poniedziałek, 14 października 2013

Rozdział 5

Pociąg Express Hogwart sunął szybko po szynach przez pola pokryte żytem i pszenicą iskrzącą się niczym złote fale w promieniach słońca. Pociąg zawsze pełny roześmianych uczniów którzy ze śmiechem i radością opowiadali o swoich wakacjach, chwalących się wynikami egzaminów, pierwszoklasistami którzy podnieconymi głosami opowiadali o tym czego się spodziewają zobaczyć, o ich nadziejach i strachach. Tym razem było niby tak samo, ale jakoś inaczej. Uczniów było o wiele mniej niż dotychczas a i Ci co byli mieli markotne miny i nerwowe spojrzenia. Jedyni którzy wydawali się być zadowoleni z obecnej sytuacji byli ślizgoni - siedzieli w swoich przedziałach z zadowolonymi twarzami, a na resztę patrzyli jak na karaluchy przemykające pod ich stopami. Wiadomo już było kto został nowym dyrektorem Hogwartu - Severus Snape, ich dotychczasowy nauczyciel Eliksirów i Obrony przed czarną magią, opiekun Slytherinu. Perspektywa szkoły rządzonej przez prawą rękę największego czarnoksiężnika naszych czasów najbardziej przerażała troje przyjaciół siedzących w ostatnim przedziale pociągu. Ginny, Luna i Nevile nie wiedzieli czego się spodziewać - odkąd na weselu Billa i Fleur Ministerstwo zostało przejęte przez Voldemorta po prostu bali się własnego cienia. Do szkoły wracali tylko dlatego że wszyscy byli czystej krwi - mugolaki po prostu bały sie wrócić, a nawet jak któryś byłby na tyle glupi żeby pojawić się na Rozpoczęciu Roku Szkolnego to długo by nie pożył, a w najlepszym wypadku umarłby za pomocą jednego zaklęcia. Podręczniki wskazywały na jedno - będzie krwawo i nie przyjemnie, w dodatku mugoloznastwo stało się przedmiotem obowiązkowym. Ginny po lekkim przejrzeniu podręcznika do "Obrony" przed Czarną Magią była pewna że to wcale nie będzie obrona - to będzie po prostu jej stosowanie, i aż zamarzyło jej się aby Umbrige z jej zamiłowaniem do teorii powróciła jako nauczycielka tego przedmiotu, bo praktyki po prostu nie zniesie. Podobnie było z podręcznikiem do Mugoloznastwa - gdy Hermiona uczyła się tego przedmiotu były to różne wykresy o sile, długości życia, zastosowanie przedmiotów takich jak telefon, telewizja i innych kwestii dotyczących życia codziennego mugoli. Teraz były to głównie informacje jak brudną krew mają, że są niebezpieczni dla świata czarodzieji i dlatego trzeba przejąć nad nimi kontrolę, i cała inna sterta bzdór mających na celu znienawidzenie przez nich mugoli i namawianie na zabijanie ich. Siedzieli właśnie od kilku minut w ciszy, każde z nich pogrążone we własnych myślach gdy do ich przedziału wszedł z krzywym uśmiechem na twarzy nie kto inny jak Draco Malfoy ze swoimi dwoma gorylami którzy mieli jeszcze głupsze niż zwykle miny (Ginny dotychczas myślała że to nie możliwe). Nim któraś z dziewcząt zdążyła zareagować, a nawet nim Malfoy zdążył wypowiedzieć choćby słowo Neville już zdążył wyjąć swoją różdżkę i doskoczyć do blondyna. Luna pisnęła, a Ginny stała jak zamurowana i patrzyła co będzie dalej.
- Czego tu szukasz nędzna gnido? - głos Nevilla był tak przesiąknięty gniewem i nienawiścią że po plecach Ginny przebiegł dreszcz. Jednak nim ślizgon odpowiedział znikąd pojawił się wysoki mężczyzna w ciemnogranatowej szacie. Krótkie ciemne włosy lekko opadały mu na czoło, a brązowe oczy szybko ogarnęły sytuacje i po chwili Neville już wił się krzycząc z bólu na podłodze przedziału. Lunie nogi odmówiły posłuszeństwa i teraz klęczała przy głowie chłopaka, Ginny natomiast dalej stała i patrzyła z przerażeniem na scenę. Minęła minuta, dwie, trzy, a Ginny poczuła łzy spływające jej po policzkach. Nie wiedziała jak długo Neville był torturowany Cruciatusem, ale wiedziała że nie był sam ze swoim bólem - oby dwie dziewczyny cierpiały te katusze razem z nim. Gdy w końcu krzyk ustał a Neville spocony przestał się ruszać przez ułamek sekundy myślała że jego organizm nie wytrzymał tego, jednak gdy lekko i powoli rozchylił powieki jej serce zaczęło znów bić. Spojrzała na ich kata - przyglądał jej się z jakimś dziwnym błyskiem w oku, który nie wróżył nic dobrego. Draco stał blady jak prześcieradło i wyglądał jak by miał zaraz zwymiotować, za to jego goryle uśmiechali się złośliwie.
- Jeszcze jedna bójka, a potrwa to dwa razy dłużej Longbottom. Radzę Ci zatem uważać co robisz i poskromić swój Gryfonski temperament. - i wyszedł. Crabe i Goyle ruszyli zaraz za mężczyzna, ale Draco jakby nie miał siły się ruszyć. Wyglądał teraz o wiele starzej niż zwykle. Spojrzał na ich trójkę ze smutkiem w oczach, i jak by czymś jeszcze - przeprosinami? I powoli ruszył za swoimi pobratyńcami.
Reszta podróży minęła im w jeszcze większym przygnębieniu. Na szczęście Luna miała przy sobie opakowanie Czekoladowych Żab którymi nakarmiły Nevilla, tak że ten nim dojechali do stacji miał już siłę stać na własnych nogach (jak dobrze że nauczyły się przy Lupinie że czekolada jest taka dobra na wzmocnienie). Na stacji jak zawsze czekał Hagrid który pomachał im z daleka i wymuszonym radosnym głosem zwoływał pierwszorocznych aby przepłynąć z nimi do zamku. Reszta uczniów niemalże w całkowitej ciszy wsiadła do powozów, i tak samo z nich wysiadła. W Wielkiej Sali wszystko wyglądało tak jak zawsze - świece wisiały nad stołami, nad nimi rozciągało się usłane gwiazdami niebo, a przy stole nauczycielskim już siedzieli nauczyciele. Większość była ta sama, jednak pojawiły się dwie nowe twarze - mężczyzna który potraktował Nevilla Cruciatusem i nieco podobna do niego kobieta, blondynka z włosami związanymi w kok, lekko przysadzista i zgarbiona, jednak mimo wszystko wyglądająca na całkiem młodą. Uczniowie zasiedli do swoich stołów - przy Slytherinie było tylko kilka miejsc wolnych dla nowych uczniów, przy stole Krukonów brakowało tylko kilka osób, nie co więcej wśród Puchonów, za to przy stole Gryffindoru pustych było prawie połowa miejsc. Nie tylko Ginny rozglądała się ze smutkiem w oczach za tych których brakowało, każdy z nich w jakiś sposób czuł tę stratę, jedynie przy stole węża było gwarnie - Ci śmiali się i żartowali w najlepsze. Ginny w ich tlumie dostrzegła jednak twarz Malfoya który co prawda już nie był taki blady, ale dalej wydawał się być lekko przerażonym. Na ułamek sekundy spojrzał jej w oczy, ale trwało to tyle, ze rudowłosa nie była pewna czy jej się to tylko nie zdawało. Jednak śmiechy ucichły nawet przy stole ślizgonów gdy do Wielkiej Sali wszedł Dyrektor powiewając jak zawsze swoimi czarnymi szatami, przeszedł szybko pomiędzy stołami i zajął miejsce profesora Dumbledore'a. Twarze wszystkich Gryfonów poczerwieniały ze złości i nienawiści do Mistrza Eliksirów, ten jednak zdawał się tego nie zauważać - siedział wpatrzony swoimi czarnymi jak węgiel oczami w drzwi Wielkiej Sali w której za chwile mieli się pojawić nowi uczniowie. Po kilku minutach ciszy drzwi otworzyły się i weszła Proffesor McGonagall w swoich zielonych szatach prowadząc za sobą garstkę jedenastolatków. Wystarczyło na nich spojrzeć żeby wiedzieć którzy z nich przypadną do Slytherinu - byli wyniośli, z pewnym siebie wyrazem twarzy i aroganckimi uśmiechami. Przed stołem nauczycielskim stał już taboret a na nim stara tiara która rozpoczęła swoją pieśń - o ile w zeszłym roku ostrzegała o niebezpieczeństwie i próbowała podnieść uczniów na duchu, tak tym razem pochwalała zmiany które zaszły w zamku - uczniów trzymanych silną ręką, czystość w ich szeregach, siłę i potegę władającą szkołą. Wszyscy słuchali pieśni tiary ze zdzowionymi minami - widocznie wraz ze zmianą dyrektora zmieniła się też tiara, choć na pierwszy rzut oka była to ta sama co zwykle. Po zakończeniu pieśni opiekunka Gryffindoru zaczęła wyczytywać nazwiska kolejnych uczniów - Margaret Bernhard, Dean Dale i Nick Whitman trafili do domu lwa, Sam Hay i Khushi Kaur przypadli do Ravenclaw, Hufflepuff'u szeregi zasilili natomiast Paul Jones, Stefan Taylor i Jassie Cook. Natomiast do Slytherinu doszło aż 5 uczniów: William Carey, Jane Parker, Anne Miller, Thomas Kelly i Edward Roberts. Gdy tiara przydziału została odniesiona do gabinetu Snape'a ten wstał by zrobić przemowe, jak to robił co roku poprzedni Dyrektor.
- Witajcie w Nowym Roku Szkolnym w Hogwarcie! Jak zapewne każdy z Was wie, zaszło w naszej szkole wiele zmian, o których powiem za chwile. Najpierw przedstawię wam nowych nauczycieli: Amycus Carrow który będzie uczył Obrony przed czarną magią - wskazał ręką kata Nevilla, a ten tylko uśmiechnął się lekko i przerażająco - oraz Alecto Carrow - tu wskazał na blondynkę która uśmiechnęła się w ten sam sposób jak brat - która podjęła się nauczania mugoloznastwa które jest przedmiotem obowiazkowym dla każdego od pierwszej klasy, o czym powinniście już wiedzieć. Jednak profesorowie Carrow mają za zadanie nie tylko nauczać przedmiotów, ale również obejmują obowiązek pilnowania szkoły - będą patrolować korytarze doszukując się zachowań nie odpowiednich, ponad to, gdy inni nauczyciele zauważą nie odpowiednie zachowanie mają obowiązek odesłania ucznia do nich aby zostali ukarani proporcjonalnie do przewinienia jakiego się dopuścili - uśmiechnął się złowrogo - Po godzinie 20 nikomu bez specialnego zezwolnia wystawionego przez nauczyciela i potwierdzonego przeze mnie nie wolno przebywać po za swoim pokojem wspólnym lub dormitorium. Nie wolno odwiedzać korytarza na trzecim piętrze oraz wchodzić do Zakazanego Lasu. Każdy uczeń od trzeciej klasy ma prawo do swobodnego korzystania z Działu Ksiąg Zakazanych. To byłoby na tyle. Smacznego.
I usiadł tak szybko jak wstał a stoły ugięły się pod ciężarem potraw które jak zawsze wyglądały cudownie, i za pewnie tak samo cudownie smakowały, ale Ginny jakos nie miała ochoty na jedzenie, podobnie jak inni którzy znajdowali się przy jej stole. W tym momencie brakowało jej Rona - on zawsze nie zależnie od sytuacji miał apetyt, i teraz pewnie siedziałby upychając sobie w ustach ogromne pokłady jedzenia. Mimo sytuacji w jakiej wszyscy byli uśmiechnęła się do swoich myśli i mimochodem spojrzała w strone stołu nauczycielskiego, a to co zobaczyła przeraziło ją - nowy nauczyciel Obrony przed czarną magią, profesor Corrow (nawet w myślach ciężko jej było tak go nazywać, a co dopiero będzie jak przyjdzie jej to wypowiedzieć) wpatruje się swoimi brązowymi oczami prosto w nią. Serce zaczęło jej szybciej bić, a przerażenie wymalowało się na twarzy. Neville chyba to zauwazył bo pod stołem uścisnął jej delikatnie rekę. Ginny oderwała wzrok od profesora i spojrzała na swój talerz, na który postanowiła nałożyć coś żeby czymś zająć myśli i choć udawać że wszystko jest tak jak zwykle. Wyciągnęła rekę w strone pieczonych ziemniaków, kątem oka spoglądając w stronę Corrow - patrzył w stronę stołu węża.

