszczędzisz nam czas i nerwy.
No dobra, niech jej będzie.
- Slyszalas o Lovegood?
Posmutniała w ułamku sekundy. Czyli słyszała.
- Tak wiem. To straszne. Ale czy to cie martwi czy to tylko zmiana tematu żeby odwrócić moja uwagę?
Zerkała na niego podejrzliwie.
- Powinna wykorzystać ten czas co im został lepiej niż sie mazgajac i juz przeżywając zalobe.
Starsza kobieta patrzyla na niego uważnie.
- Tak. Tez tak uważam. Może byś jej to uświadomił?
- Ja? A niby czemu? Jestem opiekunem slizgonow a nie krukonow. Idź z tym do...
- Wiem. Ale wiesz, sporo czasu spędzacie ostatnio razem a z Filckiem nigdy sie zbytnio nie dogadywała.
To akurat fakt. Filck jak zwykli go nazywać inni nauczyciele nigdy nie podzielał zrozumienia Luny do dziwactw jej ojca i jej własnych.
- Mnie tez nie lubi.
- Lubi nie lubi ale na pewno szanuje i ceni twoje zdanie. W końcu pomogłeś jej w tej delikatnej sytuacji z czarna magia. Jestem pewna ze w tej kwesti tez cie posłucha. Porozmawiaj z nią.
Nie odpowiedział, zamiast tego ze złością ukroił schabowego i zaczął go przeżuwać. On, Severus Snape, prawa ręka Czarnego Pana ma niańczyć jakąś małolatę ktora nie może sobie poradzić z czymś co się jeszcze nawet nie stalo? To chyba jakiś żart.




- Lovegood, do gabinetu, za mną.
Luna nie wiedziała co powiedziec. Podłubała trochę obiadu do którego zmusili ja przyjaciele i miała juz iść do dyrektora razem z Ginny ktora zaoferowała sie z nią być gdy przeszkodził im Snape.
- Spoko, poczekam.
Ruda oparła sie o parapet a krukonka ruszyła za czarodziejem w czarnych szatach. Po kilku minutach stała przed jego biurkiem.
- Wezwałem Cie ponieważ chce żebyś sie ogarnęła. Wiem co się stanie. Wiem ze to nie uniknione. Ale wiem tez ze twój ojciec jeszcze żyje to nie powinnaś jeszcze przechodzić żałoby a cieszyć sie z tego czasu co Wam pozostał.
Nie spodziewała sie takich słów z ust nauczyciela eliksirów. Jego glos był łagodny, spokojny, wręcz w. Gdzie podział sie wrzeszczący nieprzyjemny nietoperz z lochów?
- Dziekuje profesorze.
- Obiecaj mi ze nie będziesz na razie myśleć o przyszłości. Porozmawiam z profesorem Dumbledore aby codziennie na godzinę pozwalal ci na widzenia sie z ojcem.
Odebrało jej mowę. Stała jak wryta i nie byla w stanie ani sie odezwać ani ruszyć.
- Nawet nie podziękujesz?
- Dziekuje. Na prawdę. Po prostu sie nie spodziewałam....
- Idź juz. Weasley czeka.
Chciała podejść, przytulic mu i wtedy podziękować ale zrobiła tylko to ostatnie po czym wyszła z gabinetu.




Hermiona siedziała nad pracą domową i poraz pierwszy nie mogla sie na niej skupić. Jej glowa byla zawalona tyloma rzeczami... Tragedia Luny, dokumenty nad którymi pracowała dla Zakonu, egzaminy końcowe, test dla przyszłych aurorow, wojna, w końcu Ron i Kingsley. W sumie w chwili obecnej najbardziej przeszkadzali jej ci ostatni. Ron. Nie wiedziała co z nim zrobić. Chłopak wiedział ze to co jest miedzy nimi jest bez sensu. Ona nie kocha jego, on jej. Po co to dalej ciągnąć? Ale on sie upieral żeby próbowali. No i po co uszczęśliwiać sie na sile? Tym bardziej ze jej uczucia zaczęły kierować sie w kierunku Kingsleya, i wiedziała ze ona tez nie jest mu obojetna? Nie, to bez sensu. Musi koniecznie porozmawiać z Ronem. Zamknęła książki i po raz pierwszy w zyciu wyszla z biblioteki z niedokończoną praca domowa. Rudego znalazła w Pokoju Wspólnym grającego z ponuro wyglądającym Harry'm w szachy czarodziejów.
- Hej Harry! Ron możemy pogadać?
Chłopak posłał czarnowlosemu spojrzenie którego znaczenia nie zrozumiała po czym wstał z fotela i ruszył za nią w stronę jednej z wnęk dających odrobine prywatnosci.
- Tak kochanie?
O Boże. Nazywa ja kochaniem.
- Ron, musimy pogadać.
- No wiem, juz powiedzialas. Tylko nie wiem o czym.
- Jak to o czym? O nas!
- O nas? Przeciez jest cudowne!
Chwycił ja za rękę.
- Nie Ron, wcale nie jest i dobrze o tym wiesz. To co jest pomiędzy nami to nie jest to co staramy sobie wmówić od ponad roku.
- Ale przeciez...
- Przeciez co?
- Przeciez jest nam dobrze w łóżku i wogule...
- Jest nam, czy Tobie dobrze w łóżku? A po drugie, Ron, życie to nie tylko lozko!
- Jak to, zle ci ze mną podczas seksu?!
Hermiona rozejrzała sie po pokoju wspólnym ale nie wydawalo sie aby ktos słyszał jego pełnego wyrzutów pytania. No tak, z jej wypowiedzi zapamiętał tylko to co urazalo jego męskie ego.
- Ron, nawet nie o to chodzi. Nie pasujemy do siebie.
- Co, przemądrzała kujonka nie może być kim takim jak ja? To ze nie znam wszystkich podręczników na pamięć nie znaczy ze nie mogę zapewnić ci szczęścia!
- Ron...
- Co Ron Ron? - podszedł do niej, chwycił ja za rękę i popatrzył w oczy. Wiedział ze zawsze jak to zrobil to ona litowala sie nad nim i ustępowała. Ale ile można? Ile można trwać w związku w ktorym sie być nie chce? Jeszcze miesiąc, rok, cale życie? Może gdyby nie wojna to znów przymknęła by oko i zyla tak dalej. Ale fakt ze śmierć może ja dopaść w kazdej chwili sprawiala ze nie mogla sobie powiedziec 'mam jeszcze czas, może go pokocham'. Nie. Nie chciała umrzeć żałując ze oszukiwala i jego i siebie, i ze przez to bezsensowne kłamstwo nie miała tego czego pragnęła na prawdę. Wziela głęboki oddech i wyrwala dłoń z jego reki.
- Nie Ron. To koniec.
Na jego twarzy malowało sie przerażenie, później niedowierzanie a na koniec złość.
- Masz innego? Spalas z nim? Na pewno. W końcu powiedzialas ze nie jest ci ze mną przyjemnie. Pewnie pierdolil cie lepiej niż ja?!
Zlosc wypełniła ja cala od końców palców u stup aż po końcówki włosów na glowie.
- Ronaldzie, jak możesz?!
- Oczywiście ze mogę! Ma większego? Mój Ci nie wystarcza? A może lepiej Cie lize?!
Trzasła go w twarz i odwróciła sie by odejść. Cały pokój wspólny patrzył na nich. Wszystko słyszeli. Miała ochotę zapaść sie pod ziemie. Chciała uciec do łazienki dziewcząt i płakać do utraty sił tak jak wtedy w pierwszej klasie. Ale zamiast tego z uniesiono wysoko glowa przemierzyła całe pomieszczenie do wyjścia. Ze wszystkich tylko Harry miał odrobine przyzwoitości aby przynajmniej udawać ze jest mega zajęty szachami niż słuchaniem ich kłótni. Nagle uświadomiła sobie ze zawiodła sie nie tylko na Ronie, ale tez na Wybrańcu. Byli przyjaciółmi. Jak mogl tak po prostu sluchać jak jest obrazana? Czemu nawet nie spróbował powstrzymać jej byłego chłopaka? Zawiodła sie na nich obu. Gdy tylko portret za nią zamknął przejścia rzuciła sie pędem w stronę łazienki dziewcząt na trzecim piętrze. Plakala nad upokorzeniem jakie zapewnił jej Weasley i nad utrata przyjaciela, i nad rozczarowaniem nad zachowaniem ich obojga, nad wojna, nad tym wszystkim co się teraz dzialo. Była silna, ale każdy miał chwile słabości. To byla dla niej ta chwila. Chwila kiedy czula ze to wszystko nie ma sensu, ze ma dość walki, dość patrzenia na wszystko w koło, na zło całego świata, kiedy czula ze jedyne czego chce to zasnąć i nigdy sie nie obudzić żeby nie musieć przeżywać kolejnego strasznego dnia. Nie wiedziała ile czasu siedziala na muszli klozetowej wypłakując oczy w papier toaletowy gdy poczuła ze nie jest sama.
- Hermiona?
To była Jęcząca Marta.
- Czesc Marto. Co tam?
Duch patrzył na nią z troska w oczach.
- Nie gorzej niż u Ciebie.
- Ah...
- Nie myśl o tym.
- A wiec juz nawet duchy wiedza?
Kolejne spazmy placzu przeszły przez jej ciało zanim sie uspokoiła.
- Tak. Wiemy. Wiemy ze Ron to gnojek. Nie miał prawa tak z toba rozmawiać nie zależnie od tego co się miedzy wami stalo. Zreszta Prawie Bezglowy Nick i profesor McGonagall juz z nim rozmawiali na ten temat. Teraz wszyscy cie szukają.
- Kto mnie szuka?
- Prawie wszyscy. Ostatni raz widziano cie ponad 5godzin temu jak wychodziłaś z pokoju wspólnego.
Ponad 5godzin? O matko...
- To ja juz chyba pójdę...
- Dobrze zrobisz. Nie żebym nie byla zadowolona ze ktos w końcu mnie odwiedził. Nikt juz nie pamięta starej Jeczacej Marty...
- Dziekuje Ci. I obiecuje wpadać.
- Dzieki. A teraz powodzenia. Kingsley szaleje odkąd dyrektor mu powiedzial ze nigdzie nie mogą cie znaleźć.
- Na prawdę?
- O tak... Och, gdyby mnie ktos tak kochal...
- Kochal? Ale...
- Co ale? On cie kocha glupia! I ty masz być ta mega inteligetna?
- To znaczy zauwazylam ze miedzy nami cos sie dzieje ale...
- No to juz wiesz. A teraz lec do biedaka zanim zacznę zalowac ze nie jestem na twoim miejscu.
Hermiona wyszla z łazienki u ruszyla w stronę gabinetu opiekunki gryfindoru aby wyjaśnić ze nic jej nie jest. Gdy byla juz w pobliżu usłyszała swoje imię.
- Hermiona!
Odwróciła sie w stronę z którego dobiegał glos Kingsleya. Biegł w jej stronę a jego fioletowa szata powiewała za nim niczym u supermena. Dobiegł i od razu chwycił ja w ramiona i całował ją w głowę.
- Hermiono, gdzieś ty sie podziewała tyle godzin?
Spojrzał w jej oczy po czym znów przytulił ja mocno. Czuła jak obsypuje pocałunkami jej włosy. Nie wiedziała co robic aby pokazac mu jak bardzo jej zalezy ale instynkt jej pomógł. Uniosła delikatnie głowę a on nie przestawał zaznaczać jej włosów i twarzy pocałunkami. Az jego usta doszly do jej. Chwycił jej zachłannie z desperacja w posiadanie, wkładając w to cale swoje uczucie do niej. Nie byla mu dlużna. Całowali sie szaleńczo na środku korytarza gdzie każdy mogl ich zobaczyć ale nie zawracali sobie głowy. Liczyła sie tylko ta chwila. Tylko oni, ich przyspieszone serca i oddechy, ich tańczące wspólnie języki. Byli w raju.
















