środa, 23 października 2013

Rozdział 8

Luna i Ginny stały właśnie pod salą do Obrony przed czarną magia wraz z innymi uczniami a atmosfera była równie napięta jak przed lekcją mugoloznastwa. Po kilku minutach czekania sala otworzyła się z takim hukiem ze wszyscy podskoczyli. Z końca sali usłyszeli gniewne "Wejść" co dodatkowo wprawiło ich w przerażenie - widać nie był w najlepszym humorze. Wszyscy zaczęli zajmować miejsca w ławkach, Ginny z Luna pierwsze dopadły jedną z ostatnich ławek żeby siedzieć jak najdalej od nauczyciela, który zaraz po ich wejściu od sali przez kilka chwil nie odrywał oczu od rudowłosej, co Luna swoim czujnym okiem od razu to zauważyła.
- Dotychczas na lekcjach obrony przed czarną magią uczyliście się o wilkołakach, zwodnikach, wampirach, czerwonych kapturkach i innych tego typu bzdurach, i właściwie to pewnie nie pojeliście istoty czarnej magii dogłębnie. Przez ostatni rok, kiedy to profesor Snape nauczał tego przedmiotu za pewne dużo się nauczyliście, jednak rok nauki nie jest w stanie nadrobic 4lat nic nie robienia, dlatego też w tym roku postaram się nauczyć was jak najwięcej pożytecznych rzeczy - uśmiech który zagościł na jego twarzy sprawił że połowa klasy przestała oddychać - Na początek musicie wiedzieć że czasami zaklęcia które wydawały by się pozytywne, często są o wiele większą torturą niż te które do torturowania służą. Weźmy na przykład zaklęcie wykorzystywane przez hinduskich magów - ujął w dłoń różdżkę i skierował ją w stronę jednego z na wpół mdlejacego Krukona - Kala Hansi.
Chłopak wybuchnął głośnym, radosnym na pozór śmiechem. Przez kilka chwil wyglądał jak by po prostu śmiał się z kawału kolegi z ławki, jednak po kilku minutach zaczęły być widoczne pierwsze oznaki tortury - chłopak spadł z krzesła na podłogę trzymając się za brzuch, cały czerwony na twarzy z płynącymi mu z oczu łzami które wcale nie wyglądały na rozbawione - czaiło się w nich tyle bólu, ile przy nawet najgorszych z widzianych przez Lunę klątw. Po dobrych kilku minutach w których jej serce biło jak oszalałe profesore opuścił różdżkę i zaczął kontynuować monolog jak gdyby nigdy nic, a biedak podnosił się w tym czasie ledwie co z podłogi żeby usiąść przy ławce.
- Jak widzieliście nie tylko bezpośrednie wywoływanie bólu może być torturą, ale nie martwcie się, najfajniejsze sposoby przekaże wam stopniowo na naszych lekcjach. A teraz notujcie....
Wszyscy od razu otworzyli zeszyty i wzieli do reki pióra i zaczeli pisać to, co dyktował na temat zaklęcia Kala Hansi. Luna kątem oka obserwowała go z czystej ciekawości czy to co zauważyła wcześniej jest prawdą czy tylko jej wymysłem, ale pod koniec lekcji była pewna że nie myliła się. Profesor Carrow zerkał na Ginny częściej niż na innych uczniów, a jego wzrok zatrzymywał się na niej dłużej niż gdy przesuwał wzrokiem po reszcie klasy. Nie wróżyło to nic dobrego, ale postanowiła narazie nie niepokoić przyjaciółki mówiąc o swoich spostrzeżeniach. Wszyscy wiedzieli że Ginny podoba się płci przeciwnej, a ona zawsze widziała tylko Harry'ego. Jednak nigdy nie przyszłoby Lunie do głowy że profesor (!) może zainteresować się jej przyjaciółką. A może po prostu uznał że jako była dziewczyna Wybrańca ma jakieś informacje co do miejsca jego pobytu? Jedynie rozsądek jaki posiadała z racji przynależności do domu Roveny Ravenclow powstrzymał srebrnooką przed wybuchem paniki jaka ogarnęła ją w chwili gdy ta myśl pojawiła się w jej głowie.