Luna wraz z innymi uczniami jej domu szła w stronę zachodniej wieży gdzie mieścił się ich pokój wspólny, ktoś odpowiedział poprawnie na zagadkę i wszyscy po koleji wchodzili przez stare drewniane drzwi na których znajdowała się kołatka w krztałcie orła i po chwili już byli w pokoju wspólnym. Był to duży, okrągły pokój utrzymany w błękicie i złocie, na kopululastym klepieniu iskrzyły się złote i srebrne gwiazdy, podobnie jak na dywanie, a na przeciwko wejścia stało popiersie Roveny Ravenclow. Luna usiadła w jednym z foteli znajdujących się przy ścianie pokoju i spojrzała w okno na niebo pokryte gwiazdami. Przez całe wakacje myślała o tym co przyniesie jej ten nowy rok, ale to co zastała calkowicie przewyższało nawet najśmielsze jej wyobrazenia o tym. Nauczyciel karający Cruciatusem przez 5min tylko za to ze Neville skierował różdżkę w stronę ślizgona? To jakie kary będą stosowane za większe przewinienia? Dziewczyna całe wakacje poświęciła na wymyślanie sposobu zbliżenia się do Snape'a (bo przecież nie podejdzie do niego od tak powiedzieć że jak ma ochotę z kimś pogadać to może pogadać z nią) a teraz zastanawiała się czy jednak profesor Dumbledore się nie mylił co do obecnego dyrektora - Luna rozumiała że ten musi tańczyć pod melodię która zagra mu Voldemort, ale mimo wszystko jak mógł doprowadzić do tak wielkich zmian? Obserwowała go kątem oka cały wieczór, ale on wcale nie ułatwiał jej sprawy - po za momentami gdy podczas swojej przemowy uśmiechnął się - twarz miał cały czas z tym samym chłodnym, beznamiętnym wyrazem, co w najmniejszym stopniu nie wskazywało na jego korzyść. Z nikim nie zamienił wiecej niż kilka słów, jedyna zmiana była taka że o ile kiedyś miał apetyt, tak dziś jadł nie wiele a właściwie to tylko grzebał widelcem w talerzu, za co całkiem sporo wypił - sądząc po jasnoróżowej barwie napoju było to wino skrzatów (krukonka pierwszy raz widziała aby przy stole nauczycielskim był podawany jakikolwiek alkohol) jednak nawet pomimo wypitego napoju nic nie zmieniło się w jego zachowaniu na co miała wielka nadzieję. Pogrążona w ponurych myślach ruszyła w stronę dormitorium, gdzie położyła się na swoim łóżku i osunęła się w ramiona Morfeusza.