środa, 26 sierpnia 2015

Rozdział XXVI

Oto jestem z nowym rozdziałem. Szczerze mówiąc nie myślałam ze dodam jeszcze cos w tym miesiącu ale odwiedził mnie Pan Wena i oto jest. Troche sie dzieje, mam nadzieje ze wam się spodoba i nie zabijecie mnie ze mecze nasza bohaterke. A z Harry'ego dalej robię gnojka. Może kiedys przestane sie nad nim znęcać.
Liczę na komentarze bo następny rozdział pojawi sie dopiero gdy będą przynajmniej 5.
Buziaki


Rozdział XXVI
Luna siedziała na transmutacji wpatrując sie nieprzytomnym wzrokiem w profesor McGonagall. Wczoraj prawie sie wydała. Jak mogla być taka głupia? Musi uważać. Od wczorajszego wyjścia z gabinetu Snape'a wmawiała sobie ze myśli o wczorajszym wieczorze kręciły sie tylko wokoło tego ze omal sie nie wydala. Ale okłamywała sie. W rzeczywistości myślała o nim. O jego silnych dłoniach zaciskających sie wokół jego nadgarstków gdy prawie na nim leżała (prawie leżała!!!!) o oddechu który prawie czuła na swojej skórze, o twarzy poznaczonych zmarszczkami - o wiele większymi niż te które maja zwykle mężczyźni w jego wieku co bylo zapewne efektem stesu i cala ta podwójną gra - i czarnymi oczami zdającymi sie przeszywac ja na wskroś, obnarzac jej dusze. Tych oczu właśnie najbardziej nie mogla zapomnieć. Nawet nie wiedziała kiedy skończyła sie transumtacja a później zaklęcia i obiad a ona wciąż nie mogla sie pozbyć tych oczu ze swoich myśli. Nagle do miejsca gdzie siedziala pomiędzy Ginny i Harrym którzy wciąż byli w stanie wojny podleciała sowa. Zdziwiona wzięła do reki list zaadresowany do niej dając przy okazji donosicielce kawałek ciastka i wyjela wiadomość.


Zapraszam dzis po obiedzie do mojego gabinetu.
Albus Dumbledore


Pewnie juz wie o jej wczorajszej wpadce. Nie czekając na koniec obiadu zarzula torbe na ramie i ruszyla w stronę gabinetu. Wypowiedziała hasło i z sercem na ramieniu weszla do środka.
- Witam panno Lovegood. Cieszę sie ze juz jesteś. Mam dla ciebie świetną wiadomość.
Tego sie nie spodziewała.
- Tak?
- Twój ojciec sie obudził. Jesli jego stan nie ulegnie zmianie to jutro wypiszą go z Munga.
Minęło kilka sekund zanim do niej dotarło.
- Tatuś? Obudził sie? O Boże...
Łzy radości popłynęły po jej policzkach. Nie mogła zaczerpnąć tchu, a jej pierś przepełniała radość jakiej nie czuła od miesięcy. Jej tatuś zyje i znów jest z nią!
- Mogę go zobaczyć?
- Dzis jest do niestety nie możliwe, dzień wewnetrzy w szpitalu. Przyjdź jutro po poludniu, przeniosę cie prosto do Nory byś mogla sie z nim na spokojne zobaczyć.
- Dziekuje profesorze. Od dawna nie bylam tak szczęśliwa.
- Domyślam sie. A teraz zmykaj, chyba nie chcesz sie spuznic na eliksiry?




Wpadla do sali o ulamek sekundy za późno. Ale nie obchodziło jej to. Nie dzis. Dzis nic, kompletnie nic nie moglo popsuć jej humoru.
- Minus 10 punktów Lovegood.
- Dzień dobry profesorze. Przepraszam za spóźnienie - odpowiedziała radosnym tonem.
- Minus 5 punktów.
Nawet nie zwrucila uwagi na ta stratę. Usiadła rozanielona wpartujac sie w tablice. Lekcja przeleciała jej jeszcze szybciej niż poprzednie. Uwazyla idealny eliksir wesołych nóg za co Snape odjal jej kolejnych 5 punktów. Chyba byl dzis w złym humorze. Jednak ona miała to gdzies. Nic nie sprawi ze będzie sie dzis smucić. Dzis jest najlepszy dzień od kilku dobrych tygodni.
- Luna, cos taka wesola?
- Ginny, uściskaj mnie. Mój tatuś sie wybudzil!!!
Wyszly juz z eliksirów i podarzaly właśnie do biblioteki.
- Na prawdę?! Luna, to cudownie!!!
- Wiem. Jutro sie z nim zobaczę. Juz nie mogę sie doczekać.
- Cieszę sie. Na ktora masz do Snape'a?
Krukonka nie wiedziała co odpowiedzieć. Bo nie wiedziała czy wogule powinna do niego iść. Po tym co wydarzyło sie wczoraj... Ale z drugiej strony najlepiej byloby udawać ze nic sie nie stalo. Jesli będzie sie dziwnie zachowywać tylko wzbudzi jeszcze większe wątpliwości w Mistrzu Eliksrow.
- Na 18 jak zawsze. A Ty jakie plany na dzis?
- Jestem umowiona z Harrym w pokoju życzeń. Ciekawe co przygotuje...




Ginny spojrzała na zegar w Pokoju Wspólnym. Za 2min powinien pojawić sie Harry. Miała wiele wątpliwości co do dzisiejszego wieczoru. Nie wiedziała co tamten przygotuje. A jesli w pokoju życzeń okaże sie być sypialnia? Chyba ucieknie. Nie wie czemu sie opierala. Poprostu czula ze to nie to. Kochala go. Byl jej pierwsza miłością, nie wyobrazala sobie zycia bez niego. Ale jednocześnie cos bylo nie tak. Na poczatku jego ciągle prozby sprawialy ze czula sie wyjątkowo - wybraniec proszacy właśnie nią o ten wyjątkowy wieczór. Później czula sie smutna i zalamana bo wpojone jej wartości nie pozwalaly jej na cos więcej niż pocalunki kiedy w kazdej chwili mogli zostac przylapani. Później nadeszła kolej na olewanie go. Poprostu czekala aż znów pójdzie po rozum do głowy i przestanie naciskać. Ale od kilku dni poprostu sie go bala. Na sama myśl ze zacznie znów natarczywie dotykać jej piersi lub pośladki miała ochotę uciekać. Gdy pomyślała o tym ze znów zacznie obsliniac jej szyje zrobilo jej sie nie dobrze. Kochala go, ale nie mogla. Poprostu nie mogla. Spojrzała na zegar. Powinien sie pojawić minutę temu. Decyzje podjela w ciagu sekundy. Wstala z fotela i juz miała wyjść z wieży gdy uslyszala za sobą glos jej ukochanego.
- Ginny, przepraszam ze sie spuznilem...
Zdecydowala sie pól minuty za późno...




- Proszę.
Powitanie jak to u Snape'a. Stanela na środku gabientu starając sie przywdziać maskę spokoju podczas gdy toczyly sie w niej miliony emocji - radość z odzyskania ojca, przerażenie faktem ze nauczyciel mogl sie czegoś zacząć domyślać, troska o Ginny i jej spotkanie z Harrym... Sporo tego bylo. Jednak mimo wszystko stala z kamienna twarzą i czekala aż profesor da jakiemuś pierwszorocznemu trola i odlozy jego prace na miejsce juz sprawdzonych. Gdy bez słowa wdzial sie za sprawdzanie następnej pracy postanowila sie odezwać.
- Jak sie Pan czuje profesorze?
- Świetnie jak zawsze.
- Po pierwsze chciałam Panu podziękować. Po to przyszłam wczoraj.
Odlozyl pióro i podnisul głowę z nad pergaminu ale wciąż nie odezwał sie słowem.
- Chciałam Panu podziękować za do co Pan zrobil dla tych uczniów. To bylo naprawde szlachetne z Pana strony. A po drugie chciałam przeprosić za moje wczorajsze zachowanie. Poczułam sie nazbyt swobodnie i pewna siebie gdy Pana opatrywalam.
- Wiesz doskonale ze dalbym sobie rade sam.
Szczerze w to watpila ale postanowila ze lepiej w tej kwestii ustąpić.
- Oczywiście profesorze. Jednak w ten sposób chciałam Panu podziękować za to co Pan zrobil i jakie ryzyko wziął na siebie.
Bez słowa przytaknal jakby sie nad czymś zastanawiał.
- Skąd wiedziałaś?
O kurczę. Obiecala nie wkopać Dracona.
- Nie wiedziałam. Przyszłam jak codzien na lekcje. Nie bylo pana wiec posyanowilam poczekać przed klasą. Nie wiem kiedy usnelam. Obudziłam sie dopiero gdy usłyszałam pana w oddali.
Poczula jak wchodzi do jej glowy. Czym prędzej skupila sie na tym by zrekonstruować wspomnienie które byloby odbiciem tego co właśnie powiedziała. I chyba jej sie udalo bo nauczyciel nie drazyl tematu dalej. Wstal od biurka i ruszył w stronę jednej z pulek.
- Dzis zaczniesz dość nietypowy eliksir leczniczy. Musisz wiedzieć ze nie wolno spożywać go częściej niż raz na rok bo jeden z jego składników jest mocno uzalezniajacy ale i mocno lecznicy. Porafi doprowadzić do zdrowia ludzi nawet na granicy zycia i śmierci. Uwazenie go zajmuje ponad miesiąc wiec w międzyczasie będziesz zajmować sie tez innymi eliksirami. Na tronie 714 zajdziesz instrukcje na dzis. Składniki znajdziesz w schowku pierwsza polka od góry w schowku.
Pracowala kilka godzin w skupieniu. Gdy slonczyla bylo juz dobrze po północy. Znów nie zjadła kolacji ale nie czuła sie glodna.
- Cos jeszcze na dzis profesorze?
- Nie, możesz iść spać.
- Dziekuje. Dobran...
Zrobilo jej sie ciemno przed oczami a po sekundzie byla ponownie na polu walki. Kleczala nad cialem mężczyzny podczas gdy wkolo niej blyskaly zaklęcia i wszędzie dało sie słyszeć okrzyki bólu. Nevilowi odalo sie powalić jakiegoś smierciozerce, kawelek dalej Pani Weasley walczyla zaciekle z Bellatrix. W oddali uslyszala krzyk mężczyzny:
- Czarny Pan nadchodzi!!
Okrzyki zadowolenia wydobyly sie spod czarnych masek. Spojrzała na mężczyznę nad ktorym kleczala. Blond włosy zaslanialy mu twarz ale przerażenie zdarzylo ja zalać niczym wodospad. Odslonila włosy i spojrzała w martwe oczy ojca.


Severus spojrzał w stronę dziewczyny ktora urwala w polslowa. Nie zdarzył podbiec by ja złapać jak upadala na podłogę ale gdy tylko znalazł sie kolo zrozumiał co się działo. Miała wizje. I musiała być ona straszna. Z jej oczu wyplywaly rzeki łez, machala rękami we wszystkie możliwe kierunki. Wziął ja w ramiona aby ograniczyć jej możliwość zrobienia krzywdy sobie lub jemu. Ale dopiero gdy usłyszał ten pelen bólu krzyk zrozumiał co widziała i jak straszne to dla niej musiało być.
- Tato!!
Otworzyla szeroko przytomne juz oczy z których zaczely wyplywac jeszcze większe potoki łez.
- On nie żyje!
Wtulila sie w jego ramiona i szlachala. Odruchowo przytulił ja i zaczął glaskac po glowie kolyszac sie w przód i w tyl. Gdy po dobrych kilkunastu minutach nie zapowiadalo sie ze sie uspokoji przywolal fiolkę z eliksirem uspokajającym. Sprubowal ja lekko odsunąć aby dać jej do wypicia ale ona jedynie bardziej sie do niego wtulila.
- Lovegood, wypij to.
Nie planowal zabrzmieć tak surowo. Rozluznila uścisk i bez słowa przechylila fiolkę opróżniając jej zawartość za jednym razem. Po chwili zapytal:
- Lepiej?
- Tak profesorze, dziekuje. I przepraszam.
postanowił nie skomentować ostatniego słowa. Podniusl sie z posadzki, ona zaraz za nim.
- To teraz do dyrektora. Powiesz mu co widziałaś.