Po lekcji dziewczyny ruszyły w stonę biblioteki gdzie miały spotkać się z Nevillem i udać się do Pokoju Życzeń umówić kwestię którą poruszył przy obiedzie - wznowienie GD. Luna stwierdziła że to dobry pomysł - spotkania GD zawsze dawały jej dużo siły, a także wrażenie że ma przyjaciół - to właśnie na tych spotkaniach poznała Nevilla, zaprzyjaźniła się z Ginny, a nawet Ronem, Harry'm i Hermioną. Oczywiście to czego się uczyli również dużo jej pomogło - praktycznie uratowało ją w Ministerstwie Magii, a także pomogło w zeszłorocznej Bitwie o Hogwart. Miała nadzieję ze tym razem kiedy stanie do walki będzie umiała jeszcze więcej, i że pokona jak największą ilość Śmierciożerców, choćby miała przypłacić to własnym życiem.
 
Czas mijał nieubłagalnie, i nim Dyrektor się obejrzał już był piątek. Przez te wszystkie dni jego głowę cały czas zajmowała wizja szlabanu z Lovegood, i właściewie nie wiedział dla kogo będzie to bardziej przykre doswiadczenie - czy dla niej spędzić z władcą lochów przynajmniej godzinę, czy też może dla niego wytrzymać z zapatrzoną w ojca idiotką. Przez te kilka dni cały czas wręcz ukrywał się przed nią, jak i przed tą Weasley - gdy one wchodziły do Wielkiej Sali to on wychodził, a większość czasu spędzał na ogół w swoim gabinecie lub na planach złapania Poterra z Czarnym Panem. Choć wiele przykrych rzeczy można było mu zarzucić to nikt od czasów szkolnych nie odważył się nazwać go tchurzem, a teraz prosze, bał się spojrzeć w oczy marnej 16-latce! Kilka razy w chwilach kryzysu pisał do niej że jednak odwołuje swój szlaban, raz poszedł do Alecto żeby poprosić ją aby to ona ukarała dziewczynę, ale za każdym razem w ostatniej chwili jego duma i ego nie pozwalały mu na to. On, ślizgon, śmierciożerca odkąd skończył szkołę, człowiek który grał podwójną rolę przez tyle lat, morderca największego czarodzieja obecnych czasów, Dumbledore'a miałby chować się przed głupią smarkulą? Nigdy! Jak to możliwe że ktoć kto na codzień kłamie w oczy Czarnemu Panu bał się spojrzeć w oczy jakiejś tam krukonce? No i jest jeszcze kwestia tego co miałaby na tym szlabanie robić. Po kilku dniach myślenia uznał że najlepiej będzie jak da jej do pokrojenia jakieś składniki do eliksirów - co jak co, ale w tym była dobra, musiał to przyznać jeśli nie przed nią, to przynajmniej przed samym sobą.

Kilka minut przed 18 wziął się w garść i usiadł sztywno przy biurku wpatrując się w drzwi. Na twarz przywołał tak dobrze znany uczniom wyraz całkowitego znudzenia i obojętności, a z oczu wyglądała złość na samego siebie. Na zegarze który wisiał dokładnie przed nim wskazówki właśnie wskazały godzine 18 gdy rozległo się pukanie do drzwi. Ryknął "wejść", a drzwi powoli się otworzyły i weszła do środka krukonka w nienagannym mundurku. Włosy miała rozpuszczone, co sprawiło że przypomniał sobie jak delikatne są w dotyku i gdyby nie ćwiczone latami opanowanie uśmiechnął by się do tego wspomnienia. Nagle zaległa w nim złość - jak ona śmie przychodzić tu w rozpuszczonych włosach??
- Minus 5 punktów za spuźnienie, i minus 10 punktów za nieodpowiedni wygląd na szlabanie - wysyczał praktycznie nie ruszającymi się ustami. Zmusił się aby spojrzeć blondynce w oczy i nie zobaczył w nich złości ani strachu a jedynie lekkie rozbawienie, co całkowicie zbiło go z tropu. Nie dał oczywiście tego po sobie poznać, i zdziwienie zatuszował swoim zwyczajem jeszcze większą dozą złości.
- Co tak stoisz? Wracaj do sali, wyjmij przybory to krojenia składników a ja przyszykuje to co masz mi pokroić - ryknął na nią uświadamiając sobie że powinien to wszystko przyszykować wcześniej tak aby małolata nie miała możliwości zglądać jego własności ale było już za późno. Dziewczyna wróciła do drzwi którymi kilka sekund temu weszła i skierowała się w stronę szafki gdzie zawsze były deski do krojenia i zestawy noży i innych przyborów niezbędnych to przygotowywania składników do eliksirów. Wyłożyła wszystko na najbliższej ławce i czekała. On w tym czasie wyjął jej całą stertę różnych korzeni, liści, glonów i innych mniej lub bardziej przyjemnych składników cały czas obserwując tamtą kątem swojego czarnego jak węgiel oka. Jednym ruchem różdżki przeniusł wszystko na stolik który wybrała i dał jej instrukcje co do tego co i jak miała pokroić, i wraz ze swoja falująca peleryna wrócił do gabinetu. Usiadł za biurkiem i w duchu pogratulował sam sobie - mimo że go ciągnęło, nie dotknął jej włosów - ba! nawet na nie mocno nie patrzył. Postanowił że najlepiej zrobi jak zajmie się czytaniem jakiejś zajmującej lektury. Podszedł do najbliższej półki i chwycił opasły tom oprawiony w czarną skórę i całkowicie zagłębił się w lekturze.