piątek, 11 października 2013

Rozdział 4

Luna siedziała na parapecie w jej dormitorium. Jej współlokatorki w końcu zasnęły i teraz siedziała w ciszy i spokoju patrząc w bezchmurne niebo. Tyle się stało w ciągu ostatnich godzin... Dyrektor nie żyje, szkoła została właściwie bez ochrony, Voldermort może tu robić co mu się podoba, a oni sami nic nie mogą na to poradzić. Albus Dumbeldore, największy czarodziej naszych czasów, jedyna osoba której Sami-Wiecie-Kto się bał zginęła z rąk Severusa Snape'a, człowieka któremu ufał bezgranicznie. Jednak cały czas chodziła jej ostatnia rozmowa jaką przeprowadziła z Dyrektorem: "to co stanie sie niebawem rzuci bardzo zły cień na profesora Snape'a. Cały zakon przestanie mu ufać (...)Jednak musisz wiedziec że cokolwiek się stanie, profesor Snape cały czas jest po naszej stronie a cokolwiek robi, jest to na moją proźbę." Czy to możliwe? Czy możliwe że Dyrektor się poświęcił się "dla większego dobra" jak to okreslił? Ale z drugiej strony, jak jego śmierć miała im pomuc? Jedynie pogorszyła i tak beznadziejną już sprawę! Dziewczyna siedząc tak i rozmyślając do czekała ranka, i gdy pierwsze promienie słońca oświeciły jej bladą twarz z podkrążonymi od zmęczenia i braku snu oczami ruszyła do łazienki by jak co dzień zająć się poranną toaletę. Zawsze cicho coś nuciła, patrzyła z uśmiechem w swoje odbicie w lustrze i czasami nawet pobawiła się z kurzykami (małe zwierzątka zamieszkujące słabo dostępne i rzadko sprzątane miejsca w naszym domu), dziś jednak było inaczej. Robiła wszystko automatycznie patrząc pustym zwrokiem przed siebie. Po 15 minutach była już ubrana, i schodziła po schodach do pokoju wpólnego. Za kilka godzin miał się odbyć pogrzeb dyrektora, a później mieli wrócić do swoich domów. Już na początku roku szkolnego wiedziała ze ten rok bedzie inny. Po tym co się wydarzyło w Ministerstwie nie było szans na życie takie jakie było wcześniej. Każdy dzień przynosił nowe tragedie, nowe ofiary: czasami na czarodziejach, czasami na mugolach. Nawet niemagiczni wyczuwali strach choć oczywiście nie wiedzieli co się dzieje. Gdy weszła do pokoju wspólnego na pierwszy rzut oka wydawałoby się że jest pusty więc skierowała się ku wyjściu, ale już bedąc przy drzwiach usłyszała stłumiony szloch. Odwróciła się w stronę fotela w kącie pokoju i zobaczyła pierwszoroczną skuloną w fotelu. Podeszła do niej, i nic nie mówiąc przytuliła. Dziewczynka była z rodziny mugoli, Luna doskonale pamięta jaka zachwycona a zarazem przestaszona była pierwszego dnia, patrzyła na wszystkich z ufnością w oczach, mysląc że świat do jakiego weszła jest tak magiczny, dobry i miły jak jej się na początku wydawało. A jedyne co zdąrzyła na razie doświadczyć to strach o siebie i rodzinę która została nie świadomie wciągnięta w wojnę dobra ze złem, i świadomość że może więcej do Hogwartu nie wrócić - a najprawdopodobniej nawet nie chce. Luna by się wcale nie zdziwiła jak by uzdolniona mugolka wróciła do swojego świata udając że ten rok nie miał miejsca i odcięła się od tego wszystkiego. W sumie dobrze by zrobiła - lepiej niech odetnie się od tego wszystkiego, przynajmniej na razie, dopuki Voldemort nie zostanie zgładzony.
Ona sama wiedziała że jak tylko szkoła będzie czynna od września to na pewno tu wróci - nie może zostawić przyjaciół samych. Po jakiejś godzinie poczuła że dziewczynka w jej ramionach powoli zasypia. Wsłuchując się w jej spokojny oddech Luna sama poczuła że daje o sobie znak jej zmęczenie po stoczonej bitwie, cały następny dzień w którym w miare możliwości funkcjonowała i noc której nie przespała. Po kilku minutach sama wpadła w ramiona snu.
Kilka godzin później siedziała już w Expresie Hogwart jadącym do Londynu. Wzięła udział w pogrzebie Dyrektora, tak jak i większość uczniów. Od wydarzeń na wieży nikt nie widział ani profesora Snape'a, ani Malfoy'a. Pewnie świętuja zwycięstwo w tej bitwie. Mimo że rozsądek podpowiadał jej że nie powinna ufaś profesorowi, to jednak słowa które usłyszła wciąż chodziły jej po głowie, i gdzieś w najdalszym zakątku serca miała wrażenie że jednak ufa Mistrzowi Eliksirów, i to nie tylko dlatego że prosił ją o to Dyrektor. Po prostu nie wierzyła że ten człowiek na prawdę jest zły. Był twardy, nigdy nie pozwolał sobie na okazanie uczuć, trzymał w sobie to wszystko i zawsze był idealny w każdym calu. Jednak Luna była pewna że w żeczywistości był bardzo wrażliwy i potrzebował zrozumienia u innych, rozmowy i tego wszystkiego co ma każdy z nas na co dzień - to że udawał takiego niedostępnego i zimnego tylko poglębiało jej przekonanie o tym jak bardzo jest wrażliwy. Zauważyła to juz wcześniej, ale teraz patrzyła na niego z innej perspektywy - co zrobić żeby ten nieprzystępny człowiek się na nią otworzył, żeby mogła wykonać misję poleconą jej przez Dyrektora? Wiedziała że to nie będzie proste, że będzie to wymagało dużo sprytu i odwagi z jej strony, ale postanowiła zaryzykowac. Jak tylko bedzie miała możliwość z całych sił będzie próbowała przekonać do siebie profesora, przecież nikt nie może trzymać wszystkiego w sobie, bo kiedyś wybuchnie. A taki wybuch może być bardzo niebezpieczny, i to nie tylko dla niego samego.