Po prawie godzinie wrócił do swoich ukochanych lochów. Dubledore standardowo wysluchal w spokoju wieści na bierzaco trawiąc je i nikomu nic nie mowisc po czym pozwolił jej odejść. Usiadł w fotelu ze szklanka czystej mugolskiej wódki i zanurzyl sie w ponurych myślach. Szkoda mu bylo Lovegood. Ojciec jest jej jedyna rodzina. Jak go straci zostanie sama. Dokladnie tak jak on. Z tym ze ona ma przyjaciol. Na wakacje i swieta pewnie zapraszać ja będzie Molly, a w szkole i tak nie mogla widywać sie z ojcem. Ale z drugiej strony wiedział doskonale ze to sie tylko tak łatwo mówi. Nie plakal jak zmarł mu ojciec. Jedyne czego zalowal to ze mu nie pomógł. Byl wtedy w ostatniej klasie, pojechał na pogrzeb tylko po to żeby miec pewność ze na pewno mugole w szpitalu sie nie pomylili i to właśnie jego ojciec w końcu zszedl z tego świata. Ale z matka rzecz miała sie zupełnie inaczej. Byl w czwartej klasie gdy dowiedział sie ze juz więcej jej nie zobaczy. Plakal kilka dni choc oczywiście nie dal nikomu po sobie poznać jak bardzo kochal matkę. To byl jeden z najgorszych okresów w jego zyciu. Nigdy nie przestanie za nią tęsknić. On stracił jednego rodzica którego kochal, ona niebawem straci drugiego. Wychylił szklankę i pozbył sie jej zawartości na dwa łyki i od razu nalał sobie drugiego drinka. Spojrzał na zegar. Byla prawie druga w nocy. Pomimo zmęczenia wiedział ze nie uda mu sie zasnąć. Niepotrzebnie zatopil sie we wspomnieniach o matce. Dopiero gdy butelka byla pusta pograzyl sie we snie.


Ginny przerażona patrzyła na widok przed sobą. Ogromne lóżko z czerwona satynowa posciela, stolik z butelka Ognistej i dwoma szklankami, drzwi prowadzące zapewne do łazienki. A wiec to byl jego plan. Upić ja, a następnie wykorzystać jej chwila niepoczytalność. W ciagu kilku sekund jej zlosc urosla do rozmiarów ośmiornicy z jeziora nieopodal szkoły.
- Harry Potterze! A wiec to jest twój plan? Upić mnie a następnie przeleciec? Jak możesz?
Chłopak wyglądał na zdezorientowanego. Na pewno nie spodziewał sie ze od razu przejrzy jego pomyśl.
- Ja...
- No co ty, no co?
- Ja myślałem ze może poprostu wypijemy a później zobaczymy co z tego...
- Nic z tego nie wyjdzie bo ja wychodzę! Nie myślałam ze jesteś az takim idiota. Z kim ja wogule jestem? Z chłopcem który myśli ze tania sztuczka zaliczy dziewczynę?
- Ginny ja przepraszam nie powinieniem...
- Oczywiście ze nie! Ale stalo sie! Nie chce Cie widzieć!
Wyszła z pokoju życzeń trzaskając drzwiami. Nie miała ochoty oglądać go przez resztę swojego zycia. Jak on smial? Złość emanowała z niej na kilometr. Nie byla w stanie myśleć, nie wiedziała nawet gdzie tak pędzi korytarzami i schodami do puki nie stanęła przed drzwiami do gabinetu Lupina. Nie powinna tu przychodzić. Nie powinna widywać sie z nim sam na sam. Wzięła kilka głębokich oddechów i miała juz odchodzić gdy drzwi przed nią otworzyły sie.
- Witaj Ginny. Cos sie stalo?
Zaniemówiła na chwile. Nie myślała ze wyczuje jej obecność za drzwiami.
- Tak.. Nie... Nie powinnam ci przeszkadzać, juz późno lepiej...
- Widzę ze cos sie stalo. Wejdz, powiedz mi na spokojne.
Zaparzył herbatę z cytryną, posadził ja na sofie przed kominkiem i dopiero wtedy zapytał co się stało. Powiedziała mu wszystko. Wysłuchał jej w milczeniu i zachował je jeszcze dobrych kilka minut po tym jak skończyła.
- Nie myślałem ze jest do tego zdolny.
- Ja tez nie.
- Teraz juz nie wiem co ci doradzić. Starałem ci się pomóc jak tylko mogłem ale na jego dzisiejsze zachowanie nie mam słów. Ginny wiem ze go kochasz ale obawiam sie ze powinnaś zmienić chłopaka. Harry jeszcze nie dojrzał do związku.
- Wiem Remusie, ale nie potrafię go zostawić. Nie jestem w stanie. Kocham odkąd zobaczyłam go w naszym domu po raz pierwszy i chyba nigdy nie przestane. Ale z drugiej strony nie zniosę takiego traktowania. Nie wiem co robic...
Schowała twarz w dłoniach. Złość ustąpiła miejsca uczuciu zawodu, rozczarowania, braku sensu tego wszystkiego co się miedzy nimi działo...
- To moja wina...
Łzy same zaczely spływać po jej policzkach.
- Nie Ginny. To nie jest twoja wina. Poprostu nie jesteś jeszcze gotowa. Choc, przytul sie i uspokuj...
Wziął ja w ramiona i wpatrywał sie w płomienie czekając aż ruda sie ospokoji. Ona natomiast poczuła sie bezpiecznie i tak spokojnie... Zadno z nich nie wiedziało kiedy zapadlo w sen.










































środa, 5 sierpnia 2015

Rozdział XXV

Witajcie!
Wracam po prawie miesiącu przerwy z nowym rozdziałem. Wiem, dlugo musieliście czekać ale mam nadzieje ze długość rozdzialo i to co się w nim dzieje wynagrodzi wam jakos to czekanie.
Co do błędów - na prawdę nie mam sily ich poprawiać dlatego tez naprawde zalezy mi zeby ktos zglosil sie na moja betę. Będę na prawdę bardzo wdzięczna.
Buziaki




Rozdział XXV
Po raz kolejny caly Zakon Feniksa został zebrany w trybie alarmowym i właśnie siedzieli juz wszyscy z wyjątkiem Severusa który został wezwany czekali na to co powie dyrektor.
- Porwano trzech pierwszorocznych, wszyscy z mugolskich rodzin.
Po gabinecie rozległ sie szum przerażenia.
- Jak to możliwe? Hogwart to najbezpieczniejsze miejsce w calej Anglii!
- Fred, mysle ze juz nie. Komuś musiało udać sie przedostać przez nasze zaklęcia ochronne.
- Albusie, a może korytarz prowadzący do Wrzeszczacej Chaty? - glos Lupina był pelen bólu jak by juz obwiniał sie za to ze ten tunel powstał z jego powodu i został wykorzystany przez smierciozercow.
- Nie. Luna mówiła ze uciekali w stronę Zakazanego Lasu.
- Ron, ale mogli sie tam tylko ukryć na kilka chwil i wtedy pobiec do tunelu.
Gdy tylko zobaczyła znikające postacie w Zakazanym Lesie od razu pobiegła do dyrektora który zwołał zebranie.
- Wątpię żeby byli tak inteligetni...
- To ze nie pomyślałeś o tym nie znaczy ze w naszych szeregach mamy takich samych idiotów jak ty Weasley.
Drzwi do pomieszczenia otworzyły sie i stanął w nich Severus Snape.
- Witaj Severusie. Jakie masz dla nas wieści?
- Czarny Pan kazał porwać troje uczniów z mugolskich rodzin w nadzieji ze dasz sie namówić na wymianę.
W gabinecie zapadła cisza.
- Ja pójdę.
- Nie Remusie, nie pozwolę ci... - w glosie Tonks słychać było przerażenie.
- Dora, to moja....
- Po pierwsze Lupin to nie twoja wina wiec nie użalaj sie nad sobą bo to obrzydliwe. Każdy z nas mógł pomyśleć o zabezpieczeniu tunelu. A po drugie co Czarny Pan miałby z posiadania ciebie? Może miec tylu wilkolakow ile mu sie zamarzy wiec po co byłbyś mu ty, obdarty mierny nauczyciel.
- Zatem kogo chce dostać Voldemort?
Snape rozejrzał sie po twarzach zebranych jakby sprawdzając czy są gotowi na taka informacje.
- Minerwę, Nevilla Longbottoma i Ginny Weasley.
Wszyscy zbladli a przez gabinet przeszedł szloch Pani Weasley.
- Tylko nie moja Ginny, po co mu ona...
Schowala sie w ramionach męża aby kilka sekund później podbiec do jedynej córki i objąć ja ze wszystkich sil. Ginny jedynie stala i nic nie mowila jakby byla w głębokim szoku. Jej twarz wyrażała niedowierzanie.
- Po co nas....?
- To proste. Z toba Weasley ma pewne polaczenie. Gdy bylas pod jego wpływem w pierwszej klasie w pewien niewytłumaczalny sposób zostaliscie razem związani a ta cienka nic nie została zerwana do dzis. Longbottoma chce dla czystej zabawy, a Minerwę... Sentyment.
Nauczycielka transmutacji wyglądała na oburzoną i przerazona jednocześnie.
- Co? Ale przeciez...
- To ze Czarny Pan umarł i zmartwychwstał nie znaczy ze nie pamięta szkolnych lat.
Pierwszy raz dzisiejszego wieczoru odezwał sie Harry.
- Pani profesor...
- Mysle ze to pytanie nie na miejscu Harry - upomniał go delikatnie nauczyciel zaklęć.
- Jak najbardziej na miejscu. Maja prawo wiedzieć - powiedziała Minerwa patrząc w nieokreślony punkt na ścianie - przyjaźniłam sie z nim w czasie szkolnych lat. Oczywiście nie wiedziałam o jego mrocznych planach, horkruksach ani morderstwach które popelnial juz wtedy podczas wakacji. W ostatnim roku przez chwile z jego strony to bylo cos więcej niż przyjaźń ale wtedy spotykalam sie juz ze swoim pierwszym mężem wiec dalam mu kosza. Od tamtego dnia juz nigdy więcej nie rozmawialismy.
- Spotykała sie Pani z Voldemortem?!
Luna miała wrażenie ze gałki oczne Rona nie dalej niż za pól minuty wypadną i potoczą sie po podłodze.
- Nie, nie z Voldemortem. Przyjaźniłam sie z Tomem.
 - Panie Weasley proszę zebrać szczękę z podłogi i nie zadawać głupich pytań albo odejmę Panu punkty.
Słowa wypłynęły z ust Mistrza eliksirów. Krukonka nie podejrzewała ze ktos taki jak on stanie w obronie kobiety, a juz na pewno nie gryfonki.
- Nie jestesmy tu po to aby roztrząsać przeszłość ale by myśleć o tu i teraz - przywrócił ich wszystkich do porządku Dumbledore - a jesli chodzi o wymianę. Co sie stanie jesli sie nie zgodzę?
- Bellatrix dostanie ich równo za 24h do zabawy aż w końcu ich zabije.
Pani Weasley i Tonks otwarcie płakały pociągając nosem, padło tez kilka soczystych przekleństw.
- Jestem gotowa.
Wszyscy spojrzeli na Ginny której matka z niedowierzaniem patrzyła na córkę.
- Ginny nie możesz! Nie pozwalam...!
- Ja tez.
Tym razem usłyszeli glos Nevilla.
- Czy wyście stracili zmysly?! Albusie nie możesz do tego dopuścić!
- To mamy pozwolić na to żeby te dzieci zginęły?! Mamo, one tez maja rodziców, rodzeństwo i rodzinę ktora będzie ich opłakiwała!
- Ale Ginny...
- Cisza. Severusie, czy można wytargować z Voldemortem ze weźmie tylko mnie w zamian za życie tamtych dzieci?
Luna obserwowała uważnie twarz nauczyciela. Na pierwszy zut oka była jego standardowa maska, jednak Luna zobaczyła coś jeszcze. Ból.
- Nie. Albo cala trojka pójdzie albo tamci zgina. To jak Albusie?
Oczy wszystkich spoczęły na starszym mężczyźnie. Blondynka patrzyła na niego nawet nie próbując zastanowić sie co ona zrobiłaby na jego miejscu. Wybierać miedzy życiami, decydować kto ma prawo do następnego dnia a kto nie... Nie byłaby w stanie.
-. Wy wiecie o wiele więcej niż tamte dzieciaki. Nie możemy ryzykować. Wymiany nie będzie.
Nikt sie nie cieszył. Bo i z czego. Ostatecznie i tak ktos zginie. Nie zależnie od tego co zrobia.


