piątek, 29 maja 2015

Wracam

Witajcie
Szczerze powiem ze bylam pewna ze nikt tu juz nie zaglada  no i patrze a tu nawet nowe komentarze z prozba o powrot. Kocham Was za to i oznajmiam iz powracam. Nowa notka najdalej 5 czerwca.
Dziekuje Wam bardzo za motywacje
Buziaki

piątek, 27 marca 2015

Rozdział XX

Rozdział XX
Od ostatniego, nagłego zebrania członków Zakonu Feniksa mijał już drugi dzień ale puki co żadno z nich nie dostało wiadomości o ataku. Wszystko toczyło się tak zwyczajnie jak zawsze, że aż ciężko było uwierzyć że w każdej chwili mogą zostać wezwani do bitwy w której mogą stracić swoje życie. Jedynie Snape był w jeszcze gorszym humorze niż zwykle. Natomiast Luna nie była w stanie myśleć o niczym innym jak wizja którą miała. Czy to możliwe że spełni się ona właśnie na tej bitwie na którą czekali? No i jeszcze jedno. Podczas swojej misji rzuciła czarnomagiczne zaklęcie na Lucjusza gdy Neville zaczął przegrywać. Czy to znaczy że niepozbyła się całkowicie tej ciemności ze swojego serca? A może w panice wypowiedziała zaklęcie, i czarna magia znów nią owładnie? Co prawda Snape był po ich stronie a udawało mu się rzucać tego typu zaklęcia i pozostać ''normalnym'', ale szczerze watpiła czy jest aż tak silna jak on. Nie, ona była pewna że nie była. Jak więc miała sobie z tym wszyskim poradzić? W umyśle miała istną burzę pytań na które nie znała odpowiedzi. Powinna porozmawiać z Dumbledore'm. Tak, to było jedyne rozsądne rozwiązanie. Wciąż pogrązona w myślach wstała z zamiarem udania się do gabinetu dyrektora gdy ktoś pociągnął ją za rękaw.
- Luna, co ty robisz?
Ginny patrzyła na nią ze zdziwieniem wymalowanym na twarzy. Krukonka rozejrzała się do okoła i stwierdziła że jest w klasie, a głowy wszystkich uczniów jak i profesor Mc'Gonagall były skierowane w jej kierunku. Kurcze, była tak zamyślona że zapomniała że jest na transmutacji.
- Ja... przepraszam pani profesor.
Zajęła ponownie swoje miejsce w ławce obok rudowłosej gryfonki czując na sobie uważny, zatroskany wzrok nauczycielki. Kilka minut pużniej rozległ się dzwonek ogłaszający koniec lekcji. Blondwłosa zebrała swoje książki i wsadzając je do torby ruszyła razem z Ginny na obiad. Do Dumbledore'a pujdzie po lekcji ze Snape'em.

Hermiona dodała właśnie ostatni składnik do eliksiru bezsennego snu i zamieszała trzy razy zgodnie ze wskazówkami zegara. Jak zwykle skończyła jako pierwsza i z politowaniem patrzyła jak Harry próbuje zaklęciem zmienić kolor eliksiru na pożadany. No na prawdę, czy przez te wszystkie lata ani razu nie zobaczył na pierwszej stronie podręcznika informacji że żadno zaklęcie nie zmieni koloru mikstury? Szeptem podpowiedziała mu żeby jak najszybciej dodał suszony liść mandragory to będzie lepiej. Zerknęła w stronę Snape'a który siedział za biurkiem sprawdzając jakieś prace. Musi porozmawiać z czarodziejem. Podczas obiadu Ginny podzieliła się z nią swoimi obawami co do samopoczucia Luny. W sumie to nic dziwnego że krukonka zachowuje sie inaczej. Po pierwsze myśli o swojej wizji a po drugie boi się że w trakcie walki czarna magia znów nia zawładnie. Nie trzeba umieć czytać w cudzych myślach aby się tego domyślić. Ona sama nie wiedziałaby co zrobić w takiej chwili. W dodatku jej ojciec wciąż nie jest przytomny... Musi być jej na prawdę z tym wszystkim ciężko. Ma jedynie nadzieje że dupek z lochów okaże choć troche współczucia i postara się jakoś pomuc jej przyjaciółce chociaż z kwestą walki i zaklęć. Mogła co prawda sama poszukać odpowiedzi w bibliotece ale w przypadku Luny rozmowa z człowiekiem opłąci się bardziej niż suchy tekst jakiegoś podręcznika, a tylko on ma jakąkolwiek wiedzę na ten temat. Myśląc o tym wszystkim do jej myśli wkradli się jej rodzice. Co teraz robili? Gdzie byli? Czy docierały do nich wieści z jej świata? Jak ciężko było im żyć jako Ci którzy byli rodzicielami Hermiony Granger, przyjaciółki Harry'ego Pottera? Nie znała odpowiedzi na żadno z tych pytań. Ale to dobrze. Wystarczy jej jedynie świadomość że zostali bardzo dobrze ukryci, a ich tejemnicy strzeże profesor Dumbledore. Z zamyślenia wyrwał ją Snape który właśnie warknął że czas sie skończył i zaczął przechodzić między ławkami zaglądając w kociołki uczniów. Po odjętych 20 punktach Gryffindorowi i nagrodzeniu ślizgonów 30 oraz kilku soczystych epitetach jakie wygłosił w stronę Harry'ego rozległ się dzwonek ogłaszający koniec lekcji. Gryfoni pierwsi wyszli z sali a za raz po nich reszta, aż w końcu została z głową domu węża sam na sam.
- Czego chcesz Granger?
- Ja chciałam porozmawiać o Lunie profesorze.
Chyba chciał dodać jakąś zgryźliwą uwagę ale ostatecznie nie odezwał się wcale więc Hermiona postanowiła kontynuować.
- Chodzi o to że ona boi się że podczas walki w jakimś krytycznym momencie mniej lub bardziej świadomie użyje czarnej magii i znów będzie taka jak po powrocie z misji.
- Skąd wiecie o jej misji?
- Profesorze, wbrew temu co Pan przez te lata myśli nie jesteśmy aż tak głupi.
- Nie bądź bezczelna Granger.
- Przepraszam, ale taka jest prawda. Nikt ot tak nie zmienia się podczas jednej nocy. Ale wracając do tematu. My nie wiemy jak jej pomóc...
- No proszę, nie ma nic na ten temat w bibliotece?
Nienawidziła jak ktoś jej przerywa. A on to robił bez przerwy. Wzieła głęboki oddech i kontynuowała dalej.
- Nie wiem. Ale nawet jak by coś było to i tak myślę że w tej delikatnej kwesti bardziej przyda się rozmowa z kimś doświadczonym. Dlatego proszę, aby profesor porozmawiał z nią na ten temat, może coś doradził.
- A czy ja ci wyglądam na psychiatrę Granger?
- Nie, zdecydowanie nie. Ale jest Pan jedynym który coś wie na ten temat.
- Nie prubuj się podlizywać.
- Nie prubuje, stwierdzam jedynie fakty. A nawet gdyby, to dla przyjaciół jestem w stanie podlizywać się nawet Voldemortowi jeśli byłaby szansa że odniose zamierzony cel. Do wiedzenia profesorze.
Opuściła salę. Wiedziała że choć do tego się nie pali, to pomoże krukonce.

Luna była w połowie drogi do lochów. Noga już jej nie praktycznie nie bolała, a po ranie nie zostanie nic ponad małą bliznę. Na drugi dzień po wypadku udało jej się pokroić korzeń srebrzystej wierzby pod odpowiednim kontem i wczoraj zaczęła już ważyć eliksir na odzyskanie przytomności. Przyda im się on jeśli w każdej chwili mogą wyć wezwani do walki. Właśnie, walka. Przed oczami znów stanęły jej sceny z jej wizji sprawiając że zaczęła drżeć i nie miało to nic współnego z tym że byla już blisko gabinetu nietoperza. Ostatnie kroki przemierzyła próbując się uspokoić i po warknięciu "zapraszającym" weszła do gabinetu i od razu ruszyła w stronę kociołka w którym wczoraj już częściowo przygotowała miksturę.
- Lovegood, czy nikt Cię nie nauczył że po wejściu należy się przywitać?
No tak, pogrążona w zmartwieniach zapomniała.
- Przepraszam profesorze. Dobry wieczór.
- Minus pięć punktów Lovegood. A teraz bierz się do roboty.
- Dobrze profesorze.
Po dobrej godzinie dodawania składników i mieszania a eliksir potrzebował jeszcze tylko trzech godzin ważenia na wolnym ogniu odwróciła się w stronę swojego profesora.
- Skończyłam.
Przytaknął głową więc pewna że teraz ją odprawi zaczęła już iść powoli w kierunku drzwi.
- A Ty Lovegood gdzie?
- Myślałam że już dziś nie będę Panu potrzebna.
Podniusł głowę znad papierów którymi miał zawalone całe biurko i jednym spojrzeniem przywołał ją do siebie.
- Tak profesorze?
- Chciałem porozmawiać z Tobą na temat tego co może się stać podczas walki. Mam nadzieje ze przyszło do twojej pustej głowy że w czasie bitwy trudniej Ci będzie utrzymać się od wpływu czarnej magii, szczególnie czując do okoła jej potęgę.
- Owszem profesorze, myślałam o tym.
- Myślałaś, i nie poszłaś do nikogo aby się poradzić?!
Luna stała przed biurkiem patrząc mężczyźnie w oczy. Od kilku dni emocje zbierały się w niej powoli, a teraz krzyk profesora który zwykle nie robił już na niej większego wrażenia sprawił że poczuła się przytłoczona, że już więcej nie da rady a pod jej powiekami pojawiły się łzy. Mrugnęła kilka razy prubując je odpędzić.
- Dziś miałam udać się do profesora Dumbledore'a.
- Dziś? A jak dostalibyśmy wezwanie wczoraj?! Powinnaś udać się z tym do dyrektora lub do mnie zaraz po tym jak pojawiły się obawy!!
Oczy miała już praktycznie całkowicie zasłonięte łzami które wciąż starała się powstrzymywać, gardło ściśnięte.
- Przepraszam...
- Przepraszam?! I myślisz że to wystarczy? Wydostać się z ramion czarnej magii to jedno, a nie wpaść w nią ponownie to drugie!
Krukonka nie była w stanie dłużej powstrzymywać łez które spłynęły jej po policzkach. Nie była w stanie dłużej trzymać tego wszystkiego w sobie. Zasłoniła twarz dłońmi spomiędzy których słychać było szloch. Rozpłakała się na dobre choć sama nie wiedziała co ją tak naprawde złamało. Luna Lovegood nie płakała od dnia śmierci swojej matki. Smuciła się, załamywała. Ale nie płakała. Nie płakałą gdy wyzywano ją od Pomylun, nie płakała gdy wrócił Voldemort, nie płakała gdy dowiedziała się o obecnym stanie ojca. Az do teraz. Nie miała siły utrzymać się dłużej na nogach i zapewne upadła by na zimną posadzkę gdyby nie ramiona które w porę ją objęły. Nie zastanawiając się skąd się tu wzieły ani do kogo mogą należeć poprostu schowała się w nich i szanosiła cichym szlochem. Niewiedziała ile to trwało, wiedziała jedynie że gdy już się uspokoiła poczuła się lepiej. Dużo lepiej. I bezpiecznie. Bezpiecznie w ramionach które ją obejmowały. Zaraz.... czyich ramionach?