Neville siedział na kocu z tyłu domu z kubkiem gorącego mleka w dłoni, wpatrywał się w zachodzące na różowo słońce. Kiedyś takie spokojne wieczory kojarzyły mu się własnie z domem, babcią gotującą w kuchni kolacje, cykającymi konikami polnymi i cichym rechotem żab czających się w trawie. Jednak od kilku tygodni takie wieczory kojarzą mu się z Nią. Z jej rozmarzonym głosem gdy opowiadała mu o nieistniejących magicznych stworzeniach, z jej srebrnymi oczami zawsze patrzącymi na niego z lekkim zdziwieniem gdy poddawał w wątpliwość którąś z jej teorii, z jej delikatną białą niczym mleko dłonią zakładającą za ucho niesforny biały lok. Tego ostatniego 'normalnego' wieczora w szkole, nim rozpętało się piekło właśnie w taki jak ten wieczór siedzieli w cieniu zakazanego lasu patrząc na zachód taki jak ten. Wrócili właśnie z lasu gdzie karmili testrale, gdy Luna potknęła się o kamień i skręciła kostkę. Usiedli na trawie, a ona jednym zaklęciem nastawiła kostkę, ale poprosiła by odpoczęli aby ból całkowicie zdąrzył przeminąć. Opowiadała mu o tym że z lilii wodnych o zmroku wychodzą wielkości palca dziewczynki - wróżki i tańczą  na płatkach kwiatów by nad ranem znów schować się w kwiaty i odpocząć po wieczornych tańcach, i o tym że w wakacje jej ojciec obiecał jej złapać prawdziwego, mugolskiego kota (do czarodzieji podchodziły tylko te zwierzęta, które miały w sobie choć odrobinę magii, mugolskie uciekały zawsze w popłochu). Po kilku chwilach rozmowy oparła głowę o jego ramie i przymkneła oczy. Ciemne rzęsy żucały cień na jej policzki, teraz lekko zarumienione. W tym momencie poczuł nić nadzieji że dziewczyna odwzajemnia jego uczucie. Chwycił delikatnie jej podbrudek i uniusł głowę tak że dzieliło ich zaledwie kilka centymetrów. Podniosła powieki i spojrzała w jego oczy. Chciał by ten moment trwał wiecznie. To była tak magiczna chwila, jakiej nigdy w życiu nie przeżył, a jednocześnie bał się jak nigdy w życiu. Bał się o to że ją przestraszy, że ta przerażona ucieknie, że odrzuci go. Ale ona jedynie lekko się uśmiechneła i odsuneła mówiąc że powinni już wracać bo robi się ciemno. W wielkiej sali rozeszli się każde idąc do swojego dormitorium, choć miał wrażenie że Luna lekko posmutniała. Może miała nadzieję że ją pocałuje? Ta myśl wywołała na jego twarzy szczery uśmiech. Dotarł do Pokoju Wspólnego, i zaczął pomagać jakiemuś piewszorocznemu w zielarstwie cały czas myśląc o tamych oczach patrzących na niego z takim zaufaniem, i tym czymś - nie wiedział co to, na samo wspomnienie jego serce zaczynało mocniej bić. Pokój Wspólny opustoszał, ale on nie mógł myśleć o spaniu, siedział uśmiechając się do swoich myśli. Wyobrażał sobie jak przy najbliższym spotkaniu weźmie ją w ramiona, jak poczuje słodki zapach jej włosów i poczuje smak jej różowych ust. A chwile później już walczył ze śmierciożercami w bitwie o Hogwart. W następnych kilku dni achczęsto ją przytulał - jednak zupełnie nie tak jak to sobie wyobrażał - były to uściski pocieszenia dwojga przyjaciół.
Po powrocie do domu na wakacje często do siebie pisali - głównie o tym co robili w te wakacje, wysnuwali teorie co do nowego roku szkolnego, komentowali wydarzenia i raporty z Proroka Codziennego. I pomimo że największym marzeniem Nevilla było wziąść ją w ramiona, wiedział że przed nim długa droga do dnia kiedy marzenie się spełni....

wtorek, 1 października 2013

Rozdział 3

Severus właśnie wrócił do zamku ze spotkania z Czarnym Panem. Draconowi udało się wykonać część swojego zadania - znaleść sposób na wpuszczenie Śmierciożerców do zamku. Druga część zadania była zależna od silnej woli chłopaka, oraz ilości zła drzemiącego w jego duszy, jednak o to nauczyciel się nie martwił - wiedział że ten nie da rady. I wiedział też co on wtedy zrobi. Powinien być zadowolony. Przez tyle lat był pionkiem w grze Czarnego Pana i Dumbledore'a. Dziś jednego miało zabraknąć, i miał on zginąć z jego reki. Jednak zamiast tego czuł jedynie pustkę. Wszechogarniającą pustkę. Wiedział że po tym co zrobi zostanie hojnie nagrodzony przez Czarnego Pana, a znienawidzony przez Zakon i tych którzy wierzyli że pomimo wszystko jest dobry. Nikt nie będzie wiedział że do końca będzie bronił ich życia. Będę żyć dzięki niemu, a i tak do końca swoich dni będzie przez nich znienawidzony.
Wszedł do swojej sypialni i zdjął pelerynę. Na całe szczęście nie musiał nosić tych okropnych szat Śmierciożerców - jego status już dawno pozwolił mu na zawieszenie ich najdalszym zakątku jego szafy. Rozpiął też tunikę posiadającą mnóstwo guzików. Mógł użyć do tego magii, ale robienie tego bez zaklęcia zawsze uspokajało go. W samej białej koszuli i spodniach rzucił się na łóżko i patrzył niewidzącymi oczami w czarny rozciągający się nad nim baldachim. Dotychczas chociaż czasami miał z kim porozmawiać. Czasami z Minerwą, czasami z kimś z Zakonu... Oczywiście nigdy nie był jakoś specjalnie towarzyski ani gadatliwy, ale czasami on też chciał z kimś porozmawiać tak po prostu o wszystkim i o niczym, on też był człowiekiem. A teraz jedyne co mu zostanie to rozmowy z Czarnym Panem i całą resztą tych opętanych przez zło i czarną magię ludzi. Jutro ma zostać Dyrektorem Szkoły. Severus Snape, dyrektor Szkoły Magii i Czarodziejstwa Hogwart. Nagle zdał sobie sprawę z komiczności tej sytuacji. Za kilka godzin miał zabić największego czarodzieja od czasu Merlina, a myślał o tym że nie będzie miał z kim rozmawiać i jak będzie brzmiał jego nowy tytuł w świecie czarodzieji. Na tę myśl roześmiał się sam do siebie - chyba całkowicie pada mu na głowę już teraz skoro śmieje się do baldachimu bez większego powodu. A śmiał się bardzo, bardzo rzadko. Większość uczniów przez 7 lat nauki nigdy nie widziało jak Mistrz Eliksiów chociażby unosi kąciki ust w lekkim uśmiechu. A jak któryś już miał taki widok przed sobą to wiedział że nie wróży on nic dobrego.
Po dobrych 30 min patrzenia w baldachim i rozmyśleniach podniósł się i ruszył w kierunku barku w kącie sypialni. Odkąd 18 lat temu zajął te komnaty nic się w nich nie zmieniło. Choć nie było to jego ulubione miejsce w zamku było to jego schronienie. Tylko tu mógł być sobą. Napełnił kryształowy kieliszek bursztynowym trunkiem i wychylił opróżniając ją za jednym podejściem i napełnił drugi raz. Wciąż trzymając butelkę ognistej w jednej i szklankę w drugiej ręce usiadł na sofie, a butelkę postawił na szklanym stoliku. Zerknął na zegar wiszący nad kominkiem, miał jeszcze godzinę aby się wykąpać i przenieść do Trzech Mioteł.