Tej nocy Luna nie przespała. Spędziła ja wypłakując sie w poduszkę. Na drugi dzień nie miała sily nawet wstac choc wiedziała ze musi. Miała do napisania trzy eseje. W oczach ponownie zebrały jej sie łzy. Tamte dzieci za kilka godzin będą wily sie kilkanaście dni z bólu zanim umrą a ona musi sie martwic o referat na zielarstwo. Czemu świat jest taki niesprawiedliwy?




Znów byla w lochach warząc eliksir prawdy. Spojrzała na zegarek. Za trzy godziny minie doba od porwania pierwszorocznych. Na sama myśl poczuła w gardle ogromna gule a pod jej powiekami zebrały sie łzy. Jedna właśnie splynela po policzku.
- Nie płacz Lovegood, mamy wojnę.
- To nie jest powód!
- Oczywiście ze jest. Kończ ten eliksir jestem zaproszony na przyjęcie do Malfoy Manor.
To jak mówił o przyjęciu sprawilo ze w Lunie cos peklo. Jak mogl myśleć o dzikiej imprezie w rytm krzyków niewinnych dzieci?!
- Jak możesz?! Przyjęcie? Czy ty nie masz serca? Jak możesz wogule myslec o czymś takim wiedząc ze kilka metrów dalej te dzieciaki będą umierały z bolu?! No tak, co cie to interesuje. Grunt ze ty zechlasz sie w trupa i będziesz sie dobrze bawil co?!
Nigdy nie wypowiedziała by na trzeźwo tych słów. Nie nie byla pijana. Byla tak zrozpaczona tym co sie wokół niej dzieje. Umierali ludzie a ona wazyla eliksir, on szedł na imprezę a Dumbledore siedział w swoim gabinecie i z fotela zadzil ich zyciami. A ona nie mogla zrobić nic oprócz stania tu i wydzierania sie na niego.
- To co twoim zdaniem powinienem zrobić?
- Niewiem, cokolwiek! Na pewno da się cos zrobić żeby ich uratować! To tylko niewinne dzieci! Czemu to wlasne one muszą być ofiarami tej wojny?!
- Nie są ani pierwszymi ani ostatnimi. To jest wojna a nie zabawa w chowanego. Zrozum to wreszcie.
- Nie mogę, nie chce....!
Łzy splywaly jej jedna za druga po policzkach tworząc istne rzeki bólu a ona cala sie trzesla i nie byla juz w stanie wypowiedzieć ani słowa. Po kilku sekundach znów byla w jego ramionach, silnych bezpiecznych ramionach. Wtulila sie w nie i plakala.






- Co zrobilas?!
Krukonka z Gryfonka siedziały w bibliotece przeglądając księgi które pomogly by im w referacie na zaklęcia.
- Wiem Ginny, nie powinnam. Nie wiem co mnie napadlo naprawde. Nie chciałam tak na niego nakrzyczeć ale... Sama nie wiem.
- Nie chodzi o to ze na niego nakrzyczalas. Każdemu czasem puszczają nerwy, nawet tobie - ostoi inteligencji i spokoju - ale jak to możliwe ze jeszcze żyjesz?
- Sama nie wiem. Pocieszyl mnie i nie pozwolił mi dokończyć eliksiru twierdząc ze cos popsuje bo jestem za mocno roztrzęsiona, odjal mi 20 punktów i wyslal do wieży.
Ginny patrzyla na nią oczami wielkimi jak spodki.
- Pocieszyl Cie?
- No tak.
Luna czula ze za chwile jej policzki obleje rumieniec i choc starala sie go opanować i zywic nadzieje ze przyjaciolka nie dopyta jak ja pocieszal to ta juz otwierala usta.
- Jak? Wybacz te pytania ale chyba nikt w zamku nigdy nie widział pocieszającego nietoperza.
- On no... Przytulił mnie.
Jesli Luna myślała wczesniej ze twarz rudej nie moze wyrażać większego zdziwienia to teraz wiedziała ze sie mylila. Na dobra minutę zabrakło jej słów.
- Przytulił Cie? O boże Luna, czy miedzy Wami...
- Nie. Oczywiście ze nie. Ale chyba poprostu nie jest tak nieczuly jak sie nam wszystkim wydaje.
- No proszę. Snape topniejący w obliczu kobiecych łez. To zupełnie do niego nie pasuje.
- Wiem.
- Tylko nie mów nic chłopakom, oni go zabija za to ze prubowal cie tknąć opuszkiem palca a co dopiero pocieszać i przytulać.
- Nie powiem. Wiem ze zle zby sie to skonczylo. A co z toba i Harry'm?
- Po kilku dniach wyjątkowego zrozumienia powrucil do starych zwyczajów.
- Znowu się kluciliscie?
- Tak, ale nie ma co się martwic. Ciągle sie klucimy. Nic nowego.
- I ciągle o to samo.
- Niestety... Luna ja na prawdę tak nie mogę. Ciągle sprzeczki i klutnie i zawsze o to samo. Ja wiem ze to facet ze on potrzebuj ale przeciez mogłabym go zadowolić w inny sposób.
- Proponowalas mu to?
- Owszem! I wiesz co on na to? Ze reka to on sam może sobie zrobić.
Luna nie miała juz pomysłów co doradzić przyjaciółce. Gdy tylko zaczęli sie o to klucic dziewczyna byla zalamana plakala, teraz juz teraz byla tylko zła lub zrezygnowana po kolejnych prubach tłumaczenia. Blondynka ja oczywiście rozumiala. Jej matka zmarla zanim jeszcze przyszla do Hogwartu ale to nie znaczy ze nie miała wpojonych podstawowych wartości. Wszystkiego co powinna wiedzieć mloda czarownica dowiedziała sie z pamiętników jakie pisala jej matka.
- A co z profesorem Lupinem?
Ginny prubowala udawać ze nie wie o co chodzi ale Luna wiedziała.
- Nie udawaj. Wczesniej chetnie rozmawialiście i czuliscie sie swobodnie w soim towarzystwie. Widziałam Was wczoraj. Nawet na siebie nie spojrzeliscie a co dopiero przywitać sie. Czuć ze miedzy Wami cos sie stalo. Pokluciliscie sie?
Widac bylo ze dziewczyna walczyla ze sobą przez chwile zanim wypowiedziała słowa których blondyna zupełnie sie nie spodziewala.
- Prawie go pocalowalam.
Zatkalo ja.
- Ale jak...?
- Niewiem! Uzalalam mu sie ze znów poklucilam sie z Harry'm, wypiliśmy po kremowym piwie i w pewnym momencie dotarlo do mnie ze zastanawiam sie jakby to bylo pocalowac go!
- Oj....
- Wiem, proszę nie komentuj. To sie juz nie powtórzy. Postanowilam trzymać sie zdala od niego. Koniec ze wspólnymi wieczorami, koniec z urzalaniem mu sie, koniec spotkań sam na sam.
- Ale...
- Nie Luna. Koniec tematu. Nie chce o tym rozmawiać. A teraz bierzmy sie do roboty bo nie wyjdziemy stad do jutra rana w tym tepie...




Krukonka od dobrych kilku minut stala przed wejściem do sali eliksirów zastanawiajac sie gdzie sie podział mistrz. Co prawda wczoraj jak wychodzila to nie kazał jej dzis przyjść ale po tylu tygodniach ich codziennych spotkań nie wydawalo sie to koniecznie. A teraz go nie ma. Luna postanowila poczekac jeszcze dziesięć minut kiedy uslyszala czyjeś kroki. Po chwili dostrzegla Dracona idącego w jej stronę.
- Hej Draco.
- Czesc Luna. Co tu robisz?
- Czekam na profesora Snape'a.
- Kazał ci dzisiaj przyjść?
- Nie, ale zalozylam ze...
- To zle zalozylas. Po tym co zrobil wczoraj dostal....
Chłopak urwal zmieszany ze wogule zaczął ten temat. Prubowal cos ukryć.
- Co wczoraj zrobil?
- Ja nie powinienem... - prubowal odejść ale chwycila go za rękaw.
- Proszę...
Po chwili ktora trwala wieczność w końcu zdecydował sie odpowiedzieć.
- Tylko nikomu ani słowa.
- Dobrze.
- Wczoraj moja ciotka miala torturowac a później zabić trójkę porwanych uczniów. Gdy zostali wezwani na ring okazalo sie ze nie żyją. Snape podal im truciznę ktora zapewnila im bezbolesna śmierć w ciagu minuty. Czarnemu Panu powiedzial ze to byl rozkaz Dumbledore. Teraz właśnie jest karany za to co zrobil.
- Co? Karany?
- Tak. Sprzeciwił sie woli Czarnego Pana. Oczywiście ze jest ukarany. Ale nie martw sie, Voldemort nie zabije jedynej osoby ktora wie co się dzieje w drużynie dobra.
I odszedł a Lune zalala fala strachu o profesora ale tez dumy za to co zrobił. Nie pozwolił tamtym dzieciakom umrzeć w męczarniach za co sam teraz balansuje na granicy zycia i śmierci. Osunela sie po ścianie na zimna posadzkę. Byla mu wdzieczna za to co zrobil dla tych niewinnych istot. Ale nie zasluzyl sobie na cierpnienie. A ona winna mu jest przeprosiny. Obecność na przyjęciu byla tylko pretekstem aby dostać sie do piwnic gdzie trzymani są więźniowie. Poczeka tu aż jej profesor wróci, przeprosi go a później zajmie sie nim jesli będzie potrzebował opieki.