niedziela, 8 marca 2015

Rozdział XIX

Witajcie!
Przepraszam ze tak puzno ale znow mam problemy z telefonem czasem dziala czasem nie. Mam dwie wiadomosci. Pierwsza jest dobra, mianowicie 17 marca przylatuje na kilka tygodni do polski. Zla taka ze do 21 na pewno nie bedzie nowej notki bo teraz musze sie juz powoli szykowac a jak tylko przylece to mam kilka niecierpiacych zwloki spraw. No i jeszcze jedna - moze uda mi sie namowic brata na zrobienie mi nowego szablonu. Jaki chcialybyscie kolor?
Buziaki i przepraszam za to ze nastepna bedzie dopiero za jakies dwa tygodnie.


Rozdział XIX
Gdy każdy wypił herbatę a część panów wychyliła jeszcze po kieliszku ognistej i wszystkie paszteciki były w brzuchach członków Zakonu Feniksa powoli zaczynali się ze sobą żegnać. W tej właśnie chwili Remus postanowił przekazać wszystkim szczęśliwa nowinę.
- Hej, poczekajcie. Chciałbym cos powiedziec.
Na twarzy Tonks pojawił się uśmiech wielkości banana gdy podchodziła do narzeczonego przeczuwając co ten planuje oglosic. Wszyscy spojrzeli w ich kierunku.
- Kilka dni temu oświadczyłem sie Tonks która była tak dobra i zgodziła sie je przyjąć.
Wsród zebranych rozeszły się oklaski i głośne gratulacje a ci co byli najbliżej zaręczonych uściskali ich życząc im szczęścia.
- Ale to nie wszystko. W następna sobotę odbędzie się przyjęcie z tej okazji w Pokoju Życzeń o 20 na które wszyscy jesteście zaproszeni.
Po kolejnych okrzykach radości, życzeniach i Sto Lat Młodej Parze każdy rozszedł się z uśmiechami na ustach w swoja stronę.




Harry siedział w pokoju gryffindoru w swoim ulubionym fotelu przed kominkiem i zamyślony wpatrywał się w ogień. Czul się zle po kazdej kłótni z Ginny. A powody mieli dwa - albo to ze omijał ja w dniach kiedy strach przed tym ze zginie tym samym raniąc ja bym silniejszy niż cokolwiek innego i dni w których pragnął jej tak bardzo ze sam nie dawał sobie z tym rady. Z jednej skrajności popadał w druga nie wiedząc jak dać sobie z tym rade. Fakt ze ja przeprosi a ona znów mu wybaczy nic nie pomoże. Musi poprostu ustatkować się uczuciowo: albo przy niej cały czas cokolwiek będzie się działo w jego glowie, albo musi dać jej odejść. Ta sytuacja do niczego nie prowadzi. Zastanowił się przez chwile i ostatecznie stwierdził ze nie jest w stanie wyobrazić sobie zycia bez niej u boku. Musi wiec zebrać w sobie sily i dać jej czas na przygotowanie się do czegoś więcej niż pocalunki. Z obietnicą poprawy ktora złożył samemu sobie poszedł do domitorium by dać się pochłonąć przez ramiona Morfeusza.




Luna szla właśnie korytarzem w stronę biblioteki gdy zauważyła Ginny i Hermione idące w tym samym kierunku.
- Poczekajcie!
Podbiegła i juz była z nimi.
- Hej!
- Hej! Właśnie miałyśmy Cie szukac.
- Cos się stało?
- Nic. Ale pomyślałyśmy żeby przygotować cos na przyjęcie zaręczynowe Remusa i Tonks i chciałyśmy spytać czy byś nam nie pomogła.
- Pewnie, w sumie sama też myślałam o zapytaniu was o to samo. Co proponujecie?
- Moja mama i Andromeda maja przygotować jedzenie. Ale żadna z nich nie ma talentu do pieczenia ciast. Tonks zamówiła torta w cukierni na Pokatnej ale tam jest strasznie drogo wiec nie ma sensu żeby rujnowali się na troche słodkiego. Pomyślałyśmy wiec ze może my byśmy upiekły torta, a Bill obiecał iść do cukierni i anulować zamówienie. Co o tym myślisz?
- Świetny pomysł. Moja mama byla mistrzynią w zrobieniu tortów, jej marcepan zawsze był idealny. Zawsze rozwałkowywałyśmy go kilka razy a później pokrywałyśmy nim całego torta robiąc do tego marcepanowe ozdoby.
- No to super. Hermiona jest mistrzynią biszkoptu, ja zrobię krem a ty zajmiesz się ozdobami.
Omówiły jeszcze dokładnie kiedy co ktora będzie robic i Hermiona poszła do kuchni dogadać się ze skrzatami. Ginny posiedziała z Luna jeszcze chwilę w bibliotece przeglądając Podstawowe Zaklęcia Lecznicze po czym poszła na pierwszy w tym roku trening Quidiqa. Krukonka dokończyła wypracowanie na transmutacje i spojrzała za okno. Ściemniało się wiec czas iść do lochów.


- Dobry wieczór.
- Dla kogo dobry dla tego dobry.
- Cos się stało?
To pytanie wydobyło się z jej ust zanim pomyślała.
- A co cie to interesuje?!
- Przepraszam. Poprostu uważam ze jak się przed kimś wygadamy to jest nam lepiej.
- I miałbym się niby wygadywać tobie? Rowena musi przewracać się w grobie słysząc co jedna z jej córek mówi.
Stwierdziła ze bezpieczniej będzie nie odpowiadać na to stwierdzenie. Spróbowała wiec z innym tematem. W tym samym czasie co nauczyciel.
- To co dzis...
- Dzis będziesz...
Oboje przerwali w tym samym momencie. I ponownie zaczęli.
- Przepraszam ze...
- Kto ci pozwolił...
Widziała ze profesor byl juz mocno zdenerwowany postawiła wiec nie próbować przepraszać dopóki ten się nie wygada.
- To ze znoszę Cie w swoim gabinecie nie znaczy ze możesz mi tak ostentacyjnie przerywać! Co ty sobie wyobrażasz! Minus dziesięć punktów i żeby to mi byl ostatni raz!!!
Luna spodziewala sie dłuższego krzyku. Widac ma dzis dobry humor. Bynajmniej miał.
- Przepraszam. To nie bylo celowe.
- Nic nie dzieje się przypadkiem Lovegood. A teraz do roboty. Dziś robisz eliksir na wewnętrzne krwawienie. Przygotuj wszystko z wyjątkiem korzenia srebrzystej wierzby bo ten kroi sie inaczej niż zwykle.
Dziewczyna zabrała się do roboty co chwila zerkając w przepis który znajdował sie w tej samej księdze co poprzedni żeby nie popełnić nawet najmniejszego bledu. Gdy w końcu skończyła zauważyła ze na czole ma kropelki potu.
- Skonczylam profesorze.
- No wreszcie. Juz myślałem ze planujesz tu spędzić cala noc. A teraz do rzeczy. Wstał i podchodząc do jej ławki podwinął rękawy. Miał białą skórę, a całe przedramie miał pokryte dość gęsto czarnymi włosami. Mimowolnie zatrzymała dłużej wzrok na Mrocznym Znaku. Nie uszło to uwadze mężczyzny który od razu zaczął zasłaniać przedramię.
- Nie przeszkadza mi.
Miała wrażenie ze chcial jej powiedziec znowu cos niemilego ale ostatecznie nic nie mówiąc nie opuści rękawa czarnej koszuli.
- Spróbuj wysilić swój mozg i zapamiętać jak to robię bo nie mam zamiaru pokazywać za każdym razem.
Przysunęła się w stronę nauczyciela ale zachowując stosowna odległość. Czarnooki przekroił korzeń wpierw wzdłuż a następnie w plasterki.
- Korzeń musi być pokrojony pod katem 35 stopni, na plastry o szerokości 2 milimetrów. Pierwszy i ostatni plaster wyrzucasz. Teraz ty.
Zadanie okazało się trudniejsze niż mogłoby się wydawać i po dwóch plastrach usłyszała głośne sapnięcie oznaczające w przypadku mistrza eliksirów ze robi cos zle.
- Kroisz pod złym kątem. Ma być 35 a nie 40 stopni.
Luna próbowała dalej ale kolejne dwa plastry były tylko odrobine bardziej pochylone niż poprzednie. Nauczyciel dość mocno zdenerwowany zabrał jej z reki nóż i kazał stanąć po przeciwnej stronie lawki i znów obserwować jak on to robi. Gdy ponownie przyszła jej kolej poczuła strużki potu spływające po jej karku. Zdarzyla przyłożyć nóż do korzenia gdy malo nie straciła słuchu przez nagły krzyk profesora.
- Ty idiotko! Ile razy mam ci pokazywać żebyś zrozumiała?! Żeby nie potrafić poprawnie pokroić głupiego składnika?! Gnom by sobie lepiej poradził!
Nóż wypadł jej z dłoni i wbił się w jej stopę. Poczuła fale bólu. Mężczyzna podążył za jej wzrokiem a wokół jej nogi juz zaczęła się robic kałuża krwi.
- Zobacz co głupia narobiłaś! Z kim przyszło mi pracować!
Luna poczuła jak zaczyna słabnąć. Czarodziej chyba to zauważył bo od razu podstawił jej krzesło na które wdzięczna opadła.
- Nie ruszaj się.
- Zniknął w swoim składziku by po chwili wrócić ze słoikiem z maścią w jednej i eliksirem wzmacniającym w drugiej dłoni.
- Najpierw pij.
Wychyliła zawartość buteleczki. Poczuła ze wracają jej sily.
- Teraz nawet nie drgnij. Wyjmę noz i zdejmę ci buta.
Gdy wyjmował noz lekko się skrzywiła a jak zdjął buta i wylała się z niego krew poczuła ze znów opada z sil.
- Jak słabniesz na widok krwi to się na nią nie patrz!
Odwróciła głowę w drugą stronę ale bylo za późno. Osunęła się z krzesła.