Rajni Zabini siedziała w typowym hotelowym pokoju. Duże łóżko na środku pokoju, komoda, mały stolik, i nudny obraz na ścianie. Niewielkie okno wychodzące na główną ulicę Hogsmeade, i para drzwi - jedne prowadzące do łazienki, drugie na przedpokój. Ona sama leżała na łóżku w ciemnoczerwonej szacie, patrząc tempo w rdzawy baldachim i myśląc o nadchodzących godzinach. Powinna być zadowolona - plan Czarnego Pana spełnia się w każdym calu. Dziś pozbędą się ostoi czarodzieji którzy nie poddają się woli Czarnego Pana. Ale jakoś nie bardzo mogła wykrzesać z siebie nawet odrobiny radości. Była spięta i przerażona, bała się o swojego syna który teraz siedzi pewnie z kolegami w pokoju wspólnym nie wiedząc że dzisiejszej nocy wygrają jedną z ważniejszych bitew - żaden uczeń z wyjątkiem Dracona Malfoy'a nie wie. Oczywiście nie powinna się niczym martwić, Dyrektor na pewno domyśla się tego co nadchodzi, więc jest jakoś przygotowany i w pierwszej kolejności postawi na bezpieczeństwo uczniów. Sama siebie próbowała uspokoić tłumacząc sobie że Dumbledore zawsze był przygotowany na każda ewentualność i jej synowi na pewno nic się nie stanie. Wydawałoby się ze jako aktywny śmierciożerca uważa że uczucia są nie ważne i tylko osłabiają człowieka. Jednak ona wiedziała że wręcz przeciwnie - miłość może dać człowiekowi nie ograniczoną siłę i moc, choć powoduje również całkowicie nie pozytywne uczucia takie jak złość, zazdrość, lub czasami jak np. w Lucjusza przypadku nawet nienawiść. Oj tak, Lucjusz Malfoy, mężczyzna głośno twierdzący że miłość to uczucie dla słabeuszy, jest przez to znienawidzone przez siebie uczucie całkowicie owładnięty, choć z pewnością to wciąż do niego nie dotarło. Biedna Narcyza. Z 3 sióstr Black tylko Andromeda dobrze skończyła. Bellatrix też była co prawda na swój własny sposób szczęśliwa, ale Narcyza... Tej współczuła z całego serca. Nie miała jednak czasu na dalsze rozmyślania o wątpliwym szczęściu kobiet w kręgu Śmierciożerców ponieważ usłyszła ciężkie kroki na korytarzu i po kilku sekundach drzwi pokoju otworzyły się. Odruchowo uniosła się na łóżku i skierowała różdżkę w stronę drzwi.
 - No wiesz co Rajni, nie tak się wita cichego przyjaciela w pokoju hotelowym. - powiedział z szyderczym uśmiechem na twarzy Snape.
 - No wiesz co Severus, nie z taką miną wita się kobietę która ma Ci zapełnić w przyjemny sposób okres oczekiwania przed bitwą. - odgryzła się z hardym spojrzeniem.
Severus zamknął za sobą drzwi, rzucił zaklęcie by nikt nie wszedł i powolnym krokiem podszedł do kobiety stojącej przy łóżku.

Kilka godzin później, wychodząc z Trzech Mioteł do Snape'a dotarł patronus od Dracona z wiadomością że właśnie wpuścił do zamku Śmierciożerców. Profesor deportował się przed bramę szkoły, wszedł szybko na błonia i ruszył w kierunku wejścia do szkoły. Już na kilka pięter przed wieżą astronomiczną słyszał krzyki Bellatrix na Dracona żeby to zrobił. Severus przyśpieszył kroku i po chwili już był na wieży. Po kilku następnych sekundach patrzył już w puste oczy profesora Dumbledore'a.

niedziela, 29 września 2013

Rozdział 2

Bardzo was przepraszam za braki polskich znaków. Mam nadzieję że nie zakłóci to waszego czytania
--------------------------
5 lat wcześniej
Luna jak zawsze obudziła się z uśmiechem na twarzy i rozmarzonym wzrokiem spojrzała w okno. Jaki piękny dzień! Świeciło słonce, na niebie nawet jednej chmurki, a ptaki gruchały wesoło. Podniosła się szybko z łózka uważając na gnębiwtryski (nie chciała aby któryś wpadł jej do ucha i zaćmił jej umysł) i ruszyła do łazienki. Zawsze pierwsza zajmowała łazienkę, z prostej przyczyny - zawsze pierwsza wstawała. Dziewczyny z jej dormitorium - Kate, Betty i Victoria zawsze późno wstawały, po czym były kłótnie która pierwsza idzie do łazienki bo żadna nie chce się spóźnić na lekcje. Luna szybko się ogarnęła i jak wychodziła z dormitorium to dziewczyny jeszcze spały. Usiadła w pokoju wspólnym i patrzyła na sprzątające w pośpiechu skrzaty domowe. Gdy tylko Smerfetka zauważyła młodą czarownicę od razu do niej podeszła i zagadała.- Panienko Lovegood, potrzebuje panienka czegoś? Poranki nie są jeszcze zbyt cieple a dopiero rozpaliliśmy ogień więc może gorącej czekolady na rozgrzanie się panience przynieść? - Smerfetka bardzo lubiła samotnie siedzącą czarownicę. I z wzajemnością. - Tak, dziękuję Smerfetko - z uśmiechem powiedziała Luna a skrzatka od razu zniknęła z tym charakterystycznym pyknięciem by za pół minuty pojawić się z kubkiem gorącej czekolady i talerzem z ulubionymi ciastkami dziewczyny - pieguskami. Luna nie miała w prawdzie ochoty ani na czekoladę ani na ciasteczka, ale przyjęła to z uśmiechem od skrzatki - wiedziała że jak by odmówiła to skrzatka zasypała by ja innymi propozycjami, a gdyby wciąż odmawiała to ta popłakałaby się że nie może zapewnić jej tego na co ma akurat ochotę. Pokój wspólny powoli zaczynał się zapełniać nie do końca rozbudzonymi jeszcze uczniami. Kilka minut przed 8 Luna opuściła wieżę i udała się na śniadanie do Sali Wejściowej. Usiadła przy stole swojego domu, nalała sobie herbaty z cytryną i zaczęła jeść tosta z dżemem. Po kilku minutach do Sali wleciały jak codziennie sowy. Od razu zauważyła jaskrawo pomarańczową sowę lecącą w jej kierunku. Jej tato zawsze uważał że sowy to zdecydowanie za smutne zwierzęta. Przez długi czas zastanawiał się jak rozweselić ich sowę, aż w końcu postanowił że zmieni kolor jej piór. Próbował wielu kolorów: różowego, fioletowego, niebieskiego, żółtego, aż w końcu stanęło na pomarańczowym, i od tego nazwał ją Pomarańcza. Sówka podleciała, rzuciła list przed dziewczyną i od razu odleciała, za pewne do sowiarni. Biedna sówka, pewnie nie jest akceptowana przez inne sowy z powodu upierzenia. Postanowiła że w najbliższym liście poprosi tatusia aby ten przywrócił naturalny kolor Pomarańczce. Tatuś pisał że właśnie zaczyna projekt diademu Roweny, i że wczoraj wieczorem ugryzł go gnom. Nie zdążyła jeszcze doczytać listu od tatusia jak podleciała do niej jeszcze jedna sowa - tym razem jedna w tych które posiadała szkoła. Dziewczyna spojrzała na nią nie pewnie - przez całe 6 lat nauki w Hogwarcie dostawała listy tylko od ojca. Zdziwiona wzięła list od puchacza i otworzyła kopertę. 