Bylo juz dobrze po północy gdy uslyszala szum w końcu korytarza swiadczacy o tym ze ktos nadchodzi. Szybko podniosła sie z posadzki i ruszyla w kierunku z którego dochodzily glosy. To co zobaczyla sprawilo ze zachwialo jej sie w glowie. Jej nauczyciel szedł o lasce, powluczac za sobą lewa noge ktora wygladala na zmiazdzona, włosy miał posklejane krwią ktora byla rozniez na posiniaczonej twarzy, szaty byly porozrywane jakby szarpal je wsciekly pies a pod nimi byly rany których choc nie widziała to byla pewna.
- Profesorze Snape, juz biegnę po pielegniarke...
- Minus 20 punktów za szwendanie sie nocą po szkole.
- Dobrze, tylko przyprowadzę...
- Ani mi sie waz. Potrzebuje jedynie kilka eliksirów i odrobine odpoczynku nie jestem przeciez umierający.
Słychać bylo ze próbuje zamaskować ból w głosie ale nie do końca mu sie to udalo.
- A właśnie ze Pan jest!
- Zmiataj stad do swojej wierzy albo odejmę Ravenclow 50 punktów.
- Proszę bardzo. Może być i sto. Ale nie zostawie tu Pana. Idziemy.
Chciała wsiąść go za ramie i pomóc pokonać ostatnie metry do sali lekcyjnej ale oczywiście sie nie zgodził.
- Nie rob ze mnie kaleki. Jak juz mocno chcesz to zostac ale nie pozwolę żebyś ciągnęła mnie na plecach do lozka!
Pozwoliła mu by sam doszedł do sypialni gdzie pomogła mu zdjąć szate i buty tak ze został teraz jedynie w czarnej koszuli i spodniach.
- Proszę poczekać przyniose wode i niezbędne eliksiry.
- Nie pozwolę żeby taka łamaga jak ty dotykała moich cennych....
Nie usłyszała końcówki wypowiedzi. Nie chciała usłyszeć. Bez zastanowienia sie weszła do jego schowka i wyjęła potrzebne miktury po czym przyszykowała miskę z wodą i gazami i zaklęciem przeniosła to wszystko do sypialni. Profesor siedział na łóżku w dokladnie tym samym miejscu w ktorym go zostawila.
- Teraz możesz juz iść. Poradzę sobie.
Ta uwagę również puszczając w niepamięć namoczyła gaze i podeszła na tyle blisko aby móc zmyć krew z twarzy i włosów ktora byla efektem rozcięcia nad brwią i rozwalonej wargi. Uniosła delikatnie jego twarz do góry aby lepiej i wiedzieć i moc najdelikatniej jak sie tylko da oczyścić usta z zaschniętej krwi bez naruszenia rany. Patrzyła na jego usta, i dziwo stwierdziła ze są wyjątkowo dobrze skrojone, a dotykając ich dowiedziała sie ze ja niezwykle miekie, wręcz jedwabne. Czuła na sobie jego wzrok ale robila co tylko mogla by nie spojrzeć mu w oczy. Wtedy stało by sie to wszystko za bardzo intymne.
- Twarz gotowa. Teraz eliksiry na zrośnięcie sie nogi i zniknięcie siniaków.
- A czy inteligetna Panna Lovegood nie powinna najpierw podać eliksirów?
Jego wypowiedz ociekała wręcz sarkazmem.
- Nie. Na ustach miał Pan krew a eliksir na zrastające kości zmienił by swoja właściwość po kontakcie z nią.
Przeszył ja wzrokiem ale posłusznie wypił eliksir.
- Koniec. Idź do siebie.
- Jeszcze nie skonczylam - wymownie spojrzała na podarta koszule.
- Poradzę sobie sam juz mówiłem.
- A ja mówiłam ze pomogę. Proszę mi sie nie sprzeciwiać. Na plecach sam sobie pan krwi nie zmyje.
Ten argument zdaje sie wydal mu sie na tyle rozsądny ze zdjął koszulę i delikatnie odwrócił sie do niej tylem. Luna wciągnęła głośno powietrze. Cale plecy byly pokryte rozcięciami jak od pazurów.
- Tak szybko wymiękasz Panno Lovegood?
Musiała wsiąść sie w garść.
- Skąd ze znowu. Przeciez to tylko niewielkie zadrapania nie prawdaż?
Teraz to jej glos byl pełen sarkazmu. Wzięła do ręki różdżkę i zaczęła szeptać zaklęcia gojące. Po kilku minutach na plecach byly widoczne juz tylko prawie zasklepniete rany a po kolejnych pięciu plecy byly tez czyste z krwi. Zaklęciem wymieniła wode w misce na czystą.
-  A teraz przod.
- Nie ma mowy. Idź sobie.
Silny eliksir przeciw bólowy zaczął już zapewne działać bo glos profesora byl zamroczony tak samo jak wzrok.
- Nie pytalam o zgodę.
Obróciła go w swoja stronę i powtórzyła czynności jakie wykonywała przy plecach. O ile plecy byly gładkie bez choćby jednego włosa tak klatę pokrywały tysiące skręconych czarnych włosków. Luna nie mogla oderwać wzroku. Choc to okropne z jej strony to starała sie przedłużyć czyszczenie z krwi tej cudnej klaty aby miec możliwość sie na patrzeć.
- Proszę sie położyć.
- Mówiłem juz ze sobie poradzę - jego glos byl jeszcze bardziej zamroczony i senny. Ten człowiek to dopiero ma samozaparcie w darzeniu do swoich celów... Zaczęła oczyszczać kolejne rozcięcie.
- No wie Pan co taki Pan dorosły a dalej Zosia Samosia.
Słowa które powiedziała dotarły do niej za późno. Severus natychmiastowo ocknął sie z letargu, chwycił ja za ramie i pociągną ja w swoja stronę tak ze opadła polowa ciałem na lóżko a połowa na jego. Ich twarze dzieliło zaledwie kilka cali, a ona mogła sie przyjrzeć jego kazdej zmarszczce. Jego twarz byla maska jaka przybierał gdy nie chciał by ktos odgadł jego uczucia. Tylko oczy świdrowały ja dogłębnie.
- Coś ty powiedziała?
- Ja... Przepraszam. Tak mi sie jakos powiedziało. Moja mamusia zawsze tak do mnie mówiła jak chciałam koniecznie zrobić cos sama.
Nie wiedziała czy jej uwierzył. Dalej świdrował ja wzrokiem a ona nie śmiała nawet drgnąć. W pewnej chwili zdala sobie sprawę z tego w jak dwuznacznej pozycji sie znajdują. Jej dłoń była na jego klacie, włosy tez na nią opadaly, a gdyby tylko odrobine sie nachyliła to czułaby jego oddech na swojej twarzy. Mimo to nawet nie drgnęła. W końcu ja puścił a ona najszybciej jak to bylo możliwe podniosła sie z lóżka. On tez usiadl i wyrwał jej morka gaze z reki.
- Wynocha mi stad.
- Ale jeszcze nie....
- Powiedziałem!!!
Krzyknął tak przerażająco za aż podskoczyła. Nie miała odwagi dluzej protestować. Życzyła mu dobrej nocy i wyszla.



































































piątek, 10 lipca 2015

Rozdział XXIV

Witam ponownie!
Przed Wami kolejny rozdział. Nie jestem z niego tak do konca zadowolona ale mysle ze lepszy tez nie będzie. Dziekuje bardzo wszystkim którzy powracaja do mojego bloga, szczególnie Megi Lumen (juz sie balam ze mnie opuscilas!). Pozdrawiam Was wszystkich.
Buziaki
Rozdział XXIV
Ginny byla po kolejnej klutni z Harrym. Chłopak przez kilka dni wydawał się być idealnym chlopakiem. Nie dawał powodów do zgyzow, nie naciskal, poprostu byl przy niej. Az to dzis. Postanowila się przejść po pustych juz korytarzach ale nogi jak zwykle ostatnio zaprowadzily ja prosto do gabinetu profesora Lupina. Gdy uslyszala ciche zaproszenie weszla do środka i zastala czarodzieja nad pracami domowymi uczniów.
- Oh Ginny, witaj!
- Przepraszam jesli przeszkodzilam... - spojrzała wymownie na prace ktora trzymal w dłoni.
- Oczywiście ze nie przeszkadzasz! Siadaj. Napijesz się herbaty?
- Chetnie. A najlepiej to od razu ognistej.
Słysząc jej smutny ton spojrzał na nią zatroskany.
- Znów chodzi o Harry'ego?
W ciagu ostatnich dni rudowlosa i Remus bardzo zbliżyli się do siebie. Ginny nie bardzo miała się komu wyrzalic no bo Hermiona kazda wolna chwile slęczała nad jakimis papierami, a Luna praktycznie caly czas byla u Snape'a a po za tym miala wlasne problemy wiec przychodzila do niego. Zreszta on tez mówił jej dużo o sobie i Tonks. Mówił o tym ze Nimfadora chce dziecko a on bardzo się tego obawia, o to ze pomimo ze Andromeda jest dla niego mila to ma wrażenie ze nie jest przychylna ich związkowi. Zostali swoimi wzajemnymi powiernikami.
- Co do ognistej to przykro mi ale mam dwa kremowe piwa. Choc do mnie, nie chce żeby ktos przypadkiem dowiedział się ze rozpijam uczniów - puścił jej oczko i otworzył drzwi do swojej prywatnej części zamku. Gdy juz siedzieli z piwami w ręku na sofie przed kominkiem wilkolak zapytal.
- No to opowiadaj co tym razem przeskrobal.
- Remusie, ja juz nie mogę. Bylo kilka dni spokoju które spędziliśmy na prawdę przyjemnie aż dzisiaj znowu zmiana o 180 stopni. Powrót do tego samego. Czemu nie chce, czemu jestem dziecinna, ze nie może być z kimś kto nie chce zapewnić mu miłości jakiej on potrzebuje... A ja poprostu nie mogę. Nie tak bylam nauczona żeby chować się gdzies po katach w strachu ze ktos nas zobaczy. Ja na prawdę nie wiem co w tym takiego ciężkiego doń zrozumienia. Poprosiłam go żeby poczekał tych kilka miesięcy jak skończymy szkole ale do niego niedociera! Ja juz nie wiem jak ja mam z nim rozmawiać....
Remus przysunal się do i objął ja ramieniem.
- Wiesz, nie chce ani go bronić ani osadzac, ani ciebie tez. Mysle ze oboje powinniście podejść do tego troche na luzie. On nie powinien tak na ciebie naciskać ale i ty powinnaś spróbować postawić się w jego sytuacji. Jesteście razem juz ponad rok, to normalne ze przychodzi moment ze którejś ze stron przestają wystarczać tylko pieszczoty.
- Wiem, ale ja poprostu nie czuje się gotowa... Niewiem czemu ale tak jest. Staram się, na prawdę ale...
Byla bliska placzu co oczywiście zauważył. Wyjal jej prawie pusta butelkę z dłoni i swoja tez odstawil na szafke obok i przytulił ja mocno w momencie gdy pierwsza łza splynela jej po policzku.
- Spokojnie, nic na sile. Jesli chcesz to porozmawiam z Harry'm...
Ginny spojrzała mu w twarz.
- Nie Remusie. Nie chce żeby wiedział ze zwierzam ci się z naszych problemów.
Patrzyla mu w oczy. W te lagodne brązowe cieple oczy. Tak różne od oczu Harry'ego w których lsnila frustracja nad jej prozbami o odlozenie konsumpcji ich miłości. Jej reka sama powedrowala do jego policzka. Byl przyjemnie mięki nie licząc lekkiego zarostu.
- Jesteś taki dobry...
Jej wzrok bez wcześniejszego porozumienia się ze zdrowym rozsądkiem przeszedł na jego czerwone usta. Nie wie kiedy dokladnie w jej umyśle ukrztaltowala się myśl ze chciałaby ich skosztować ale gdy zdala sobie sprawę z konsekwencji tej myśli natychmiast otrzezwiala. Osunela się gwałtownie dopiero teraz zdając sobie sprawę z tego ze ich twarze dzielilo zaledwie kilka cali. Remus tez zdawał się obudzić z letargu i pospiesznie wypuścił ja z ramion odsuwając się na drugi koniec sofy.
- Ja... Ja mysle ze lepiej będzie jak juz pójdę.
Policzki ja piekly i byla pewna ze jest czerwona jak burak. Nie byla w stanie spojrzeć mu w twarz. Prawie wybiegla najpierw z jego salonu, następnie z gabinetu i biegla przed siebie aż dotarla do łazienki Jeczacej Marty. Dopiero tam zatrzymala się i oparla o umywalkę ktora byla wejściem do Komnaty Tajemnic. Spojrzała w swoje odbicie. 'Cos ty chciała zrobić?!'. Nie bula w stanie ogarnąć umyslem tego co stalo się pare minut temu. Prawie go pocałowała. Pomijając juz nawet relacje uczen-nauczyciel zostawali Harry i Tonks. On byl zaręczony! Jeszcze kilka dni temu sama skladala mu z tego powodu życzenia! Omal nie poplakala się ze szczęścia! A dzis prawie doszlo do pocalunku. Oplukala twarz lodowata woda w nadzieji ze troche ochlonie. Musi przestać się z nim widywać na osobności.