Luna powoli otworzyła oczy i rozejrzała się. Byla w nieznanym jej pomieszczeniu. Wszystkie ściany pokryte byly księgami na hebanowych polkach, na podłodze leżał szmaragdowy perski dywan. Ona sama leżała na czarnej, skurzanej sofie ktora stała przed hebanowa ława, a po jej drugiej stronie stały dwa fotele. Całość choc zachowana w czerni z kilkoma akcentami zieleni byla wyjątkowo przytulna. Ciekawe czy podobnie wygląda pokój wspólny slizgonow. Nie zdarzyła rozważyć tej myśli gdyż do pokoju wszedł czarnowlosy czarodziej.
- No wreszcie! Juz myślałem ze będę musial narazić swoja sofę na zniszczenie próbując cie dobudzić woda!
Luna zarumieniła się lekko. Nie miała pojecia ile czasu byla nieprzytomna. Spojrzała na swoja stopę ktora byla teraz owinięta bandażem.
- Do jutra powinna być ok.
- Dziękuję profesorze.
Nagle zdała sobie sprawę ze nigdy nie znajdowała sie w tak miłym i przytulnym pomieszczeniu z żadnym mężczyzna wczesniej. Ta myśl sprawiła ze jej rumieniec pogłębił się. Mężczyzna w tym czasie zajął miejsce na jednym z foteli.
- Możesz mi powiedzieć jak planujesz podawać eliksiry rannym w czasie bitwy skoro mdli cie na widok krwi? Będziesz jedynie wadzić bo ktos nieustannie będzie cie musial cucić.
- To nie tak... Ja mdleje tylko na widok swojej krwi. Brałam udział w bitwie w Ministerstwie i w zeszłym roku w bitwie o Hogwart i pomimo obrażeń innych ich krew nie działa na mnie w ten sposób co moja.
Snape uniósł brwi chyba nie do końca jej wierząc. Ale to była prawda.
- Minus piec punktów za kłamanie nauczycielowi.
Z kieszeni szat podał jej flakonik z eliksirem wzmacniającym. Bez słowa wychyliła go duszkiem czując jak wracają jej siły.
- No to jak juz z toba dobrze to wracaj do wieży. Jutro o 17.
Luna przytaknęła stwierdzając ze w sumie to nie ma ochoty wychodzić. Profesor o dziwo nie krzyczał ani nie obrażał jej na tysiąc sposobów. Przez chwile wróciła pamięcią do momentów przed pierwsza wojna kiedy do siedziala z mężczyzna na przeciwko w bibliotece. Jak spacerowali wzdłuż lasu.
- Lovegood! Czy ja nie wyraziłem się jasno? Zmiataj do swojej wieży!
No i to by bylo na tyle co do braku krzyków. Podniosła sie z sofy.
- Te po lewo.
Ruszyła w stronę wskazanych przez niego drzwi i gdy juz nacisnęła klamkę usłyszała syk mężczyzny. W mgnieniu oka odwróciła się nie zważając na nagle bol w stopie. Profesor trzymał się za lewe przedramie. Luna wiedziała co to oznacza. Został wezwany.
- Poinformuj Dunbledore'a. Ja nie mam czasu.
Zniknął w drzwiach po przeciwnej stronie stronie pokoju by po minucie wrócić w szacie Śmierciożercy z maska w ręku.
- No co tak stoisz? Idź juz!
Najszybciej jak mogla wydostała się z lochów i skrótami które znała znalazła się przed wejściem do gabinetu.
- Galaretka agrestowa.
Gargulec zwolnił jej przejście a ona nie czekając aż schody się rusza zaczęła po nich wchodzić. Stopa strasznie ja bolała a na białym wczesniej bandażu pojawiła się plama krwi. Zapukała i nie czekawszy na odpowiedz weszła do środka.
- Profesorze?
Czarodziej siedział pogrążony w jakiś papierach ale gdy weszła od razu poderwał się z krzesła.
- Co się stało?
- Profesor Snape został wezwany.
Starzec usiadł na krześle jakby z ulga.
- Spokojnie. Voldemort nie jest śpiochem i wzywa swoich bez zastanowienia się nad tym czy jest południe czy środek nocy. Możesz iść spać. Dobranoc.
Wycofała się z gabinetu ale przeraziła się jak spokojnie dyrektor przyjął fakt ze jego szpieg został wezwany. Przeciez w kazdej chwili mógł zostać odkryty jako ich szpieg w obozie wroga. Mógł właśnie w męczarniach umierać. Luna juz wiedziala ze tego wieczora nie uda jej się zasnąć mimo to nie mając nic innego do roboty udała się w stronę wieży. Ledwie zdarzyła przebrać się w piżamę do dormitorium wpadł patronus-feniks. Dziewczęta na szczęście spały. ' Spotkanie zakonu za piec minut. ' Posłaniec wiadomości rozpłynął się w powietrzu. Krukonka zarzuciła na siebie jedynie szlafrok i po chwili znów pukała do gabinetu. W środku siedziało juz większość członków w tym Snape. Z kominka co chwile ktos wychodził i po chwili byli juz wszyscy. Luna podeszła do gryfonow którzy też w piżamach pocierali zaspane oczy.
- Przepraszam ze zbieram was o tej porze ale mamy wiadomości. Severus został dziś wezwany aby zaplanować atakt na Dolinę Gordyryka.
Wśród zebranych rozeszła się fala przerażenia na twarzach. Dyrektor gestem przekazał glos Mistrzowi Eliksirów.
- Atak będzie bez zapowiedzi w ciągu najbliższych kilku dni wiec musicie być cały czas gotowi. Smierciozercow będzie 25. Plan robiłem tylko ja wiec nie mogę go ujawnić bez zdradzenia się.
- Na to nie możemy sobie pozwolić - przerwał Dumblodore - pozostaje nam wiec nadzieja ze mieszkańcy wioski przyłącza się do walki po naszej stronie. Skąd będziemy wiedzieć ze nastąpił atak?
- Zostanę wezwany.
- Dobrze. Zatem w kazdej chwili możecie dostać ode mnie patronusa a wtedy deportujecie się do doliny. Ci co będą wtedy w Hogwarcie maja punkt deportacyjny z wieży astronomicznej.
- Chyba nie planujesz wysyłać dzieci?
Pani Weasley obudzona trzymała dłonie na biodrach. Dyrektor zignorował pytanie.
- To wszystko.
- Albusie nie możesz!
Molly byla bliska łez. Dopiero co straciła jedno dziecko a być może do bitwy ruszy kolejne. Pan Weasley poprowadził ja do kominka i po chwili zniknęli. Luna tez ruszyła w stronę drzwi.



















piątek, 27 lutego 2015

Rozdział XVIII

No i przedstawiam wam nowy rozdział. Jest zdecydowanie dłuższy niż poprzednie choc w sumie nie wiele się w nim dzieje. Mam jednak nadzieje ze Wam się spodoba. Niebawem zamierzam iść do dalszej akcji i postaram się żeby bylo troche romantyczniej.
Buziaki dla komentujących.