 
Luna stała przy ławce i powoli kończyła zadaną jej na dzisiaj pracę. O ile odebrane punkty były dla niej czymś normalnym i właściwie to bała się że straci ich więcej niż tylko 15, o tyle to że miała kroić składniki było dla niej dużym zaskoczeniem - spodziewała się że będzie ją torturował Cruciatusem, a w najlepszym wypadku każe jej czyścić kociołki bez użycia magii. Widać musiał uznać że na prawdę dobrze sobie poradzi z tym zadaniem skoro pozwolił jej dotykać jego cennych zbiorów i to bez nadzworowania jej. Wiedziała też  co miał na myśli gdy wpomniał o nieodpowiednim wyglądzie - zapewne chodziło o jej włosy. Na początku nie zrozumiała dlaczego jej włosy mu przeszkadzały, ale jak powiedział jej co ma robić to pojęła od razu że po prostu bał się że któryś z jej włosów zapląta się miedzy korzenie czy glony i zepsuje eliksir który miał przygotować dlatego też przed rozpoczęciem krojenia przetransmutowała jedną ze swoich spinek które powstrzymywały jej włosy przed spadaniem na twarz w gumkę do włosów którż związała w kuca a spinki wykorzystała zeby ułożyć włosy w zgrabny kok. Praca szła jej szybko i przyjemnie, i aż zaczęła się obawiać że profesor może uznać że następnym razem musi dać jej gorsze zadanie. Po czasie który wydawał jej sie kilkonastoma minutami drzwi jego gabinetu otworzyły się i spojrzał na nią groźnie.
- Minus 10 punktów za urzywanie magii w trakcie szlabanu.
Lune wmurowało. Używanie magii?? Przecież wcale jej nie uzywała! Sama wszystko robiła, nawet naostrzyła nóż bez pomocy magii!! I znów zanim pomyślała to powiedziała:
- Przecież nie używałam magii profesorze! - jej głos zabrzmiał o kilka tonów za głośno czego od razu pożałowała. Zaczął się do niej zbliżać niebezpiecznie szybko i nim się spostrzegła już stał zaledwie 3 kroki od niej sprawiając że stojąc przed nim czuła sie taka mała jak by jej wogóle nie było.
- Minus 15 punktów za odzwywanie się nieproszona i podnoszenie głosu na dyrektora. I kolejne 5 punktów za skleroze, przemieniłaś spinkę w gumkę do włosów - powiedział niby spokojnie, ale jego głos świadczył o tym że niebawem nastąpi wybuch - a teraz sprzątnij po sobie, dokończysz w przyszy piątek. Masz 10 minut żeby zdąrzyć przed ciszą nocną jeśli nie chcesz kolejnego szlabanu.
Odwrócił sie i wrócił do swojego gabinetu trzaskając drzwiami. Luna szybko sprzątnęła wszystko co wyjęła i wyszła z sali.
 
Ginny właśnie siedziała i rzucała zaklęcie Proteusza na fałszywe galeony które beda służyć nowym członkom GD - przez cały weekend mieli mnustwo pracy rozmawiając z różnymi osobami z różnych domów i klas. Aby zmniejszyć ryzyko że ktoś nie pożądany dowie się o ich przedsięwzięciu gdy ktoś odmawiał po prostu wymazywali mu z pamięci ich rozmowę. Teraz Luna i Neville rozmawiali z nowymi członkami w Pokoju Życzeń przekazując im niezbędne informacje dotyczące ich spotkań ze strony praktycznej, a później mają ich nauczyć zaklęcia kamaleona tak żeby mieli jak bezpiecznie rozejść się do swoich pokojów wspólnych po zakonczońym spotkaniu. Ginny dokończyła swoje zadanie, wzięła torbę i ruszyła do miejsca ich spotkań żeby rozdać wszystkim galeony. Do Gwardii dołączyli prawie wszyscy gryfoni, nie malże połowa puchonów i kilkunastu starszych krukonów. Gdy Ginny weszła do Pokoju Luna i Neville właśnie kończyli spotkanie, rozdali tylko jeszcze galeony i rzucili zaklęcia kameleona na młodszych uczniów którym to jeszcze nie wychodzilo i wypuścili ich.