Luna od kilku minut walczyla z powiekami które nie chciały odslonic jej oczu na dluzej niż kilka sekund. Jednym okiem spojrzała na zegrek przy jej lozku. Byla pora obiadu. Trzeba wstawać. Wszystkimi silami zmusila się żeby wstać i wsiąść szybki prysznic. Musiała się pospieszyć jesli chciała cos zjeść. Zdarzyla zalapac się na końcówkę drugiego dania i ledwie nalozyla sobie na talerz ziemniaki z kotletem mielonym i mizeria za jej plecami pojawił się nie kto inny jak Mistrz Eliksirów.
- Chce Cie widzieć za pól godziny w swoim gabinecie.
- Ron obruszyl się.
- Ale dzisiaj jest sobota!
- No i co w związku z tym?
- Luna powinna miec czas żeby odpocząć!
- Szlaban w nastepna sobotę o 16 z woźnym.
I odszedł. Luna podziekowala Ronowi za próbę wybawienia jej od kolejnych kilku godzin ze Snape'em i wziela się za jedzenie. Nim się obejrzała juz musiała kierować się w stronę lochów gdzie przywitalo ja warkniecie profesora.
- Zakonowi potrzebnych jest 8 kociolkow silnego eliksiru na obrażenia wewnętrzne.
- Az osiem?
Spojrzał na nią niezadowolony.
- To dopiero początek wiec się przygotuj. Będzie tego jeszcze więcej. Wiec nie jęcz i bierzemy się do roboty. Przed północą eliksiry muszą być gotowe.
Wzięli się do pracy. Gdy dodali ostatni składnik w ostatnim kociolku Luna pozwolila sobie na przeciągle ziewniecie.
- Nie ziewaj mi tu tak, to nie sypialnia.
- A szkoda bo mysle jedynie o tym żeby się położyć.
- Lovegood idiotko jesli to byłaby sypialnia to znaczyło by ze jestesmy w niej oboje a tego nie chciałbym powtarzac. Ostatnim razem malo nie zarzygalas mi calej łazienki kto wie co zrobilabys tym razem. Choc do salonu zjemy kolacje.
Posłusznie podreptala za nim gdzie czekala juz na nich pieczeń rzymska z jajkiem i ogórkiem koszonym do tego ziemniaki okraszone boczkiem i surowka z pomidorów z cebula. Dodatkowo staly dwa parujące kubki z czego jeden pachnial cudownie pomarancza.
- Zapamietal Pan moja ulubiona herbatę!
To ze Snape sprawia komuś przyjemność zdawalo się być nie do pomyślenia.
- Nie ja tylko mój skrzat.
- Ma Pan skrzata? Nigdy go nie widziałam.
- I nie musisz. Jedz albo wracaj do wieży z pustym zoladkiem.
Luna dopiero teraz poczula jak bardzo glodna byla. W końcu pracowali od obiadu a byli juz dawno po kolacji. Znów nie mogla się nadziwić jak siedzący naprzeciw niej mezyczyna może to wszystko w siebie pomieścić ale dopiero po czterech dokladkach odlozyl sztućce i dopil swoja kawę.
- Nie za późno na kawę o tej godzinie? Dochodzi polnoc.
- A co cie interesują moje nawyki żywieniowe?
- Tak tylko pytam.
- To przestań bo inaczej Ravenclow straci punkty.
Dopila swoja herbatę, podziekowala za posiłek i wyszla z lochów. Byla tak zmęczona ze ledwie szla a oczy po raz kolejny tego dnia nie chciały być otwarte. Szla prawie na pól śpiąco. Nagle uslyszala krzyki i odglos swistajacych zaklęć. Te dźwięki sprawily ze sen calkowicie opuścił jej ciało i juz biegla z rozdzka w dłoni w kierunku z którego slyszala glosy. Mimo ze biegla tak szybko jak umiala nie zdarzyla. Gdy wbiegla na dziedziniec przed Wielka Sala dostrzegla jedynie w oddali czarne postacie wchodzące do Zakazanego Lasu.



































czwartek, 9 lipca 2015

Rozdział XXIII

Witajcie!
Przed Wami nowy rozdział. Nie ma w nim co prawda wątku romasu ale juz niedługo cos planuje... Mam nadzieje ze Wam się spodoba.
Dziekuje oczywiście wszystkim komentującym i obiecuje odwiedzić Wasze blogi jak tylko znajdę na to odrobine czasu.
Buziaki


Rozdział XXIII
Od dnia bitwy minely 3dni. Większość osob wyszła juz ze skrzydła szpitalnego ale i tak wszyscy żyli w napięciu. Nigdy nie wiadomo kiedy Voldemort postanowi się odegrać. Na drugi dzień po walce Severus Snape wyglądał bardzo mizernie, był jeszcze bledszy niż zwykle, i widac było ze każdy ruch sprawia mu ogromny bol choc oczywiście jak na slizgona przystało starał się to ukrywać na wszelkie możliwe sposoby. Dzis Luna znów miała stawić się w jego gabinecie. Gdy zapukała i odpowiedziało jej warkniecie 'zapraszajace' do środka jak zwykle czekala na rozkazy.
- Jak się czujesz?
Mistrz Eliksirów, postrach wszystkich uczniów pyta ja o samopoczucie? Oh, pewnie chodzi o tamto zaklęcie.
- Dobrze, dziekuje.
- Nie pytam cie jak minął ci dzień tylko jak się czujesz po klątwie która rzuciłaś!
- Zrozumiałam Pańskie pytanie i zgodnie z prawda odpowiedziałam ze dobrze. Tak jak Pan radził w chwili jego wypowiadania pomyślałam o przyjaciołach. I pomogło.
- To dobrze. Ale w razie jakichkolwiek symptomów ze cie ciągnie bezzwłocznie masz przyjść do mnie lub dyrektora. Rozumiemy się?
- Tak profesorze.
- Świetnie. Dzisiaj nie będziemy ważyć nic leczniczego choc przydałoby się, ale bardziej potrzebne jest Veritaserum.
Luna zdziwiła się. Będziemy?
- Ile kociołków potrzebujemy?
- Osiem.
Luna wybałuszyła oczy. Jeden kociołek robi się okolo czterech godzin a co dopiero osiem? I po co komu takie ilości?
- Az tyle?
- A czy nie wyraziłem się jasno? Przynieś wszystkie potrzebne składniki i bierzemy się do roboty. Pracowali w ciszy przez kilka godzin ale po glowie Luny wciąż chodziło jedno pytanie - jeśli ona miała myśleć o przyjaciołach w przypadku chwili zapomnienia, to o kim myślał profesor przez te wszystkie lata? Co prawda każdy człowiek ma kogoś kogo kiedys kochal, ale Severus Snape jakos nie pasował do tego schematu.
- Profesorze?
- Czego Lovegood?
- Mogę o cos zapytać?
- Juz to zrobilas.
Jego ostatnia wypowiedz postanowiła puścić mimo uszu.
- A o kim Pan myśli gdy próbuje się Pan powstrzymać przed zatraceniem w czarnej magii?
Podniósł głowę znad kociołka do którego właśnie wrzucał sproszkowane komary a jego twarz zdradzała wysokie niezadowolenie.
- Lovegood, ja jestem twoim profesorem a nie kolega do wzajemnych zwierzeń. Więcej nie życzę sobie tego typu prywatnych pytan.
- Przepraszam profesorze.
No i bo cóż innego jej pozostało? Nic. Dokończyli eliksiry w ciszy i Luna juz miała się pożegnać gdy do gabinetu wleciał srebrny feniks.
- Luno, Severusie chce Was widzieć w swoim gabinecie jak najszybciej.
Przez twarz mężczyzny przeszła fala niepokoju ale trwało to za ledwie ulamek sekundy.
- Nie każmy dyrektorowi czekać.
Podszedł do kominka i podał jej doniczkę w której byl proszek Fiuu.
- Ty pierwsza.
Kilka sekund później była juz w gabinecie dyrektora a ułamek sekundy po niej pojawił się nietoperz.
- Pewnie zastanawiacie się czemu Was do siebie zapraszam o takiej porze.
Luna spojrzała na zegarek który znajdował się na jednej ze ścian. Była za pięć jedenasta w nocy.
- Musiałem wyslac kilka osób na misje. Nie wiem dokladnie kiedy wrócą ale domyślam się ze nie będą w najlepszym stanie. Potrzebny mi eliksir Prometeusza na juz. Przynajmniej 3 kociołki.
Snape się oburzył.
- Nie ma szans! Jeden kociołek zajmuje mi q dzień a co dopiero trzy!
- Właśnie dlatego poprosiłem o przybycie również Pannę Lovegood ktora pomoże ci w pracy.
- Ona nie ma pojecia na czym polega eliksir a co dopiero jak go uwarzyć! Będzie tylko przeszkadzać!
- Nie przesadzaj Severusie jestem pewny ze dacie sobie świetnie rade. Najpóźniej jutro przed śniadaniem chce miec eliksir gotowy do podania. Możecie wsiąść się do pracy.
Luna nie miała pojecia co to za eliksir ale sądząc po minie slizgona musiał być na prawdę ciężki do uwarzenia. Wrócili do gabinetu.
- Eliksir Prometeusza to eliksir dzieki któremu ludzie odzyskują wzrok.
- Ale po co dyrektorowi taki eliksir?
- Najwidoczniej wyslal ludzi w miejsce gdzie jest ten wzrok bardzo łatwo stracić. Najważniejszy jest w tym przypadku czas. Jesli eliksir nie zostanie podany w ciągu maksymalnie 24h od chwili gdy się ten wzrok staci juz nie będzie szansy na jego odzyskanie.
- A jak ten eliksir uwarzyć?
Podążała wzrokiem za profesorem który od chwili gdy wrócili do jego ukochanych lochów przemieszcza się od polki do polki prawdopodobnie w poszukiwaniu niezbędnych składników.
- Zaraz podam ci instrukcje. Puki co przygotuj 3 srebne kociołki o średnicy 10 cali i srebne chochle.
Zrobiła jak kazał. Pracowali w pocie czoła przed dobre 5godzin bez chwili wytchnienia. Dopiero po tym czasie profesor poinformował ja ze teraz eliksir potrzebuje godziny gotując się na wolnym ogniu przed dodaniem kolejnych składników.
- Chcesz się czegos napic?
Lune wmurowało. Czy on właśnie oferował jej coś do picia? On????
- Eeee....
- Pierwszy raz widzę krukona który nie jest w stanie odpowiedzieć na logicznie zadane pytanie. Rovena musi przewracać się w grobie.
- Poproszę herbatę z pomarańczą.
Spojrzał się na nią jak na kosmitę ale nic nie powiedzial. Uwielbiała herbatę z dodatkiem soku z pomarańczy. Co prawda rzadko sobie na taka pozwala, zwykle pila z cytryna ale uznała ze zasługuje na ta przyjemność. Zabezpieczył jeszcze tylko kociołki i ruszył w stronę swoich prywatnych kwater. Luna domyśliła się ze ma iść za nim. Na stoliku czekamy juz dwa parujące kubki i cruasanty. Usiedli w ciszy jedząc rogaliki. Po kilku minutach blondwlosa uznała ze warto spróbować normalnego dialogu z nauczycielem.
- Świetnie Pan walczył.
W odpowiedzi na ten komplement usłyszała jedynie prychnięcie. Nie planuje jej pomagać ale jak nie chciałby rozmowy to wykrzyczałby jej to najgłośniej jak by się tylko dało.
- Pyszne rogale. Z czekolada. Moje ulubione.
- Tez je lubię.
To juz jakiś początek. Chciała powiedzieć cos jeszcze ale nie wiedziała co.
- Kto pije herbatę z pomarancza?
Luna o mało nie wybuchła śmiechem. To o tym myślał przez ostatnich dziesięć minut gdy miał takie zmarszczone czoło?
- Ja. Moja mama lubiła tak pić herbatę i ja tez lubię choc zwykle pije z cytryna.
- Obrzydlistwo. Herbata powinna być czarna mocna bez dodatków. Nie wiem jak można pic to cos.
Wskazał na jej prawie pusty juz kubek.
- No wie Pan co... Jak można pic eliksir wielosokowy to cóż to jest herbata z cytryną!
Nie odpowiedział. W sumie to i tak dziwiła się jak udało im się zamienić tyle zdań na sprawy niedotyczące nauki albo ich pracy. Wzięła kolejnego rogalika po raz trzeci juz obiecując sobie ze to ostatni, oderwała kawałek i wsadziła sobie do ust oblizując przy tym palec na ktorym bylo odrębne czekolady. Poczuła na sobie wzrok nauczyciela i spojrzała na niego wciąż z palcem w ustach. Odwrócił wzrok udając ze niezwykle ciekawi go uchwyt kubka. Na jej policzkach pojawił się rumieniec choc w sumie nie wiedziała czemu. Przeciez nic się nie stało. Skończyła rogala i trzymając kubek oboma dłońmi przy ustach przyjrzała się siedzącemu na przeciwko mężczyźnie. Na pierwszy rzut oka byl brzydki. Włosy które wciąż wyglądają jak by były tłuste od oparow z przeróżnych eliksirów, zdecydowanie za duży nos, krzaczaste brwi i ziemista cera. Ale gdy juz człowiek przyzwyczaił się do tego widoku bardziej niż wymagają tego dwie godziny eliksirów tygodniowo dało się dostrzec pozytywne cechy wyglądu. Długie rzęsy okalające głębokie, czarne oczy, kilka kosmyków spadających na twarz, pięknie skrojone choc wąskie usta w które czarodziej właśnie wkładał juz chyba trzydziestego rogalika. Jak ten przerażająco chudy człowiek jest w stanie tyle zjeść? To wręcz nie możliwe... Podparła głowę dłonią czując ze zmęczenie daje o sobie znać. Teraz skupiała się juz tylko na tym aby powstrzymać powieki przed ostatecznym opadnięciem prowadzącym w krainę snu. Spojrzała na zegarek. Godzina juz prawie dobiegała końca. Usiadła prosto w nadzieji ze ta pozycja uchroni ja przed snem. Snape chyba zauważył co się z nią dzieje bo odezwał się, ale nie krzykliwie jak zwykle tylko tak...łagodniej.
- Masz, napij się filiżanki kawy.
Spojrzała nieufnie na czarna, parująca ciecz. Nigdy jeszcze nie pila kawy choc oczywiście znała jej właściwości. W tej chwili nie zastąpione. Przechyliła filiżankę i na raz wypiła całą jej zawartość. I dobrze ze tak zrobiła bo inaczej nie byłaby w stanie wrócić do tego napoju. To było obrzydlistwo! Gorzki smak miała wszechobecny w ustach, na zębach i języku. Wykrzywiła się mimo woli.
- Mogę prosić o wode?
Sekundę później przepłukała sobie usta szklanka zimnej wody. Posiedzieli jeszcze chwile i Luna rzeczywiście czuła skutki wypicia tej obrzydliwej smoły - nie była juz tak senna a jej umysł był wyostrzony w porównaniu z tym jak czuła się jeszcze kilka minut temu. W końcu machnięciem różdżki Snape sprzątnął wszystko ze stolika i wrócili do jego gabinetu. Luna wzięła się za krojenie kolejnego w kolejce składnika ale z kazda chwila czuła ze jej żołądek nie przyjął najchętniej gorzkiego napoju. Z kazda chwila coraz bardziej zawartość żołądka podnosiła się jej do góry, a twarz stawała się coraz bardziej zielona. Starała się głęboko oddychać i powstrzymać coraz silniejszy odruch wymiotny ale gdy juz wiedziała ze to nie pomoże ze wstydem spytała.
- Gdzie ma Pan łazienkę?
- Za sypialnia ale łazienka uczniów jest...
Nie dosłyszała reszty wypowiedzi bo biegiem rzuciła się w stronę sypialni. Przebiegła przez salon i juz naciskała drzwi prowadzące do następnego pomieszczenia gdy się zawahała. To był baaardzo prywatny pokój samego Snape'a. Kolejny odruch wymiotny sprawił ze jej wahanie przeszło w niepamięć. Zakryła usta ręką i nawet się nie rozglądając dopadła kolejne drzwi prowadzace pewnie do łazienki. W tej chwili żołądek nie wytrzymał i postanowił opróżnić cala swoja zawartość, zdążyła jedynie otworzyć muszle klozetowa. Po kilkunastu minutach silnych konwulsji gdy wszystko co jadła i pija w ciagu ostatnich kilku godzin opuściło jej ciało podniosła się z zimnej posadzki i podeszła do umywalki żeby opłukać usta i twarz. Spojrzała w lustro i zobaczyła w nim odbicie bladej jak prześcieradło twarzy, sine usta i mocno podkrążone oczy. Opłukała jeszcze raz twarz i gdy była juz całkowicie pewna ze puki co to koniec rewolucji opuściła łazienkę. W sypialni już czekal na nią profesor z fiolka jakiegoś eliksiru w dłoni.
- Po czym to?
- Niewiem. Podejrzewam ze po tej kawie, nigdy jej nie piłam. Spojrzał na nią tymi swoimi czarnymi oczami jakby cos rozważając.
- Odwróć się i podnieś koszule do góry.
Luna domyślała się że ten chce jedynie sprawdzić czy nie ma żadnych krost na plecach chcąc wykluczyć uczulenie na kofeinę, ale i tak... W końcu to byl na pierwszym miejscu mężczyzną, a następnie nauczycielem, a żadne z tych jeszcze nigdy nie oglądało jej pleców.
- Wolałabym iść z tym do pielęgniarki...
- I co planujesz ja budzic o tej godzinie?
O tym nie pomyślała.
- Ale przeciez to nic takiego, może zaczekać do rana....
- Nie jesteś Miss Świata ani nawet własnego dormitorium wiec możesz być pewna ze nie jest przyjemnością dla mnie oglądanie twoich chudych pleców w poszukiwaniu krost wiec miejmy to juz za sobą!
Musiała przyznać ze troche zabolały ja słowa profesora. Wiedziała ze nie jest urodziwa, ale ze aż tak ciężko będzie mężczyźnie choćby spojrzeć na jej plecy? Posłusznie odwróciła się do niego plecami i podciągnęła koszule.
- Zakryj się. Tak jak podejrzewałem. Masz uczulenie na kofeinę. Wypij to - podał jej flakonik - i wracamy do pracy. Musimy dokończyć eliksiry.
Pracowali do ósmej rano, a gdy mikstury byly w końcu gotowe Snape przeniósł je do gabinetu dyrektora a wykończona całonocną praca i wymiotami Luna ruszyła w stronę swojej wieży by oddalić się w krainę snu...