Rozdział XVIII
- Poczekaj chwile Lovegood.
Luna zdarzyła wejść do gabinetu i stanąć przed biurkiem nauczyciela pochylającego się nad jednym z esejów który był juz mocno zamazany czerwonym atramentem profesora a kilka sekund później na końcu pergaminu pojawiło się ogromne 'Troll'. Biedny uczeń. Mężczyzna odłożył prace w miejsce innych juz sprawdzonych i dopiero wtedy zaszczycił ja spojrzeniem. Morderczym spojrzeniem.
- Lovegood, co ty sobie wyobrażasz przychodząc na lekcje do mojego gabinetu w koszuli tak mokrej ze widac twój biustonosz?!
Krzyknął tak mocno ze gdyby w gabinecie bylo okno to szyba na pewno roztrzaskałaby sie w drobny mak, Krukonka rozdziawiła usta nie wiedząc o co mu chodzi do póki nie spojrzała w dół a wtedy jej twarz nabrała koloru piwonii. Wychodząc z zamku nie założyła swetra a deszcz mimo ze lekki to i tak zmoczył jej ubranie czego wczesniej nie zauwazyla. Teraz natomiast świadomość tego ze jej profesor, i to nie byle jaki ale sam Severus Snape mógł zobaczyć przez przylegająca do jej ciała białą koszule jej bieliznę była przytłaczająca. W dodatku akurat dziś musiała mieć na sobie jasno różowy stanik w róże w różnych q różu z przyklejonymi gdzie nie gdzie cyrkoniami. Miała ochotę zapaść się pod ziemie ale z cala gracja jaka zdołała w sobie zebrać wyjęła z kieszeni różdżkę i jednym zaklęciem wysuszyła cale ubranie.
- Minus dwadzieścia pięć punktów Lovegood i szlaban w najbliższą sobotę.
- Przepraszam profesorze.
- Masz za co. Jeszcze nigdy żadna uczennica nie pojawiła się w tym pomieszczeniu w takim stanie. Na przyszłość uważaj bo może się to skończyć dla ciebie jeszcze gorzej.
Jego wzrok potwierdzał te słowa wiec Luna jedynie przytaknęła posyłając mu przepraszający uśmiech.
- No i czego sie tak szczerzysz? Chyba nie po to tu przyszlas? Bierz się za eliksir, za dwie godziny ma być gotowy a jesli stwierdzę że nie jest odpowiedni to możesz pożegnać się z eliksiromegomedycyna.
Zabrała się do pracy wciąż zażenowana faktem jak mogla nie zauważyć ze ten drobny kapuśniaczek jednak zrobił swoje i weszła tu taka mokra. Nagle przyszła jej kolejna, niezbyt pocieszająca myśl. Ile osób widziało ja w takim stanie jak szla korytarzami? Byla zbyt mocno zamyślona o ojcu i Malfoy'u żeby cokolwiek zauważyć. Pozostawała jej wiec nadzieja ze nikt nie zwrócił uwagi na Lune-Pomylune. Zabrała się za kończenie eliksiru nie pozwalając sobie nawet na chwilowe rozkojarzenie. Dopiero gdy sprzątnęła stanowisko pracy i zostało jej jedynie zamieszać miksturę dwanaście razy w stronę przeciwna do wskazówek zegara pozwoliła sobie odpłynąć na chwile myśląc o przyjaciołach. I drugi dzień z rzędu podskoczyła na dźwięk głosu nauczyciela ponownie zapomniawszy o tym ze nie jest sama.
- No i czego mi tu skaczesz znowu? To jakies twoje tancze chwalebne na moja część?
Odwróciła się zszokowana ze mężczyzna stoi tuz za nią. Spojrzała mu w twarz ktora jak zawsze nie wyrażała żadnych emocji. Odsunęła się od kociołka dając mu możliwości sprawdzenia efektów jej pracy. Zamieszał, sprawdził konsystencję, zapach i w końcu grobowym tonem oznajmił.
- Pierwszoroczny lepiej by sobie poradził Lovegood ale i tak spodziewałem sie po tobie czegos gorszego.
Luna wytrzeszczyła oczy. W ustach tego czarodzieja te słowa brzmiały jak najszczersza pochwala nawet pomimo tonu jakim te słowa wypowiedział.
- Dziękuję profesorze.
- Niby za co? Za to ze uznałem ze twój pozom jest gorszy od jedenastolatka?
Miała ochotę uśmiechnąć ale na ten przytyk ale starając się najlepiej jak umiała zachować poważną minę odrzekła.
- Za słowa krytyki.
- A czego sie niby spodziewałaś? Pochwał?
Nie wytrzymała i lekko się uśmiechnęła.
- Mysle ze puki co na nie jeszcze nie zasługuje ale mam nadzieje ze niebawem juz będę.
Bylo to kłamstwo, doskonale wiedziała ze eliksir jest idealny.
- Chyba w twoich snach. A teraz idź mi juz z tad. Jutro o 18.
- Do widzenia profesorze.


Harry razem z Ronem zdarzyli właśnie wczołgać się do Wielkiej Sali i usiąść przy stole gdy usiadł koło nich uśmiechnięty od ucha do ucha Neville.
- Co tam chłopaki? Jak leci?
- Świetnie. Wróciliśmy właśnie od Hagrida. Nigdy bym nie pomyślał ze tak ciężko oswoić hipogryfy! Dwa razy musiałem biec do chatki żeby nie zostac zamordowanym przez te cholerne stworzenia.
- Az tak zle Ron? A jak tobie szli Harry?
- Nie wiele lepiej, ja uciekałem tylko raz - wyszczerzył się sięgając jednocześnie po udko z kurczaka - A jak u Ciebie?
- Super! Cale popołudnie pomagałem w robieniu sadzonek zaklętych sideł.
Ron skrzywił się na wspomnienie z pierwszej klasy ale zaraz zajął się trzecim juz kotletem.
Kilka minut później przyszla też Ginny, zaraz po niej Hermiona a gdy już mieli sie zbierać do wieży pojawiła się Luna która od razu po założeniu zaklęcia przeciw podsłuchiwaniu zaczęła rozmowę z dziewczynami na temat megomedycyny.
- Te zaklęcia są naprawdę bardzo złożone i wystarczy sekunda roztargnienia żeby cos nie wyszło.
- Tak samo z eliksirem. Co kilka sekund zerkałam w instrukcję sprawdzając czy wszystko robię jak należy a podejrzewam ze to byl jeden z prostszych mikstur uzdrawiających.
- Masz racje Luno, ten na zrastanie się kości jest calkiem prosty ale wystarczy ze korzeń afasedyny będzie krojony pod innym o kilka stopni kontem i trzeba zaczynać od nowa.
- A Ty co robisz?
- Przed chwila skonczylam pisac wypracowanie na starożytne runy a za piętnaście minut mam się spotkać z Kingslay'em w pokoju życzeń.
- W czym mu pomagasz?
- Nie wiem dokładnie bo nie było okazji pogadać ale po spotkaniu zakonu mówił coś o przeszukiwaniu akt pracowników ministerstwa. Nie wiem jeszcze po co ale dzis juz będę wszystko wiedzieć.
Zamyśliła się na chwile by spojrzeć na chłopaków z piorunami w oczach.
- A czy wy jesteście nie poważni? Dopiero Luna założyła zaklęcia przeciw podsłuchiwaniu a jestem pewna ze w najlepsze gawędziliście sobie o swoich zadaniach nie martwiąc się ze ściany tez maja uszy! Nauczcie sie wreszcie rozsądku!
Gryfoni popatrzeli po sobie z minami świadczącymi o tym ze żadnemu z nich nawet przez myśl nie przeszło żeby nie rozmawiać na takie tematy tak otwarcie. W końcu Harry obiecał ze to się więcej nie powtórzy a Hermiona po kilku kolejnych ostrych komentarzach odnośnie ich myślenia poszła na spotkanie ze swoim współpracownikiem. Posiedzieli jeszcze kilka minut śmiejąc się z kawałów jakie Harry i Ron usłyszeli od Hagrida po czym każde z nich udalo się na spoczynek.


Ginny siedziala wtulona w ramiona Harry'ego przed kominkiem w pokoju wspólnym. Byli sami, wszyscy poszli juz spać.
- Kocham cie, wiesz o tym, prawda?
- Oczywiście Harry, ja tez cie kocham.
Kochała go, oczywiście ze tak bylo. Ale i tak spieła się wiedzac na jaki temat znów zejdzie ich rozmowa.
- Nie myślisz ze czas aby nasza milosc weszła na nowy etap?
Nie czekając tym razem na jej odpowiedz zaczął całować niecierpliwie jej szyje a ruda lekko westchnęła. Nie czuła się jeszcze gotowa na TEN etap. Nie chciała aby ta wyjątkowa chwila była w pokoju wspólnym gdzie w kazdej chwili pojawić się może jakiś uczeń albo w pustej klasie w stresie ze złapie ich jakiś nauczyciel. Chciała by ta chwila byla idealna, taka ktora chetnie wspominała by przez cale życie a schowala w najmniejszym zakamarku pamięci. Gdy chłopak obślinił jej juz cala szyje tak ze czuła spływające w stronę biustu strużki zaczął wkładać jej rękę pod bluzke.
- Harry, nie. Proszę.
Nie spodziewała sie wyrozumienia z jego strony. Wiedziała co teraz nastąpi.
- Ginny, co jest z toba nie tak. Ciągle cos ci nie pasuje. A to glowa cie boli, a to zmęczona jesteś, a to nie to miejsce...
- Przepraszam, nie jestem jeszcze gotowa.
- A na co jeszcze chcesz być gotowa? Twierdzisz ze mnie kochasz, wiem ze jesteś gotowa w razie potrzeby bronić mnie swoim życiem, ze niezależnie od sytuacji zawsze będziesz przy mnie a nie pozwalasz żebyśmy byli blisko!
- Harry, jestesmy blisko!
- Ginny, jestesmy dorośli. A dla dorosłych ludzi bliskość nie kończy sie na przytulankach i kilku pocałunkach.
Ginny byla sfrustrowana i zła. Zła nie tyle na niego ile na siebie ze wymarzyła sobie idealny pierwszy raz i ciężko bylo jej się pogodzić z tym ze rzeczywistość rzadko jest taka jak nasze marzenie.
- Kocham cie Ginny, ale jestem tez człowiekiem. Człowiekiem który ma swoje potrzeby.
Po tych słowach wstał z sofy i poszedł w stronę dormitorium a Ginny schowała twarz w dłonie które po chwili były mokre od łez.