- Ile nowych osób mamy! Dobrze że Pokój sam się dostosowywuje, inaczej mielibyśmy spory problem z pomieszczeniem się w normalnej sali - celnie zauważyla Luna.
- Tak, to prawda. A dzięki zaklęciu kameleona możemy im zapewnić bezpieczeństwo że nikt ich nie złapie jak będą wracać, nie chcemy przecież przywrócenia 24 dekretu Umbrige - dodał Neville.
Ginny lubiła chłopaka i mu ufała, dlatego zupełnie  nie wiedziała jak go poprosic żeby już sobie poszedł bo chciała chwilę porozmawiać z Luną sam na sam. Jednak na szczęście sprawa rozwiązała się sama.
- Ja już pujdę, lepiej będzie jak będziemy wracać osobno, Snape wie że prędzej byliśmy zamieszani w Gwardię, jak nas zobaczy koło Pokoju Życzeń razem od razu doda dwa do dwuch i będziemy mieli pozamiatane - pożegnawszy się z Luną i mowiąc Ginny 'do zobaczenia w pokoju wspólnym' ruszył do drzwi i po chwili już go nie było. Ginny spojrzała na Lunę a ta już wiedziała że przyjaciółka chce porozmawiać. Pojawiły się dwa fotele i stolik na którym stały dwa kubki z gorącą czekoladą. Kochany pokój, zawsze wie czego im trzeba. Usiadły i przez chwilę w ciszy piły czekoladę, a Luna spokojnie czekała az ruda zbierze się w sobie powiedzieć jej to co miała do powiedzenia.
- Wiesz, odkąd Carrow pojawił się w naszym przedziale w pociągu mam wrażenie że ciągle mi się przygląda. Nie wiem, może to tylko moja chora wyobraźnia, ale... sama nie wiem - Ginny załamała ręce, a Luna jedynie lekko przytaknęła potwierdzając przypuszczenia gryfonki - Co ja mam teraz zrobić? - głos jej się załamał, a Luna podeszła do niej i objęła ją jak siostra obejmujaca płaczącą młodszą siostrzyczkę.
- Wiesz, wydaje mi się że będą próbowali z Ciebie wyciągnąć gdzie przebywa Harry... Wszyscy wiedzą że się spotykaliście.
- Ale przecież ja nie wiem gdzie on jest! Nie mam z nimi kontaktu od ślubu Billa i Fleur! Ja nawet nie wiem czy on jeszcze żyje, nie mam żadnych informacji które by im pomogły! - już całkowicie otwarcie szlochała ruda. Wszystkie emocje które przez ostatnie tygodnie trzymała w sobie nagle pękły i wylewały się z niej ilościami jakich nawet nie podejrzewała. Odkąd Ministerstwo zostało przejęte przez Voldemorta nie pozwoliła sobie nawet na jedna łzę. Fleur jaka była taka była, ale gdy przyszło co do czego starała się pocieszyć Ginny w tych ciężkich dla niej dniach dopuki nie poszła do Hogwartu. Przypomniała sobie te wszystkie poranki kiedy francuska przychodziła do niej i zastawała ją całkowicie otępiałą, po nie przespanej nocy i pomagała jej się doprowadzić do pożądku zanim zobaczy ją reszta rodziny, te wszystkie wieczory kiedy przynosiła jej do pokoju gorącą herbatę, wiedząc że za pewne szwagierka i tak jej nie wypije. Tak na prawdę dopiero powrót do Hogwartu dał jej jakić cel, a GD tylko ten cel jeszcze bardziej uświęciło. Sprzeciwiać się wszelkimi możliwymi sposobami terrorowi który ogarnął Hogwart, chronić jak najwiekszą ilość uczniów młodszych klas (bo to oni byli najbardziej narażeni na złość Carrow'ów i Snape'a ze względu na to że nie bardzo wiedzieli co się dzieje) i wygranie tej wojny choćby miało ją to kosztować życie.