Panno Lovegood, mam do Pani proźbę o odwiedzenie mnie dziś w moim gabinecie, zaraz po ostatniej lekcji. Jest to sprawa nie cierpiąca zwłoki. Hasło to 'landrynki'.
Z wyrazami szacunku
Albus Dumbledore

Luna była jeszcze bardziej zdziwiona niż zanim otworzyła kopertę. Profesor Dumbledore coś od niej chce? Musiało to być niezwykle ważne skoro prosi ją o spotkanie. Reszta dnia upłynęła jej na myśleniu o przyczynie ich planowanego spotkania. Lekcje minęły jej niezwykle szybko, nawet Obrona przed czarną magią na której została pozbawiona 10 punktów dla swojego domu ponieważ zająknęła się podając definicję czerwonego kapturka. Niby dzień jak co dzień ale Luna miała wrażenie że coś nie dobrego się szykuje. Gdy tylko skończyła zaklęcia skierowała się w stronę gabinetu dyrektora. Przywitała się z gargulcem, podała hasło i wpierw zapukawszy weszła nie pewnie do gabinetu.
- Dzień dobry profesorze Dumbledore
- Witam panno Lovegood. Jak minął Pani dzień? - zapytał uprzejmie wskazując jej krzesło znajdujące się przed jego biurkiem.
- Dobrze, chociaż profesor Snape odjął prze ze mnie 10 punktów dla mojego domu.
Na tą odpowiedź profesor uśmiechnął się pod nosem delikatnie, ale tylko na sekundę. Po chwili miał już niezwykle poważną minę i patrzył na nią jakimś dziwnym wzrokiem... Jak by ją oceniał....
- Zaprosiłem Cię do siebie ponieważ mam do ciebie pewną proźbę. Chodzi właśnie o profesora Snape'a. Myślę że w najbliższym czasie stanie się coś złego. - Widąc że dziewczyna już otwiera usta by coć powiedzieć uniusł rękę dając jej tym do zrozumienia że teraz on mówi - Nie mogę Ci powiedzieć co, nie mogę też tego powstrzymać, dlatego też po prostu się z tym pogodziłem. Jednak to co stanie się niebawem rzuci bardzo zły cień na profesora Snape'a. Cały zakon przestanie mu ufać, umocni się jego pozycja w kregu Śmierciożerców. Będzie niemalże na równi z Voldemordem. Jednak musisz wiedzieć że cokolwiek się stanie, profesor Snape cały czas jest po naszej stronie a wszystko co robi, jest to na moją proźbę. W tym trudnym dla niego czasie będzie potrzebował wsparcia, choć oczywiście nie przyzna się do tego - na chwilę zapadła cisza. Pierwsza odezwała się Luna
- Więc prosi Pan abym w chwili gdy wszyscy zwątpią w profesora Snape'a podtrzymywała go na duchu? - zapytała zdziwiona. Nie rozumiała czemu ona. Przecież profesor nawet jej nie lubił. Któryś z jego wychowanków z Domu Węża na pewno byłby odpowiedniejszym kandydatem na pocieszanie profesora. 
- Tak, Luno, Ty moim zdaniem jesteś najodpowiedniejsza. Nie da się Ciebie nie lubić, po za tym jesteście całkowitym siebie przeciwieństwem. Jestem przekonany że profesor z czasem zacznie doceniać Twoje towarzystwo - Powiedział to niby łagodnie, ale Luna wyczuła że w sumie to sprawa jest przesądzona a ona nie wiele ma do gadania, ma zrobić jak dyrektor każe i tyle. Przytaknęła lekko głowa. - Świetnie że doszliśmy do porozumienia - zadowolony z siebie powiedział dyrektor - I pamiętaj. Cokolwiek zrobi profesor, robi to dla większego dobra, i z mojego polecenia. A teraz możesz już iść się pouczyć, mam kilka praw do załatwienia. Dziewczyna wzięła swoją torbę z książkami i ruszyła do drzwi. Na schodach minęła się z Harry'm który również szedł do gabinetu dyrektora i poszła w stronę pokoju wspólnego swojego domu. Dyrektor tym czasem czekając na Harry'ego zapatrzył się na chwilę w ogień. Wiedział że dobrze zrobił. Severus potrzebuje kogoś kto będzie go podtrzymywał na duchu, a Luna nie była jakoś szczególnie ważna więc Voldertowi nie przyjdzie nigdy do głowy że mogłaby cokolwiek wiedzieć. Pomyśli że dziewczyna jest zabawką Severusa. Z resztą nie powiedział jej w sumie nic ważnego. Tak, zrobił dobrze.