Luna szla w stronę wielkiej sali na śniadanie gdy po drodze zaczepił ja profesor Lupin.
- Dzień dobry Luno.
- Dzień dobry profesorze. Czy cos się stało?
Rozejrzał się do okola i dopiero gdy upewnił sie ze w korytarzu nie ma nikogo oprócz nich przemówił.
- Nic złego. Dzis o 19 jest zebranie u dyrektora. Mogłabyś przekazać reszcie?
- Oczywiście.
- Dziękuję Ci. A jak idą ci zajęcia pozalekcyjne?
- W rytmie cudownych humorów profesora Snape'a - wilkołak zaśmiał się - ale i tak mogło być gorzej.
- Może, moja droga może. Idź juz na śniadanie.
- Dziękuję profesorze, do zobaczenia.
W wielkiej sali od razu skierowała się do stołu gryffindoru gdzie siedziala juz reszta uczniów z zakonu feniksa. Hermiona machnięciem różdżki przyłączyła ja do rozmowy pod zaklęciem przeciw podsłuchiwaniu.
- Dzis o 19 jest zebranie u dyrektora.
- Skąd wiesz? Cos się stało?
- Nie, profesor Lupin mi powiedział.
- Ciekawe co się stało.
- Oj nie panikuj Ron, jak by to bylo cos poważnego to spotkanie byloby w trybie alarmowym. Pewnie tylko jakies informacje organizacyjne.
Ron wzruszył ramionami i zaczął pochłaniać kolejna porcję jajecznicy. Luna zdarzyła juz sobie nalać herbaty i wrzucić plasterek cytyny gdy spojrzała na Ginny ktora siedziala na przeciwko Harry'ego ale odkąd przyszla nawet nie uniosła głowy znad talerza. Harry tez nawet słowem sie nie odezwał. Złapała spojrzenie Hermiony ktora chyba myślała o tym samym. Znów pokłócili się o TO. Luna pokiwała glowa zastanawiając się co Harry sobie myśli naciskając tak swoja dziewczynę. Czy nie zdaje sobie sprawy w tego ze takimi ciągłymi próbami jeszcze bardziej ja zniechęca? Ugryzła kawałek tosta z dżemem ananasowym popijając herbata.
- Hermiono, jak wczorajsze spotkanie?
- Dobrze. Będę zajmowała się przeglądaniem akt pracowników Ministerstwa którzy być może chcieliby sie do nas przyłączyć. Muszę sprawdzić członków ich rodzin itd aby dowiedzieć sie czy aby nie byli by szpiegami w obozie wroga.
- To bardzo odpowiedzialne zadanie.
- Wiem, moja jedna pomyłka może kosztować czyjeś życie. Nie wiem jak dam sobie z tym rade.
- No wiesz co? Kto jak kto, ale ty nie masz co przejmować się ze w czymkolwiek zawalisz. Zawsze wszystko robisz idealnie.
- Ja? Co ty. W trzeciej klasie na teście zawaliłam przez bogina!!
- A kim byl?
Hermiona lekko się spłoniła.
- Profesor McGonagall mówiąca ze oblałam wszystkie egzaminy.
Luna starała się zachować powagę ale po chwili pękała ze śmiechu razem z reszta gryfonow. Nawet Harry i Ginny lekko się uśmiechnęli. W końcu Ron spojrzał na zegarek i uznał że czas zbierać się na lekcje.


- Dobry wieczór profesorze.
- Czarnowłosy czarodziej spojrzał na nią spod byka i gestem pozwolił wejść do gabinetu.
- Za godzinę jest spotkanie zakonu wiec na eliksir uzdrawiający nie ma czasu. Przygotuj wszystko potrzebne do veritaserum.
Luna zabrała się do roboty i w niecałe 40min wszystko juz bylo gotowe.
- Skonczylam profesorze.
- No to idź juz do dyrektora.
- Dobrze profesorze.
Wyszła z gabinetu kierując się w stronę schodów na parter gdy na swojej drodze spotkala Pansy Parkinson.
- Lovegood, ty tu czego? Nie masz gdzie sie szwendać?
Blondwlosa miała ochotę odpowiedzieć jej żeby pilnowała swojego nosa ale nie chciała zaczynać kłótni która mogłaby skończyć sie walka.
- Wracam ze szlabanu.
Slizgonka zdawała sie być zawiedziona ze nie może się do niej przyczepić przeszła obok niej oczywiście nie zapomniawszy dość mocno potrącić ja ramieniem. Resztę drogi do dyrektora przeszła marząc o gorącym budyniu czekoladowym przed snem. Weszła ostatnia, nawet Snape juz siedział na swoim miejscu.
- Zamknij proszę drzwi Luno.
Wykonawszy polecenie usiadła na ostatnim wolnym krześle i dopiero teraz zauwazyla ze obok starszego czarodzieja stoi nie kto inny jak Draco Malfoy.
- Większość z was na pewno juz się domyśliło po co tu jestesmy. Mamy nowego członka ktorym jest Draco Malfoy. Złożył juz Wieczysta Przysięgę w obecności Severusa Snape'a i Artura Weasley.
Miny większości członków byly zadowolone, ale oczywiście Harry i Ron musieli wyskoczyć ze swoimi jękami.
- On? Przeciez to szpieg!
- Wyda nas wszystkich!
Dumbledore uniusl rękę dając im znak ze maja być cicho a gdy to nie poskutkowalo machnięciem różdżki zabrał im możliwość mówienia.
- Nie tego się po was spodziewałem chłopcy. Ronaldzie na pewno wiesz ze wieczystej przysięgi nie można złamać. Nie chce słyszeć ani słowa odnośnie lojalności pana Malfoya który od dzis jest po naszej stronie. Przysięgaliście posłuszeństwo, nie zapominajcie o tym.
Ostatni argument zdawał sie przemówić do nich najbardziej bo przestali zamaszyście gestykulować rękami w formie protestów.
- Draco będzie w ramach swoich możliwości szpiegować nastoletnich Śmierciożercòw. Natomiast prosiłbym was by oprócz tych spotkań ton jakim dotychczas się do niego odnosiliście nie zmienił się. Jeśli Voldemort dowie sie o tym ze jest jednym z nas Severus będzie miał problemy ze nie poinformował o tym Czarnego Pana i jego pozycja może się dość mocno zachwiać na co nie możemy sobie pozwolić. A teraz zapraszam na herbatkę. Molly, przyniosłaś szteciki?
Spotkanie wojenne zamieniło sie w towarzyskie. Wszyscy rozmawiali, opowiadali sobie żarty i nawet chłopaki którzy odzyskali juz swoje glosy słuchali żartów Hagrida co chwile wybuchając śmiechem. Luna natomiast stała z boku patrząc na ten zadki ostatnio widok radości jaki panował uśmiechając sie lekko. Podszedł do niej dyrektor.
- O czym myślisz?
- O tym jak cudownie jest patrzeć na radość najbliższych. Tym bardziej ze niewiemy czy będzie następna.
- Będzie ich jeszcze wiele, zobaczysz.
- Jak czuje sie tatuś?
- Bez zmian. Jego stan jest stabilny ale wciaz się nie obudził.
Przytaknęła nie wiedząc co więcej moglaby powiedzieć.
- Albusie, weź jeszcze pasztecika, wiem jak bardzo je lubisz.
Znów została pod sciana sama ale dostrzegła ale po drugiej stronie gabinetu tez stoi ktos samotnie. Malfoy. Z filiżanka herbaty w dłoni podeszła do niego.
- Jak tam?
Ślizgon zdawał sie być zdziwiony faktem ze go zagadnęła.
- Dobrze.
- Lepiej ci gdy już podjąłeś decyzję?
- Tak. O dziwo czuje sie zdecydowanie lepiej pomimo tego ze jesli moja pozycja się wyda prawdopodobnie zostanę zabity.
- Troche wiary w siebie. Spójrz na Snape'a. Od od tylu lat lawiruje miedzy wieczystymi przysięgami i obozami dobra i zła.
- Ale ja nie jestem taki jak on. On to szpieg idealny a ja umiem jedynie sprawiać ludziom przykrość i doprowadzać ich do łez.
Poklepała go po ramieniu.
- Teraz masz nas, a skoro nawet Snape wciąż tu siedzi i pałaszuje kolejnego pasztecika pani Weasley to i ty zmienisz się na lepsze.
- Snape'a dawno by nie bylo gdyby nie to jedzenie. Zreszta tylko na niego spójrz. Wygląda jakby się rozchorował od nagłego natłoku radości i śmiechu.
Roześmiali się a przy ich boku nagle znalazła się pani Weasley wciskając im w dłonie poczęstunek.
- Jedzcie, wyglądacie tak marnie. Szczególnie ty Draco, jakbyś nie jadł od tygodnia. Jak można być tak chudym...
Poszla rozdawać dalej a chłopak ze otwartymi ustami patrzył na trzymany w dłoni wypiek. Luna wzruszyła się. Zapewne nie spodziewał sie ze będzie traktowany jak reszta. Ale mylił sie. Po chwili zjawili sie tez bliźniacy którzy mieli lepiej poukładane w glowie niż ich młodszy brat opowiadając im o nowych wynalazkach które niebawem pojawia się w ich sklepie. Wieczór byl zdecydowanie udany.