czwartek, 25 czerwca 2015

Rozdział XXII

Cieszę się ze o mnie jeszcze pamiętacie, na prawdę. Przedstawiam nowy rozdział, pierwszy raz pisałam akcje i chyba nie wyszlo mi to za dobrze ale wierzcie mi ze się starałam.
buziaki i miłego czytania
Rozdział XXII
Na słowa które padły z ust Mistrza Eliksirów wszyscy obecni na przyjęciu się spieli. Nikt juz nie pamiętał o torcie ani o tańcach, każdy wyjmował różdżki z kieszeni szat i patrzył na dyrektora czekając na rozkazy.
- Ja juz musze iść. Pospieszcie się.
I czarnowłosego już nie było. Dumbledore zabrał glos.
- Tak jak mówiłem punkt aportacyjny jest z wieży astonomicznej. Tonks, Remusie, Molly, Artur, bliźniaki, McGonagall, Sprout, Bill i Flaur, ruszajcie. Poppy, razem z panna Lovegood idźcie do skrzydła szpitalnego, będziecie tam czekać na poszkodowanych. Harry, Ron wy pójdziecie na wieze i będziecie przenosić potrzebujących do szpitala. Kontaktujemy się przez patronusy. Reszta do Wielkiej Sali.
Dwie mi minuty później Luna juz była wraz z pielegniarka w skrzydle szpitalnym i szykowały najpraktyczniejsze mikstury aby miec je w zasięgu ręki, tak samo z bandarzami, gazami i woda do ewentualnego przemycia ran. Nie minęło dziesięć minut jak drzwi skrzydła otworzyły się a ich pierwszym pacjentem okazał się być Bill który był raniony Sectusempra. Luna o malo nie wpadła w panikę gdy to zobaczyła ale na szczęście szybko odzyskała zimna krew i pomogła w zatamowaniu krwawienia i zawiązaniu bandarzami najgłębszych ran. Ledwie się uwinęły do sali wleciał srebrzysty feniks.
- Zmiana planów. Poppy zostaniesz na miejscu i będziesz się zajmować cięższymi przypadkami a Luna aportuje się do Doliny aby zajmować się małymi obrażeniami.
Luna wypchała kieszenie fartucha pielęgniarskiego jaki na sobie miała najpraktyczniejszymi miksturami i z różdżka w dłoni pokonała biegiem odcinek dzielący ja od wieży. Gdy wpadła zdyszana na gore pozwoliła sobie na dwa głębsze wdechy i wyobraziła sobie gdzie chce się przenieść. Niemalże natychmiast poczuła ssanie w okolicy pępka i juz byla na polu walki. Pierwsza zobaczyła profesor McGonagall której noga wykrzywiona byla pod nienaturalnym kontem. Czarodziejka walczyła ze stającym nad nią smierciozerca ale jedyne co mogla zrobić to odbijać zaklęcia jako ze nie mogla się przed nimi uchylać. Dziewczyna podbiegła do niej i wpierw nastawiła kość a potem dala czarownicy fiolkę z eliksirem na zrastanie się kości a sama zaczęła rzucać zaklęcia w stronę smierciozercy dając tym samym chwile profesorce na wypicie eliksiru. Kilka sekund później ta juz stala i ponownie zaczela zaciekle walczyć. Krukonka przedzierała się między walczącymi parami w poszukiwaniu innych rannych co chwile uciekając przed rzucanymi w jej stronę zaklęciami aż jej wzrok natrafił na czarne oczy które widac było pod maska smierciozercy. Snape, który walczył właśnie z panem Weasley.











Od czasów sprzed pierwszej wojny nie miała okazji przyjrzeć się jego walce. Na pierwszy rzut oka widac było że się powstrzymuje, a jego ruchy i zaklęcia były jakby całkowicie płynne, nawet ułamka sekundy zastanowienia. Jak by recytował z pamięci wiersz po raz tysięczny tego samego wieczoru. Nawet się nie zadyszał podczas gdy pan Weasley zdawał się być prawie wykończony. Przyjrzała się ponownie oczom profesora. Choc z jego ust padały głównie czarnomagiczne klątwy to oczy byly puste. Nie bylo juz tego przerażającego blasku jak podczas gdy byl uczniem. Tylko pustka i zimno. Stałaby tak patrząc w te oczy cala wieczność gdyby nie glos którego tak bardzo nie chciała tu słyszeć. Hermiona.
- Luna, biegnij pomóc profesor Sprout!
Oderwała wzrok od czarodzieja i szybko odszukała profesor zielarstwa która leżała na ziemi i pluła krwią. Krwotok wewnętrzny. Drżącymi rękami odkręciła odpowiednia fiolkę i pomogła profesorce napic się lekarstwa gdy jej stan byl juz stabilny to rozejrzała się w poszukiwaniu kolejnych ofiar. Pierwsza osoba na której trafił jej wzrok byl Neville. Przez jej ciało przeleciała fala paniki - co on tu robi? Czyżby bylo tak zle ze dyrektor wyslal nawet uczniów do walki? Rozejrzala się ale nie zobaczyła innych przyjaciół. Lekko odetchnęła z ulga i znów spojrzała na gryfona który wyraźnie nie dawał sobie rady z czarodziejem w masce smierciozercy i długich, platynowo blond długich włosach. Malfoy. Przed jej oczami przeleciała wizja jaka miała podczas snu. Nim zdarzyła pomyśleć, nim mózg mógł wyslac informacje do jej ust ona juz wypowiadała formule zaklęcia 'breakbones' w stronę smierciozercy. Bala się tego. Bala się ze znów zostanie pochłonięta przez czarna magie. I wtedy przypomniała sobie co mówił Snape. Myśl o tych których kochasz. I pomyślała. Myślała o Ginny, Hermionie, Harrym, Ronie i Nevillu. Kochanym słodkim Nevillu. Cała milosc jaka miała do przyjaciela zawarła w tym jednym zaklęciu który miał mu pomóc. Znikąd ujrzała rude włosy Ginny. Upadała. Serce zaczęło jej walić jak oszalałe i nawet nie spojrzała co stało się z Lucjuszem, juz biegła w stronę przyjaciółki.
- Ginny! Ginny co się stało??
Spojrzała na maga z ktorym walczyla ruda. Widziała tylko oczy ale doskonale wiedziała do kogo należą. Draco. Miała ochote płakać zw szczęścia, bo jak to on to nic poważnego jej przyjaciółce nie będzie.
- Klątwa osłaniająca. Wystarczy eliksir piepszowy.
Taki tez jej podała i pomogła jej wstać. Z pola walki znikało coraz więcej smierciozercow a to zwiastowało jedno - wygrali ta bitwę. Ale oczywiście nie obyło się bez ofiar z ich strony. Luna wraz z gryfonka pomogły się teleportować pani Weasley która miała polamane obie nogi, a za nimi do skrzydła szpitalnego przybyło jeszcze kilka osób z większymi lub mniejszymi ranami. Gdy każdy juz był opatrzony a część leżała przykryta kocami w łóżkach pojawił się dyrektor.
- Gratuluje Wam. Przegoniliście smierciozercow gdzie pieprz rośnie.
Przez sale przeszły okrzyki radości.
- Ale to jeszcze nie koniec. Voldemort na pewno jest zły i juz planuje jak się odegrać. Musimy być gotowi w kazdej chwili na kolejny atak. Wiec wypoczywajcie i szybkiego powrotu do zdrowia.
Był juz przy drzwiach gdy go dopadła.
- Profesorze Dumbledore?
- Tak Luno?
- A co z Draconem i profesorem Snape'em?
- Spokojnie, Draconowi na pewno nic nie jest.
Odwrócił się z zamiarem odejścia ale mu nie pozwoliła.
- A profesor?
Przez chwile się nie odzywał i była juz pewna ze odejdzie bez słowa ale postanowił w końcu przekręcił się w jej stronę świdrując ją przez chwilę wzrokiem. W końcu się odezwał.
- Zostanie ukarany. Voldemort juz na pewno się domyślił ze Severus powiedział mi o planowanym ataku. Ale spokojnie, nic poważnego mu nie będzie. Tom nie może go zabić bo jest mu zbyt potrzebny. Idź juz spać, musisz być wyczerpana a musimy być gotowi na kolejne uderzenie w kazdej chwili.
Luna patrzyła jak siwowłosy czarodziej odchodzi zastanawiając się jak można do czegos tak strasznego jak wielogodzinne tortury najstraszniejszymi klątwami na naszej jedynej nadzieji na wygrana w tak blachy sposób.