Rozdział 1

Kilka słów ode mnie. Nie wiem czy jest blog który porusza temat Luny i Snape'a, ale mam nadzieję że będzie wam się podobać ten który piszę. Liczę na szczere słowa krytyki i miłego czytania :)
------------------------------
Był wczesny czerwcowy poranek. Słońce zaglądało w okna domów, a ptaszki wesoło świergotały budząc swoim śpiewem. Przez ulice, wciąż niezapełnione przez samochody przebiegł biały puszysty kot, swoimi niebieskimi oczami wpatrując się w drzwi. Przeskoczył sprawnie przez ogrodzenie, wbiegł po schodkach, i skoczył na parapet okna znajdującego się przy drzwiach wejściowych i czekał aż jego właścicielka się obudzi i wpuści go do domu. Nie czekał długo. Po kilkunastu minutach drzwi lekko się uchyliły a kocur zeskoczył szybko z parapetu i wszedł przez uchylone drzwi ocierając się o nogi właścicielki. Dziewczyna zamknęła drzwi i ruszyła w stronę kuchni a kocurek za nią. Zwinnym ruchem skoczył na stół, usiadł na wczorajszym wydaniu Proroka Codziennego i spojrzał na właścicielkę krzątająca się w kuchni. Była to drobnej postury młoda kobieta, z bardzo jasnymi, prawie białymi włosami sięgającymi aż za pośladki. Dziewczyna szybko i sprawnie zrobiła śniadanie - jajecznicę na boczku i rozdzieliła ją z patelni na 2 talerze - dla siebie, i kocurka. Odwróciła się w stronę stołu i spojrzała swoimi błękitno - srebrnymi oczami i z jak zawsze rozmarzoną lekko miną na kota siedzącego na gazecie.
- Henryku, ile razy prosiłam żebyś nie siadał na stole? Ja jadam przy stole, a Ty jak zawsze pod parapetem. Nie zdziczałam jeszcze jak Umbrige żeby ubóstwiać koty jak egipcjanie - powiedziała to z lekka nagana w głosie ale zaraz się uśmiechnęła i postawiła talerz z jajecznicą pod parapetem a Henryk zeskoczył na podłogę i szybko podleciał to jedzenia i zaczął posiłek. Dziewczyna też wzięła chleb i łyżeczkę i zajęła się swoim talerzem. Zdarzyła zjeść wsadzić go do zlewu, gdzie talerz sam zaczął się myć a w okno kuchenne zapukała jasno brązowa sowa z listem w dzióbku. Dziewczyna szybko otworzyła okno i pozwoliła sowie wlecieć, a ta gdy tylko oddała list od razu odleciała. Dziewczyna nie pewnie popatrzyła chwilę na list. Kilka dni temu w Proroku Codziennym znalazła informację że w Hogwarcie poszukują nauczyciela mugoloznastwa, a że zdała owumenty z tego przedmiotu na Wybitny i dostała się na 2-letnie studia w tym kierunku to czym prędzej wysłała sowę ze swoim zgłoszeniem na to stanowisko. Spodziewała się oczywiście sowy z odpowiedzią, ale nie była pewna czy dostanie tą posadę. Oczywiście obecna Dyrektorka zawsze ją lubiła, ale to jeszcze o niczym nie świadczyło - kto jak kto ale Minerwa McGonagall nie będzie się bawić w koneksje i znajomości, tylko wybierze na to stanowisko osobę o której jest pewna że podoła wyzwaniu. Czego jak czego, ale tchórzostwa nie można było dziewczynie zarzucić - gdy przyszło co do czego na wojnie na równi ze wszystkimi walczyła ze Śmierciożercami i nie zawachała się ani chwili mimo że wiedziała że może zginąć. A teraz, po 4 latach od tamtej nocy boi się otworzyć głupi list z odpowiedzią odnośnie pracy. W końcu zebrała się w sobie i wzięła zaadresowany do niej list:
Sz.P. Luna Lovegood
Washington Street 45
London
Odwróciła kopertę i spojrzała na godło szkoły - symbole czterech domów. Powoli delikatnie przełamała pieczęć i wyjęła list z koperty.
Szanowna Panno Lovegood.
Uprzejmie informujemy, iż Pani kandytatura na nauczyciela Mugoloznastwa została rozpatrzona pozytywnie. Prosimy o stawienie sie dziś o godzinie 18 w Gabinecie Dyrektora Szkoły w celu omówienia warunków umowy.
Z wyrazami szacunku
Minerwa McGonagall
Dyrektor Szkoły Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie
Luna stała zapatrzona w kartkę która trzymała i raz po raz przesuwała wzrokiem po literach. Nie mogła uwierzyć we własne szczęście - dostała tą pracę! Już nigdy więcej pracy w sklepie dziecięcym. Koniec z dobijającymi ja rozmowami młodych czarownic o tym jakie ich dzieci są śliczne, kochane, jak szybko rosną które tylko jej uświadamiały że gdy większość koleżanek z jej roku ma już maluchy albo przynajmniej jest w ciąży gdy ona nawet nie ma męża. Teraz będzie miała dzieci. Dużo dzieci którym będzie mogła przekazać swoją wiedzę. Wiedziała ze nie zapełnią całkowicie pustki w jej życiu ale może chociaż częściowo. Odkąd zmarł jej ojciec w nie cały rok po wojnie została całkowicie sama. Miała oczywiście Ginny, Nevila, Hermionę, Rona i Harry'ego ale oni też mieli swoje rodziny, pracę, i w sumie z nią widzieli się góra raz w miesiącu, przez godzinę, góra dwie. Ale gdzieś w sercu pojawiła się nadzieja że teraz jej życie się odmieni, że znajdzie w końcu choć cień szczęścia.
Luna spojrzała na zegarek. Była 17.20 a ona już od 2 godzin siedziała ubrana w swoje najlepsze ciemnofioletowe szaty i szpiczastą tiarę. Nerwy zżerały ją od środka i szczerze żałowała że zdążyła zjeść śniadanie zanim otrzymała list. Postanowiła wyjść wcześniej aby przejść się po ukochanych przez nią korytarzach. Wyszła z domu i przeszła kawałek ulica żeby wejść w mały zagajnik. Mijała po drodze sąsiadów którzy machali jej na powitanie i pozdrawiające ją dzieci. Wszyscy w okolicy przyzwyczaili się już do dziwnego stylu bycia i ubioru sąsiadki. Za równo w świecie magicznym, jak i nie magicznym była uważana za dziwoląga. Pomyluna jak na nią mówili jeszcze w szkole. Nigdy nie miała wielu przyjaciół, a i Ci pojawili się dopiero w 4 klasie gdy zaczęły się spotkania GD. W sumie trochę im się nie dziwiła. Po śmierci jej mamy ojciec zdziczał. Luna nie raz namawiała go żeby znalazł inną kobietę, ale on zawsze mówił że nic nie zastąpi mu jego żony. Była niezwykła czarownica, i to ona zaraziła męża historiami o nieistniejących magicznych stworzeniach, a on ponieważ kochał niezwykle mocno swoją żonę potakiwał z uśmiechem na ustach, ale Luna wiedziała że nigdy tak naprawdę w te wszystkie stworzenia nie wierzył. Ale gdy został tylko z córką, tak mocno nie chciał stracić z życia żony ze wyprofilował Lunę na jej podobieństwo. Opowiadał jej o narglach, i innych nieistniejących rzeczach, a Luna mimo że wiedziała że to wszystko nie istnieje, to i tak potakiwała i przyznawała mu rację. Rozumiała jego ból, sama czuła taki sam o ile nie większy. No i oczywiście wiedziała że zaprzeczanie ojcu nic nie pomoże. Łatwiej było udawać że to wszystko naprawdę istnieje, że jej ojciec nie oszalał. A o ile jemu jednemu nikt nie wierzył, to pomyślała że jak zacznie popierać ojca wymysły ludzie nie pomyślą że oszalał.
Weszła powoli w zagajnik nie daleko domu, by z cichym trzaskiem teleportować się przed bramy Hogwartu. W wakacje na szczęście z zamku były ściągnięte wszystkie zaklęcia, z wyjątkiem tego który pozwalał zamek widzieć jedynie czarodziejom, więc bez najmniejszego problemu przeszła przez bramę i ruszyła przez błonia w stronę zamku. Nagle zalała ją fala wspomnień: jak opowiadała Harry'emu, Ronowi i Hermionie o narglach gdy jechali powozem w piątej klasie na Ucztę, w cieniu tamtego krzaka czytała w ciepłe dni książki, idąc tym pomostem zastanawiali się nad bezpiecznym miejscem na spotkań DG... Mogłaby wyliczać bez końca. Zrobiło jej się bardzo smutno, poczuła się jeszcze bardziej samotna niż zwykle. Po kilku minutach powolnego spaceru i wdychaniu ukochanego przez nią zapachu drugiego domu wspięła się po schodach i weszła do zamku. Drzwi do Sali Wejściowej były zamknięte, ruszyła więc dalej po schodach. Zerknęła na zegarek który dostała w swoje 17 urodziny. Miała jeszcze 20 min, ruszyła więc w stronę pokoju wspólnego Ravenclow. W połowie drogi zauważyła sunąca smutną Szarą Damę. Uśmiechnęła się do niej delikatnie, a tą ledwie zauważalnie odwzajemniła uśmiech.