piątek, 20 lutego 2015

Rozdział XVII

Mam do Was pytanie. Wolicie notki krótsze co 2-3dzień czy może raz w tygodni ale długą? Rozdział pelen przemyśleń i mysle ze troche melancholijny ale jakiś taki dziwny humor mnie dopadł jak go pisałam.
Z dedykacja dla Megi Lumen


Rozdział XVII
Zapukała do gabinetu i po zaproszeniu weszła do środka.
- Witam panno Lovegood. Jak się czujesz?
- Dobrze, dziękuję dyrektorze.
- Zapewne chcialas zapytać o ojca?
- Tak, to tez. Jak się czuje?
- Trudno to określić. W chwili obecnej znajduje sie we snie który mugole nazywają śpiączka. Nie wiadomo ile będzie w takim stanie ale uzdrowiciele mówią ze odwiedziny są jak najbardziej wskazane w takich sytuacjach wiec jesli chcesz to możemy się tam udać nawet dzis po poludniu jednak nie na dluzej niż kilka minut.
- Dziękuję profesorze. Jest cos jeszcze. Co stało się z eliksirem który staraliśmy się stworzyć z profesorem Snape'em?
Starzec uśmiechnął się jak dziadek do swojej wnuczki.
- Wiedziałem ze oto w końcu zapytasz. Eliksiru nie da się stworzyć. Do konkursu startowało ponad 50 grup ale nikomu się nie udalo. W końcu Ministerstwo uznało takowy eliksir za niemożliwy do uwarzenia.
- Szkoda. Mógłby być bardzo pomocny.
- Nie można miec wszystkiego moja droga.
- Mam jeszcze jedno pytanie. Co się wydarzyło w zyciu pani Prince? Jak byłam na misji byla w ciąży...
- Cala jej rodzinę zabili Śmierciożercy, włącznie z nowo narodzonym synem. Nigdy do końca nie pogodziła się z ta strata.
- To straszne. Nawet nie wyobrażam sobie czegos takiego.
- Każdy z nas traci cos w czasie wojny. Dlatego właśnie są one takie straszliwe. O której kończysz zajęcia?
- O 14.30.
- Świetnie. Będę na ciebie czekal.
- Dziękuję profesorze.
Miała juz wychodzić gdy zatrzymał ja jeszcze glos czarodzieja.
- A co do twoich zajęć z megomedycyny to jak najbardziej odbędą się dzis o 16.
- Wiec znów Pan wygrał z profesorem Snape'em? Tak jak wtedy?
- Choc każdy z nas się zmienia, to niektóre kwestie pozostają takie same. Tak jak i w tym przypadku.
- Dziękuję. Do zobaczenia profesorze.




Lekcje przeleciały jej w rozmyślaniach nad losem bibliotekarki. Jak bardzo musiała cierpieć po tym co się wydarzyło... Nie jest w stanie sobie wyobrazić. Nie rozumiała skąd w ludziach bierze się takie zło. No bo czarna magia swoja droga, ale ludzie sięgają po nią z jakiegoś powodu. Na przykład Voldemort. Skąd wzięło się w nim to cale zło? Owszem, miał ciężkie dzieciństwo ale to nie tłumaczy wszystkiego. Większość z nich nie miała lekko. Harry stracił rodziców i większość życia mieszkał z mugolami którzy nienawidzili go za coś na co nie miał wpływu. Neville był wychowywany przez babcie a jego rodzice żyli życiem od którego lepsza byłaby śmierć. U Ginny i Rona nigdy się nie przelewało z pieniędzmi co zawsze wypowiadali im ślizgoni. W jej ramionach umarła jej matka po nieudanym eksperymencie. Nikt nie miał dzieciństwa idealnego. A jednak zadno z nich nie rzuca się z różdżka na drugiego z zamiarem mordu tylko dlatego ze jako dziecko nie miał wymarzonej zabawki. Ilu jeszcze ludzi przez niego zginie? Ilu ludzi zostanie na świecie zupełnie samych? Jak wiele dzieci wychowa się w sierocińcach lub u rodzin swoich zmarłych rodziców? Świadomość wojny i jej ofiar dopadła ja dzisiaj tak mocno jak jeszcze nigdy wczesniej. Spojrzała na Ginny ktora tez wydawała się nie słuchać wykładu profesora Binnsa zatopiona w myślach. Dziewczyna wydawała się wyglądać troche lepiej ale juz nigdy nie będzie mogla wspominać chwil z dzieciństwa bez ukłucia bólu po stracie najstarszego brata. Po ostatniej lekcji powiedziała przyjaciółce gdzie się wybiera i z torba na ramieniu udała się do dyrektora a stamtąd do św.Munga. Nigdy wczesniej nie byla w szpitalu i gdy tylko przeniosła się tam z profesorem proszkiem Fiuu pierwszym co poczuła był zapach sterylnej czystości. Szla korytarzem o błękitnych ścianach mijana przez czarodziei w białych szatach z naręczami fiolek eliksirów, z pokoi dolatywały słowa zaklęć wypowiadane nad pacjentami. Po kilku minutach znaleźli się w prawie pustym korytarzu a profesor otworzył przed nią trzecie drzwi po lewo. Weszła do pokoju o białych ścianach po środku którego stało lóżko ja ktorym leżał jej nieprzytomny ojciec. Poczuła uścisk w gardle na ten widok a w jej oczach pojawiły się łzy.
- Tatusiu.
Nie byla w stanie wypowiedzieć nic więcej. Podeszła do jedynej rodziny jaka miała i uścisnęła jego chłodna dłoń. Rzeczywiście wyglądał jak by spal. Jego twarz byla taka spokojna, wygładziły się zmarszczki w okolicach ust i wyglądał teraz na o wiele młodszego niż był w rzeczywistości.
- Kocham cie tatusiu. Nie martw się o mnie, nic mi nie będzie. Obiecuje omijać glebiwytryski i nosić amulet odstraszający nargle. Mam nadzieje ze niebawem się wybudzisz. Kocham cie. Gdy usłyszała za sobą ciche chrząknięcie dyrektora pocałowała jeszcze ojca w policzek na pożegnanie i otwarłszy łzy z policzków cichutko wyszła z pokoju.




Do zaklęć ze Snape'em miała jeszcze godzinę. W pierwszej chwili miała ochotę zacząć pisać esej o zaklęciach wzmacniających ale przypomniała sobie o testralach. W tym roku szkolnym ani razu ich nie dowiedziała. Zaszła do kuchni po kawałki surowego mięsa i po chwili szla juz przez szkolne błonia w stronę zakazanego lasu. Choc padał kapuśniaczek to bylo bardzo ciepło i Luna zdjęła sweter nie martwiąc się ze jej mundurek na pewno trochę zmoknie. Gdy tylko weszła w las od razu skierowała się na dobrze jej znana dróżkę i po kilku minutach marszu natrafiła na polane na której stali kilka testrali. Gdy tylko zobaczyli ze to ona od razu z krzaków wokół laki wyszły samice z młodymi które popychane przez matki szły w jej kierunku. Z uśmiechem na ustach rozdawała kawałki mięsa młodszym nie zapominając tez oczywiście o karmiących matkach oraz chroniących ich wszystkich odpowiedzialnych ojcach. W końcu stwierdziła ze musi się zbierać jesli nie chce spóźnić się na lekcje megomedycyny. Pożegnawszy się z magicznymi stworzeniami ruszyła w kierunku zamku. Nie uszka nawet kilku kroków gdy usłyszała ze nie jest sama w lesie. Początkowo pomyślała ze to gajowy ale przeciez ten był zajęty oswajaniem hipogryfów które miały stanąć po ich stronie w czasie ostatecznej bitwy. Niewiele myśląc ruszyła w kierunku z którego dochodziły glosy i juz po kilkunastu krokach patrzyła na ślizgona o blond włosach który siedział na jednym z przewróconych konarów drzew z twarzą w dłoniach. Niewiele myśląc wyłoniła się z krzewów w których się skryła i nie zważając na chłopaka który od razu uniósł różdżkę gotowy do walki szla w jego stronę.
- Nie boj się Malfoy. Nie mam zamiaru Cie zabić.
Zamiast odpowiedzieć jakimś zuchwałym komentarzem jak na szlachcica przystało zajął ponownie swoje swoje miejsce tym razem jednak patrząc się przed siebie. Niewiedziała jak to wytłumaczyć ale poprostu czuła czemu on tu siedzi taki samotny. Nie zważając na konsekwencje w razie jak by intuicja ja zawiodła odezwała się.
- Nie jest za późno. Wystarczy jedno twoje slowo. Będziesz chroniony.
Ponownie zasłonił swoja twarz dłońmi.
- Jestem pewna ze dasz rade. W końcu jesteś Wielkim Panem Malfoy. Wiesz gdzie się udać.
Wiedziała ze nie musi mówić nic więcej. Lekko podskakując wróciła do zamku.