piątek, 19 czerwca 2015

Rozdział XXI

Witajcie!
Wiem ze obiecałam dodać rozdział dużo wcześniej ale jakos brak weny mnie dopadł ale dziś przysiadłam i napisałam. Mam nadzieje ze spodoba Wam sie choć niewiele sie w nim dzieje. Nie obiecuje kiedy dodam następny ale jak juz wena w miare wróciła to mysle ze niedługo. Liczę na komentarze. Buziaki i jeszcze raz przepraszam za opóźnienie.
Rozdział XXI
Dziewczęta od rana poczynały przygotowania do zaprezentowania tortu na cześć zaręczyn Remusa i Tonks. Hermiona właśnie wyciągnęła biszkopt z piekarnika, Ginny już w tym czasie robiła krem a Luna pogrążona w myślach rozwałkowywała marcepan. W myślach wciąż była w gabinecie Snape'a, wciąż w jego ramionach. Jeszcze tydzień temu nie przyszło by jej do głowy że pozycja w jakiej znajdowała się z profesorem może w niej obudzić uczucia, i to bynajmniej nie mdłości. Ale teraz tak właśnie czuła. Te własnie ramiona dały jej od dawna poszukiwane poczucie bezpieczeństwa. Bezpieczeństwa i tego ze w końcu jakoś wszystko się ułoży. W tych czasach to na prawdę wiele. Myślała też o tym co wydarzyło się po tym gdy delikatnie wyswobodziła się z jego ramion. Nie żeby ją jakoś powstrzymywał, pewnie był zachwycony że wreszcie się od niego odkleiła taka małolata jak ona. Dał jej kilka rad odnośnie tego czego powinna w czasie walki unikać oraz tego o czym myśleć gdy będzie czuła że załamanie nadchodzi. Mówił to tak jak by jeszcze kilka minut temu nie trzymał jej w swoich chudych aczkolwiek silnych ramionach. Z zamyślenia wyrwał ją głos Ginny
- Luna. Luna
- Tak?
- Wszystko w porządku?
- Pewnie, a co?
- Od kilku minut poprostu stoisz z marcepanem w dłoniach i wpatrujesz się w jeden punkt.
- Och nic się nie stało poprostu się zamyśliłam.
- Wciąż martwisz się o tą kwestie czarnej magii?
Luna nie odpowiedziała na zmarwione spojrzenie Hermiony i wymijająco odpowiedziała
- Myślę o tym co powiedział mi profesor Snape.
Była nie była to co prawda do końca prawda ale nie chciała ich tak całkowicie okłamywać, a to przynajmniej bezpieczny temat. Dzień po rozmowie z Mistrzem Eliksirów opowiedziała dziewczynom o tym co dowiedziała się od mężczyzny. Nie wspomniała jedynie o swojej chwili słabości i o tym co stało się w jej czasie.
- No i o tym jak udekorować tort. Rozważałam napisanie ich imion ale to wydaje się być troche oklepane. Myślałam też o figurkach - podobiznach ale obawiam się że aż tak utalentowana to jednak nie jestem. Teraz rozważam opcje pokrycia całego torta gładką warstwą różowego marcepanu i czekoladowego design'u a'la mehndi. Co o tym myślicie?
- A co to jest to mehndi?
Z odpowiedzią oczywiście wyrwała się Hermiona zanim Ginny w ogóle dokończyła pytanie.
- To takie typowo indyjskie-kwiatowe wzory. Myślę że ta opcja będzie najlepsza. Delikatny róż marcepanu z czekoladą będą świetnie się uzupełniać a i połączenie smaków będzie wyborne.
- No to super już wiemy co i jak.
Gdy biszkopt ostygł Ginny ostrożnie podzieliła go na trzy warstwy po czym na każdą wastwę dała solidną porcje kremu. Pozostała tylko 'kosmetyka' tortu. Luna rowałkowała równiutko marcepan i nałożyła na tort, a nadmiar odcięła nożem, a w garku rozpuściła czekoladę i następnie przez dobrych dwadzieścia minut ozdabiała nią torta. Gdy w końcu wszystkie uznały że lepiej już być nie może wsadziły swoje dzieło do lodówki jako że do przyjecia zostało jeszcze dobrych pół godziny i rozeszły się aby się przebrać i ogarnąć przed imprezą. Luna przygotowała już sobie sukienkę do kostek, na szerokich ramiączkach z delikatnym dekoldem w kolorze pistacjowym. Szybko wzięła prysznic, włożyła skromną sukienkę i spojrzała w lustro. Z niewiadomych przyczyn chciała wyglądać dziś na prawdę pięknie, czuć się wyjątkowo. We włosy wsadziła różdżkę tak że ułożone były w niedbały kok pozwalając aby kilka niesfornych loków okalało jej twarz. Zwykle nie malowała się, bo i po co, i tak jej nikt nie zauważa chyba żeby po to aby ją obrazić, ale dziś postanowiła zaszaleć i wyciągnęła z torby różowy błyszczyk który kupiła kiedyś w mugolskim sklepie. Spojrzała ponownie w lustro stwierdzając że ostatecznie jest zadowolona z efektu. Włożyła jeszcze złote balerinki i była gotowa. Na wierzch włożyła szatę zakrywając tym samym swój odświętny strój i po dobrych kilku minutach była już w Pokoju Życzeń. Pojawiła się jako jedna z pierwszych choć sporo czasu spędziła na ogarnianiu się. Dzisiejszego wieczoru Pokój przeobraził się w elegancją salę bankietową udekorowaną w odcienie beżu i czerwieni, w tle grala cichutko muzyka. Pod jedna ze ścian stal stol z poczęstunkiem a po drugiej stronie okrągłe stoliki przy których stało po sześć krzeseł. W jednym z rogów sali stała para dla której było to przyjęcie. Remus ubrany był w odświętną, popielata szate, natomiast Tonks miała na sobie długą szmaragdową suknie która świetnie współgrała z jej zielonymi dzis oczami i blond włosami w których były gdzie nie gdzie zielone pasemka. Wyglądali razem cudownie. Luna podeszła do nich z gratulacjami i życzeniami długiego, szczęśliwego i owocnego zycia, wyściskała oboje. W międzyczasie w sali pojawiła się reszta zaproszonych gości. Każdy podchodził do przyszłych państwa młodych z życzeniami i drobnymi prezentami, a gdy juz każdy wycałował ich w oba policzki muzyka zaczęła grać głośniej i żwawiej i zaczęły się tańce. Remus z Tonks oczywiście zaczęli pierwsi a następnie dołączyli do nich państwo Weasley'owie, Ginny wraz z Harrym, dyrektor z profesor McGonagall i kolejne pary. W tłumie wypatrzyła ze Hermiona miała utkwione błyszczące oczy w swoim partnerze do tańca i w swoim zadaniu - Kingsley'u, a i on nie spoglądał na nią obojętnie. Czyżby cos się miedzy nimi działo? Zakodowała sobie w pamięci aby przy najbliższej okazji zapytać o to przyjaciółkę. Po kilku minutach została poproszona do tańca przez pana Artura a następnie jednego z bliźniaków, Nevilla a dwie piosenki spedzila z Remusem który okazał się niezwykle dobrym tancerzem. Gdy podszedł do niej ponownie Neville odmówiła gdyż musiała chwile odsapnąć. Wzięła kieliszek szampana i usiadła przy jednym ze stolików patrząc na tańczące pary. Prawie wszyscy byli na parkiecie, większość wiec stolików było pustych z wyjątkiem tego przy ktorym usiadła i tego przy ktorym siedział nie kto inny tylko Severus Snape zajęty pałaszowaniem pasztecików przygotowanych przez panią Molly ze szklanka ognistej przy talerzu. Nie wiele myśląc wstała z krzesła i ruszyła w stronę czarodzieja. Nie zapytawszy o zgodę poprostu zajęła miejsce obok niego.
- Nie tańczy Pan?
Spojrzał się na nią wzrokiem którego nie powstydziłby się sam bazyliszek.
- A czy zwykłem robić z siebie pajaca jak ci tam?
Wskazał glowa na tańczące pary.
- Kilka chwil tańca nie sprawi ze będzie Pan wyglądał jak pajac.
- Spadaj z tad Lovegood, nie zatruwaj mi powietrza.
Jakiż on miły. Rozważała czy odciąć mu się ciętą ripostą czy może rozsądniej byloby jednak zachować milczenie ale muzyka ucichła i Hermiona przywołała ja gestem dając znak ze czas na tort. Luna machnięciem różdżki sprowadziła ich prezent dla świeżo upieczonych narzeczonych, a Ginny i Hermiona stanęły po jej obu bokach.
- Co robiłaś ze Snape'em?
- Nie teraz Ginny.
Z uśmiechami na twarzach podeszły do celebrytów.
- Otrzymaliśmy pomoc w anulowaniu zamówienia w cukierni i same zajełysmy się sprawą. Mam nadzieje ze będzie Wam smakować.
Tonks objęła je wszystkie na raz i ze łzami w oczach dziękowała za ten niezwykły prezent. Remus również im podziękował uściśnięciem dłoni. Bliźniaki przenieśli stol a pani Weasley podała im talerzyki i nóż który ci oboje wzięli w dłonie i wspólnie ukroili pierwszy kawałek a następnie wzajemnie się nimi nakarmili przy czym oczywiście oboje mieli ubrudzone cale usta, policzki a nawet nosy i brody. Właśnie mieli kroić torta dla reszty gości gdy obok nich wyrósł jak z pod ziemi mężczyzna w czarnych szatach trzymając się za lewe przedramię i powiedzial grobowym tonem
- Zostałem wezwany. Zaczęło się.