- Witamy ponownie w Zamku. Co Cię sprowadza moja droga?
- Witaj Szara Damo. Przyszłam omówić szczegóły mojego zatrudnienia na stanowisku nauczycielki Mugoloznastwa.
Szara Dama z uznaniem w oczach spojrzała na kilka set lat młodsza koleżankę i uśmiechnęła się tym razem bardziej.
- No no, Luno, zawsze wiedziałam że kiedyś tu wrócisz. Za bardzo kochasz to miejsce. Tym bardziej że zostałaś sama. W sumie miałam nadzieję że obejmiesz to stanowisko. Jesteś jeszcze bardzo młoda, ale jestem całkowicie pewna ze dasz sobie rade.
W oddali usłyszeli cichą rozmowę. Luna zdziwiona spojrzała w stronę z której dochodziły głosy, a Szara Dama jak by tylko mogła, to pewnie by zbladła. Widząc minę Szarej Damy Luna wprost pojęła - zbliżał się Krwawy Baron. Każdy w zamku wiedział że Krwawy Baron jeszcze za życia zalecał się do Szarej Damy która go odrzuciła. Nawet teraz, po tylu setkach lat wciąż chciał choć w przelocie zanim ucieknie ujrzeć jej twarz. Dziś chyba nieświadomie kierował się w ich stronę - inaczej by nic nie mówił żeby nie dać znać że nadchodzi. Luna nigdy nie była romantyczką, ale gdyby nie marzyła o miłości z 'happy end'em to byłaby bez serca. Niestety jej historia nie zakończyła się szczęśliwie ale nie miała do nikogo o to pretensji. Tak po prostu miało być. Chciała pożegnać się z duchem wieży jej Domu ale ta już uciekła. Luna ponownie spojrzała na zegarek. Za 10 min miała być w gabinecie Dyrektorki, więc powoli ruszyła w tamtą stronę. Nagle uświadomiła sobie że nie zna hasła. Wysłała więc przodem patronusa że będzie za chwilę i prosi o podanie hasła. Nim doszła do gargulca już znała hasło przekazane przez srebrzystego kota który był patronusem dyrektorki. Stanęła przed wejściem do gabinetu i powiedziała hasło:
- Paszcza lwa.
Swoja droga trochę w sumie na miejscu. Wszyscy zawsze mieli bardzo duży respekt wobec profesorki, a jak coś ktoś przeskrobał i ona na to naszła to rzeczywiście - był w paszczy lwa i to dosłownie, nie licząc tego co cało się w czasie gdy Carrow'owie byli w szkole.
Weszła po schodkach i zapukała do drzwi. Od razu usłyszała odpowiedź:
- Proszę wejść panno Lovegood.
- Dobry wieczór pani profesor.
Uścisnęły sobie dłonie po czym starsza kobieta wskazała młodszej miejsce naprzeciwko siebie.
- Siadaj kochana. Zaprosiłam Cię abyśmy mogły omówić warunki twojego zatrudnienia. Niewielu uczniów wybiera mugoloznastwo, więc nie będziesz miała dużo pracy. Nie mam jeszcze konkretnego planu lekcji, ale myślę że będzie to ok. 10 godzin  tygodniowo...
Rozmawiały tak dobrą godzinę, wszystko nawet w najdrobniejszych szczegółach omówiły. Luna będzie mieszkała w zamku, otrzyma własny gabinet, sypialnię i łazienkę po poprzedniej nauczycielce, niedaleko wieży Gryffindoru, a przeprowadzić się miała w koniec sierpnia. Zarabiać nie będzie dużo, ale i tak więcej niż w tym sklepie dziecięcym po zrobieniu opłat, a przecież tu nie będzie za nic musiała płacić, więc wszystko będzie miała dla siebie na własne wydatki. Nigdy nie była próżna, ale przydałyby się jej jakieś dodatkowe szaty (oprócz tej którą miała na sobie miała jeszcze tylko dwie, i jedną zmianę mugolskich ubrań ale ich nie będzie nosić w szkole - jej status nauczycielki nie pasuje do jeansów), po za tym będzie też musiała zainwestować w kilka ozdób do jej sypialni bo to co miała u siebie w domu było już baaardzo wiekowe. No i oczywiście odkładać na starość. Luna jak zawsze była bardzo przewidywalna i myślała nie tylko o chwili obecnej, ale też przede wszystkim o przyszłości. Na koniec uścisnęły sobie ponownie dłonie.
- Dziękuję za wybranie mnie na to stanowisko pani profesor. Mam nadzieję że pani nie zawiodę.
- Ależ Luno, już nie jesteśmy nauczycielką i uczniem. Teraz jesteśmy koleżankami z pracy, mówi mi więc proszę po imieniu, Minerwa. - powiedziała z uśmiechem ex-nauczycielka dziewczyny.
- Przepraszam, nie chce Pani urazić ale jest pomiędzy nami spora różnica wieku, a ja sama na pewno będę musiała się dużo jeszcze od Pani nauczyć... - zaczęła zmieszana.
- Zapomnij, nie pomogę Ci w niczym jeśli nie będziesz się do mnie zwracała po imieniu. - powiedziała z lekka nuta srogości w głosie który Luna doskonale znała, bo często na lekcjach już to słyszała i wiedziała że nauczycielka nie ustąpi.
- Dobrze, niech będzie... Minerwo - powiedziała niepewnie na co druga się uśmiechnęła.
Wymieniły się jeszcze uprzejmościami i Luna już miała rękę na klamce gdy odwróciła się i niepewnie zapytała:
- A czy mogłabym jeszcze odwiedzić na chwile lochy? - jeszcze zanim skończyła pytanie rumieniec zagościł na jej policzkach. Minerwa uśmiechnęła się lekko.
- Od teraz jesteś panią profesor. Możesz chodzić gdzie i kiedy chcesz. Możesz karać i nagradzać. Możesz robić cokolwiek chcesz, w miarę przyzwoitości oczywiście - spojrzała na Lune w czułością w oczach. Dziewczyna przytaknęła i opuściła gabinet.
Kilka minut później schodziła już do lochów. Ale im dalej szła tym bardziej odwaga ją opuszczała. Może nie powinna? Na pewno nie powinna. Nie mogła przecież naruszać jego prywatności. Co z tego że minęły już 4 lata. Nowy nauczyciel eliksirów zdecydował że nie będzie zajmować ani sali ani komnat poprzedniego nauczyciela, więc wiedziała że nic nie zostało zmienione w Jego komnatach. Gdy już była przed drzwiami sali zawahała się na chwilę, ale ostatniecznie nacisnęła klamkę i weszła do pustej sali, następnie do gabinetu, w którym wciąż na pułkach stały słoiki z różnymi składnikami eliksirów, i sprawdziany uczniów na biurku, obok rzuconego w pośpiechu pióra i atramentu który dawno zdążył wyschnąć. Otworzyła pierwsza szufladę biurka - zawsze było zabezpieczone zaklęciami, ale jako że profesor nie żył to szuflada powinna ustąpić. Jednak nie chciała. Zamknięte. Zdziwiona wyjęła różdżkę z kieszeni w szacie i mruknęła Alohomora. Nic, dalej zamknięte. W sumie to wiedziała że jak On zamknął tą szafkę to nie tak łatwo ją otworzy. Po kilku próbach sama do siebie mruknęła:
- O matko, dziewczyno, po co jesteś z Domu Roveny skoro nie potrafisz otworzyć głupiej szafki? Luna, dasz... - przerwała w pół słowa bo szafka sama się otworzyła. Dziwne. Stała poprostu z różdżką skierowaną na szafke i wymówiła swoje imie. Czyżby ustawił je jako hasło? Przez chwile stała jak słup soli po czym zajrzała do szafki. Był tam zeszyt, dosyć gruby, oprawiony w czarną skórę. Zajrzała na pierwszą stronę, gdzie pochyłym drobnym pismem odczytała:
Własność Severusa Snape. Zajrzała na kolejne strony i z tekstu zrozumiała ze to był Jego pamiętnik. Przycisnęła go do siebie i zamknęła delikatnie szufladę. Podeszła do drzwi prowadzących do Jego sypialni i stała tak kilka chwil próbując zebrać się w sobie. Nie było to łatwe. Fala wspomnieć zalała ją jak morze w czasie przypływu plażę, jednak wiedziała że tak szybko jak woda nie odpłyną. Nie odpłyną nigdy. Drzwi ustąpiły lekko, nawet nie zaskrzypiały. Odruchowo uniosła różdżkę w stronę kominka i jednym zaklęciem rozpaliła ogień. W pokoju było idealnie tak samo jak wtedy gdy była tu ostatni raz. Białe ściany pokryte prawie całkowicie regałami na których stały opasłe tomy najczęściej pokryte czarną skórą, kominek z czarnych kamieni, duże łóżko, biała pościel, czarny baldachim, stół ze szklanym blatem, obok dwa czarne fotele i sofa, w kącie pokoju mały barek z butelkami ognistej, i innymi magicznymi i nie trunkami. Poczuła płynące po twarzy łzy. Myślała że da radę. Jest silna nawet jeśli na to nie wygląda. Jest silna, i minęły już 4 lata. Jest silna. Padła na kolana nawet nie czując bólu jaki spowodował upadek i zaniosła się szlochem.