czwartek, 19 lutego 2015

Rozdzia XVI

Rozdział XVI
Lekcje przeleciały jak z bicza strzelił i nim Luna się obejrzała juz był czas by zbierać się na pierwsza lekcje megomedycyny u Snape'a. Nie wiedziała czego sie spodziewać ale znając nietoperza przyjemnie nie będzie. Zapukała do gabinetu i usłyszała ciche warkniecie które miało być zaproszeniem do środka.
- Przyniosłaś mi akta które ci ostatnio dałem?
Luna w pierwszej chwili nie zrozumiała jakie akta ale na szczęście szybko przypomniała sobie o zdjęciach czarodzieji po różnorakich klątwach czarnomagicznych.
- Niestety zapomniałam profesorze. Przepraszam.
- Zapomniałaś? A co jak zapomnisz do eliksiru dodac jakiegoś kluczowego składniku? Kogo mi ten starzec przysyła!
Zapewne użalałby się nad swoim strasznym losem nauczyciela samych bałwanów jeszcze z godzinę gdyby krukonka delikatnie by mu nie przerwała.
- Przepraszam. Obiecuje bardziej sie przykładać. Jutro przyniosę akta. Możemy zaczynać?
- Minus pięć punktów za przerwanie nauczycielowi, i kolejne pięć za wprowadzanie swoich rządów w moim gabinecie. Zaczniemy jak ja powiem, nie potrzebuje porad nauczycielskich.
Pierwsze koty za płoty. Wręczył jej opasły tom najsilniejszych eliksirów leczniczych karząc otworzyc na stronie pięćset siódmej i zacząć przygotowywać miksturę na złamane kończyny. Zabrała się do roboty. Choc składniki były proste i nie bylo ich wiele to i tak czekala ja sporo roboty bo musiała wszystko dokladnie pokroić, zetrzeć... Nawet nie wiedziała kiedy zleciało cale popołudnie.
- Na dzisiaj koniec.
Luna aż podskoczyła na dźwięk jego głosu. Tak skupiła sie na eliksirze za zupełnie zapomniala ze nie jest sama.
- No i czego sie tak trzęsiesz jak osika? A jak byś potrąciła łokciem kociołek? Zero myślenia! Jutro o tej samej godzinie. A teraz zmiataj na kolacje.
Dopiero na wspomnienie o posiłku poczuła jak glodna byla. Odłożyła wszystkie rzeczy na miejsce zostawiając kociołek z niedokończonym eliksirem na ławce ktora zwykle zajmowała.
- A czy nic się nie stanie z eliksirem jak zostawie go tak w połowi robienia?
Spojrzał na nią z nad biurka z mieszanina wściekłości i niedowierzenia na twarzy.
- Czy ty na prawdę jesteś taka głupia? Instrukcji nie czytałaś? W momencie do którego doszlas należy zostawić eliksir na wolnym ogniu na okolo dwadzieścia godzin. Czytałaś wogule instrukcje?
- Tak, ale...
- Ale co? Tej linijki nie zauważyłaś?
- Myślę ze w tamtym momencie wpadł mi do ucha gnebiwtrysk, gdy weszłam to gdzies tu sobie latał...
- Gnebi-co?
- Gnebiwtrysk. To takie male stworzenia co mieszkają nam w mózgu.
Czarnooki patrzył na nią jak na tańczącego salsę dementora.
- Nie wierzę. Jak mu przyszło do głowy ze z ciebie może być jakiś pożytek w Zakonie. Jak wogule pomyślał ze pozwolę takiej idiotce spędzać więcej niż jest to konieczne ze względów twojej szkolnej edukacji spędzać w moim gabinecie? Zjeżdżaj mi stad i to juz.
Gdy zamykała za sobą drzwi usłyszała jeszcze jak wypowiadał ' gabinet dyrektora'. Pewnie od razu poleciał do głowy ZF żeby wykrzyczeć mu swoje żale na nią. Zmierzając do Wielkiej Sali uśmiechnęła sie do siebie na wspomnienie gdy jako siedemnastolatek tez poleciał ze skarga na nią. I pamiętała też ze ostatecznie dalej z nim współpracowała. Wiedząc ze tym razem będzie tak samo spokojnie nałożyła sobie budyniu czekoladowego i z uśmiechem na ustach zjadła cala miskę.










Ginny siedziala samotnie w jednym z korytarzy zamku i wpatrywała się w obraz przed nią. Nudne, oklepane polowanie. Wzdechla. Chciała pogadać z kimś kto by ja zrozumiał, kto bez ciągłego pocieszania zwyczajnie wysłuchałby to co miała na sercu. Potrzebowała się wygadać a choc miała stertę przyjaciół to prawie nikt nie mógł jej wysłuchać. Jedynie Luna, ale ona miała teraz własny problem na glowie i choc wiedziała ze ta zawsze ja wysłucha to nie czuła ze to nie jest ta właściwa osoba do takiej rozmowy. Z oddali usłyszała ciche kroki które wybudziły ja z zamyślenia. Podniosła sie z posadzki i juz miała odejść gdy zaa rogu wyłoniła się postać w połatanych szatach.
- Profesorze Lupin.
- Ginny. Co tu tak sama siedzisz?
- Jakos tak. Chciałam pobyć sama.
- Rozumiem. To ja juz sobie pójdę.
Juz miał odchodzić gdy gryfonka pomyślała ze może właśnie on jest tym z ktorym mogłaby pogadać.
- Profesorze... Remusie. Zostań.
Byli w korytarzu sami wiec mogla swobodnie wrócić sie do niego po imieniu. Usiedli oboje na podłodze przed tym samym obrazem w który wpatrywała się jeszcze kilka chwil temu samotnie. Żadno z nich nie chciało odezwać się pierwsze ale w końcu Ginny nie wytrzymała a z jej ust wylał się potok slow. Mówiła o Charlim, o swoich obawach odnośnie wojny, o strachu o rodzinę i przyjaciół, o wszystkim tym o co od jakiegoś czasu gromadziło się w niej. Wilkołak nie próbował jej pocieszać, mówić ze wszystko będzie dobrze. Poprostu siedział obok niej, słuchał a gdy jej słowa przeszły w szloch objął ja ramieniem pozwalając wypłakać się w ramie. Żadno z nich nie wiedziało ile siedzieli tak w uścisku na tej zimnym marmurze. Po jakimś czasie uczennica delikatnie odsunęła się od swojego profesora.
- Lepiej?
O tak, czuła się o wiele lepiej gdy w końcu powiedziała komuś o tym wszystkim co zbierali się w jej środku.
- Tak, dziękuję ci. Mysle ze tego mi bylo trzeba. Jesteś kochany, na prawdę.
- Dobrze ze Tonks cie nie słyszy, jeszcze poczuła by ukłucie zazdrości.
Oboje uśmiechnęli sie szeroko na te myśl.
- A właśnie, co u niej?
- U niej dobrze, chociaż narzeka na nudę. Wiesz jaka jest, lubi być w centrum największej akcji.
- Cala Tonks. A co z Wami?
- Dobrze. Planuje ślub na pierwszy weekend po wojnie. Oczywiście jesteś zaproszona.
- Ślub? No no, Remusie nie chwaliłeś sie ze się oświadczyłeś!
- Jakos nie bylo okazji. Ale planujemy zrobić niebawem małe przyjęcie aby to uczcić. Pogadam z Albusem, pewnie pozwoli Wam wyrwać sie na te kilk godzin ze szkoły. Ale najpierw poczekamy aż echo ostatnich wydarzeń ucichnie.
- No tak...
- A co z toba i Harry'm?
- Nie wiem. Czasami mysle ze on sam nie wie co do mnie czuje. Czasem nie wypuszczałby mnie z ramion a czasem nawet nie spojrzy w moja stronę. Nigdy nie wiem jaki będzie następnego dnia ani ile potrwają takie jego humory.
- Postaraj się go zrozumieć. Spoczywa na nim ogromna odpowiedzialność,chciałby działać ale nie ma możliwości a takie czekanie go dobija. Jestem pewny ze on cie kocha i chce z toba być ale boi się narażać cie, a w chwilach gdy juz nie może bez ciebie wytrzymać zdarzają mu się takie napady miłości.
- Tak myślisz?
- Ja nie mysle, ja wiem. Daj mu troche czasu a zrozumie ze takie uciekanie przed uczuciem jest bez sensu.
- Obyś miał racje.
Czarodziej spojrzał na zegarek na jego lewym nadgarstku.
- Musze juz iść, za chwile mam dyżur na korytarzu przy bibliotece.
- Ok. Jeszcze raz dziękuję.
Pomógł jej wstac.
- Nie ma za co. I polecam się na przyszłość. Możesz przyjść kiedy tylko zechcesz.
- Wiem. Do zobaczenia.
W o wiele lepszym humorze wróciła do wieży gryffindoru.

środa, 18 lutego 2015

Rozdzial XV

Oto nowy rozdział. Krótki ale jeszcze dzis wezmę się za kolejny wiec mysle ze przed końcem tygodnia pojawi się kolejny. Ostrzegam ze na akcje romantyczna trzeba będzie poczekać ale mysle ze warto będzie. Nie ma ostatnio Luny i Seva razem ale w następnym rozdziale juz się pojawia. Mam tez juz plan na jeszcze jeden paring w tym opowiadaniu, a nad kolejnym się zastanawiam bo jest on troche... Kontrowensyjny. Właściwie to nie wiem czy podejmować ten temat w tym opowiadaniu czy w kolejnym czy może wogule dać sobie z tym spokój. Sama nie wiem ale mam jeszcze czas by się nad nim zastanowić. Liczę na jakiekolwiek komentarze, Megi Lumen - na Ciebie zawsze można liczyć.


Rozdział XV
Wokół niej toczyła się zacięta walka. Słyszała wypowiadane zaklęcia i okrzyki ogromnego bólu. Nagle usłyszała wycie Nevilla który wyglądał jakby wił się w agonii przed mężczyzna o długich platynowych włosach. Niewiele myśląc posłała breakbones w stronę czarodzieja i choc ten zgrabnie ominął zaklęcie to jej przyjaciel zyskał czas by wrócić do zmysłów i walczyć dalej. W tłumie mignęła jej upadającą ruda glowa która mogla należeć do jej przyjaciółki. Odwróciła wzrok w tamta stronę a śmierciożerca w czarnej masce wykorzystał okazje i posłał w jej stronę zaklęcie.
Koleżanki z dormitorium Luny zerwały się z lóżek na krzyki blondwłosej. Odsłoniły kotary a im oczom ukazała się miotająca się po całym łóżku dziewczyna. Jedna z nich chwyciła ja za ramiona i pootrząsała próbując ja wybudzić. Nie pomogło ani to, ani policzkowanie, ani nawet lodowato zimna woda. Przerażone tym co się dzieje wysłały wiadomość do głowy domu a po chwili zjawił się profesor zaklęć w pasiastej piżamie. Malutki czarodziej gdy zobaczył co dzieje się z jego podopieczna która nieustannie wiła się na łóżku przez chwile nie był w stanie się ruszać. Gdy największy szok minął zdołał wezwać patronusa do pielęgniarki praz dyrektora. Po chwili wszyscy byli w skrzydle szpitalnym a pani Pomfley wstrzykiwała krukonce eliksir bezsennego snu. Kilka sekund później dziewczyna spokojnie spala.
- Albusie, co się z nią dzieje?
Profesor McGonagall byla przerażona. Nigdy nie widziała czegos takiego.
- Nie jestem pewny. Sprowadź mi Sybille.


Luna próbowała otworzyc oczy ale raziło ja ostre swiatlo wpadające z okna. Gdzie jest? W dormitorium zawsze zasłaniała na noc kotary. Dopiero po kilku próbach jej oczy przyzwyczaiły się do jasności i mogla rozejrzeć się do około. Byla w skrzydle szpitalnym. Obok niej zjawiła się nagle Ginny.
- Siostro! Obudzila się!
- Z gabinetu natychmiast wybiegła pielęgniarka i kilkoma zaklęciami cala ja przebadała.
- Jak się czujesz?
- Chyba dobrze, ale co ja tu właściwie robię?
- Nic nie pamiętasz?
Luna wytężyła umysł zmuszając go do myślenia. Przed jej oczami zaczęły pojawiać się obrazy walki, jakies krzyki. Gdy dotarło do niej co sobie przypomina w ciagu sekundy usiadła na łóżku rozglądając się po skrzydle w poszukiwaniu innych rannych.
- Gdzie Neville? Ginny jak dobrze ze nic ci nie jest, widziałam jak upadasz! A kto jeszcze....
Pani Pomfly widząc ze dziewczyna zaczyna coraz bardziej się denerwowac uznała ze musi jej natychmiast przerwać i podać leki na uspokojenia.
- Luno, spokojnie, nic się nie wydarzyło. To był sen. Bardzo realny, ale sen. Podam ci teraz eliksir a więcej wytłumaczy ci dyrektor jak przyjdzie.
Luna wciąż nie przekonana wypiła miksturę i po chwili juz leżała spokojnie. Pielęgniarka wróciła do swojego gabinetu. Poczuła że ruda sciska jej rękę.
- Będzie dobrze.
W tej chwili drzwi szkolnego szpitala otworzyły się i stanął w nich siwobrody mężczyzna.
- Witam panno Lovegood, cisze się ze juz pani nie śpi.
- A ile właściwie tu jestem?
- Od jakiś 6 godzin. Opowiedz mi proszę co ci się snilo.
Krkonka przekazała starszemu wszystko co zdołała sobie przypomnieć a ten jedynie kowal potakująco głową.
- Luno, dotychczas mialem jedynie domysły ale teraz jestem pewny. To co widziałaś to nie był zwykły sen. To byla wizja.
Eliksir przytepil troche jej umysł i dopiero po kilku sekundach dotarły do niej słowa profesora.
- Jestem wieszczka?
Były nauczyciel uśmiechnął sie.
- Nie do końca. Wieszczka to ktoś jak nasza profesor Trelowly która na poczekaniu potrafi przewidzieć przyszłość. Natomiast to kiedy będziesz miała wizje nie będzie w żaden sposób zależne od Ciebie. Z pierwszych wizji na ogol bardzo ciężko wybudzić jednak później będzie juz lepiej.
- A czy mogę ich doświadczać tylko we snie?
- To juz sprawa bardzo indywidualna, ale oczywiście może się zdarzyć ze na jakie tez ci się zdarzy. Chciałbym abyś informowała mnie o każdym takim zdarzeniu możliwie ze wszystkimi szczegółami.
- Oczywiście profesorze.
- Zatem zostawiam Was same. I jeszcze jedno. Jutro o 16 masz być u profesora Snape'a, zaczniecie lekcje.
Gdy tylko zamknął za sobą drzwi do sali znów weszła pielęgniarka aby jeszcze raz przebadać krukonke.
- Kiedy będę mogla wyjść?
- Wieczorem cie wypuszczę a na razie odpoczywaj. Proszę jej nie stresować panno Weasley.
- Lepiej sie juz czujesz?
- Mniejsza o mnie Ginny, lepiej mów co z Toba? Jak dajesz sobie rade ze śmiercią brata?
Ruda milczała przez chwile a w jej oczach zalśniły łzy.
- Jakos. Najbardziej żałuję ze nie mogłam się z nim pożegnać, powiedziec jak bardzo go kocham, żeby się o nas nie martwił... Pamiętam jak byłam mala zawsze przed snem opowiadał mi o smokach, dalekich krajach... Jak na swoje siedemnaste urodziny to ze mną pierwsza podzielił się tortem, jak tańczyłam z nim tamtego wieczoru.... Tak wiele wspomnień, chwil które nigdy się nie powtórzą.... - przerwała na chwile by kontynuować udawanym rześkim tonem - Ale mamy wojnę i takie rzeczy sie zdarzają. Zawsze będę go kochać ale czas iść dalej. Mamy czarnoksiężnika do zabicia, a moja przyszywana siostra została wizjonerka. Dziwniej juz być nie może.
- Masz racje. Od kiedy zaczynasz nauki z panią Pomfly?
- Myślę ze jutro po lekcjach. A jakie są twoje plany na przeżycie lekcji z nietoperzem?
- Nie mam pojecia. Będę musiała znaleźć jakiś sposób. Może napoje go eliksirem dobrego humoru?
- No wiesz co? Musiałabyś poić go całym kociołkiem co godzinę żeby nie był taki skwaszony!
Zaśmiały się po cichu tak żeby Ginny nie została wyrzucona z sali. Kilka sekund później do środka weszła Hermiona.
- Jak wam mija dzień moje panie?
- Bywały lepsze. Ale mamy wieści. Luna została obdarzona wewnętrznym okiem i będzie nam przepowiadać przyszłość.
Znów wybuchły śmiechem tym razem na widok przerażenia które malowało się na twarzy brązowowłosej.
- Hermiono Granger, czeka cie wielkie niebezpieczeństwo! Uważaj na sterowalne śliwki, jedna z nich może podbić ci oko!
Luna świetnie udawała ton jakiego zawsze używała nauczycielka wróżbiarstwa gdy przepowiadała kolejna śmierć.
- To nie jest śmieszne, ta kobieta jest straszna! A teraz tak serio, co się dzieje?
Opowiedziały jej czego dowiedziały sie od dyrektora.
- Luno, dar prawdziwego przepowiadania przeszłości jest bardzo cenny, radze ci nie mówić tego zbyt wielu osobom.
- Nawet jak bym to wykrzyczała wszystkim w Wielkiej Sali to i tak nikt by mi nie uwierzył wiec spokojnie. Zreszta nie wiem czy jest się czym chwalić, bo jesli to wewnętrzne oko sprawi ze będę niedługo wyglądać jak Trelowly to...
- Masz racje. Musze juz lecieć za chwile konczy się przerwa obiadowa a ja mam starożytne runy w południowej wieży a to kawałek stad. Po lekcjach poszukam czegoś na ten temat w bibliotece. Do zobaczenia na kolacji!
I juz jej nie bylo. Pielęgniarka kazała im obu troche sie przespać wiec ruda zajęła łóżko obok krukonki i obie zapadły w sen.


Wieść o darze Luny szybko rozeszła się wśród jej przyjaciół i gdy pojawiła się na kolacji została zasypana gradem pytan odnośnie jej wizji oraz teorii odnośnie tego czy będą one przydatne w wojnie czy nie... Hermiona oczywiście przytargała w tom z biblioteki i uraczyła ich kilkoma jej fragmentami które miały odnieść sie do tego czy są one bezpieczne i jak nimi kierować. Z Wielkiej Sali wyszli jako jedni z ostatnich.