- Ale Ginny, oni o tym nie wiedzą. A najlepsze w tym wszystkim jest to, że nie musisz się ich tak na prawde obawiać, co najwyżej dadzą Ci veritaserum a jak zobaczą ze nic nie wiesz to puszczą Cię, to wszystko - starała się ją pocieszyć Luna, jednak ona nie widziała sali tortur, nie wie jakie sposoby na ich dręczenie wynaleźli i chciała jej tego na razie zaoszczędzić. Zresztą nie chodziło w cale o to co mogli by jej zrobić, łzy które spływały po jej policzkach były łzami tęsknoty i strachu o Harry'ego. Zdawała sobie sprawę z tego że brak wiadomości o nim to dobra oznaka bo jak by Voldemort go złapał to wszyscy od razu by się o tym dowiedzieli. Jednak mimo to nie mogła przestać myśleć o tym co się z nią stanie gdy jego zabranie, był miłością jej życia, jak jego zabraknie jej życie bedzie gorsze niż śmierć, coć jak pocałunek dementora. I tego właśnie obawiała się najbardziej. Nie tortur, nie śmierci, ale tego że jego zabraknie. Przez kilkanaście minut wogule nie mogła opanować swojego płaczu. Łzy płynęły strumieniami zamieniejąc koszulę Luny w mokrą, ubrudzoną od tuszu szmatę, ta jednak wcale się nie skarzyła. Dopiero jak już wypłakała całe morze łez zaczęła się powoli uspokajać, i po chwili poczuła ukłucie wyrzutów sumienia, ona tu rozpacza, a przecież jej przyjaciółka też ma problemy. Od piątku nie zapytała jej nawet jak było na szlabanie u Snape'a, a była już niedziela wieczór. Postanowiła być bardziej opiekuńcza względem krukonki i następnym razem nie myśleć tylko o sobie ale też i o niej. Zapytała ją jak było.
- W sumie było ok. Spodziewałam się tego samego co i Ty mialaą na szlabanie, a w najlepszym wypadku całonocnego szorowania kociołków bez użycia magii, a dał mi jedynie do krojenia jakieś korzenie, glony i inne świnstwa na składniki do eliksirów, i odjął mi 45 punktów za to że się spuźniłam, miałam rozpuszczone włosy, za to że zmieniłam spinkę w gumkę żeby je związać i za to że powiedziałam że nie urzywałam magii bo całkiem zapomniałam o tamtej transmutacji, i za to że o niej zapomniałam - uśmiechnęła się Luna. Ginny patrzyła na nią oczami wielkimi jak spodki. Kazał jej kroić składniki do eliksirów? Jak to wogule możliwe? Tylko raz miała szlaban u Mistrza eliksirów, i był to najgorszy szlaban jaki dostała: czyszczenie bez użycia magii łazienki dla dziewczat w lochach. - Ciekawe co da mi w piątek, mam nadzieje że cos równie miłego. Chyba miał wtedy dobry humor dlatego tak łagodnie mnie potraktował.
- No wiesz, jego Pan rośnie w siłę, a on wraz z nim, oczywiście że ma dobry humor, czemu miałby miec zły. Wogule bardzo żadko go widać, nawet na posiłkach jest tylko czasami.
- Pewnie jest bardzo zajęty, a brudną robotę zostawia Carrow'om.
- Pewnie tak...
Porozmawiały jeszcze kilka minut, dopiły wciąż gorącą czekoladę, rzuciły zaklęcie kameleona na siebie na wzajem i każda ruszyła w stronę swojej wieży.
 
Amycus Carrow siedział w swojej sali i czekał na Gryfonów i Krukonów z 6 roku. Minęło już póltora tygodnia jak torturował tą małą Weasley, a obraz jej wyginającego się z bólu ciała wciąż stawał mu przed oczami za każdym razem gdy ją widział. Tak samo zawsze gdy wchodził do swojej sypialni ogarniał go tępy ból w lędźwiach gdy patrząc na łóżko obłożone śnieżnobiałą pościelą wyobrażał sobie te rude długie włosy rozrzucone wokół jej ślicznej twarzy. Obserwował ją przez te dni na każdej lekcji, czasami nawet łapał się na tym że w czasie posiłków zerkał w stronę stołu lwa szukając jej wzrokiem. Za każdym razem gdy łapał się na tym wmawiał sobie że to był ostatni raz, że więcej nie bedzie, że to niestosowne, a jednak za każdym razem sytuacja się powtarzała. Nie wiedział jak i czemu, ale musiał jej dać kolejny szlaban. Chodził za nią od dwuch dni, ale nic na nią nie miał - wzorowa uczennica. Siedział tak w sali i zastanawiał się co zrobić gdy nagle przyszedł mu głowy świetny pomysł na to, jak zapewnić pannie Weasley szlaban.
 
- Lovegood, przypomnij zaklęcie o którym mówiłem na poprzedniej lekcji.
Luna wstała i uważnie obserwując nauczyciela odpowiedziała:
- Zaklęcie nazywało się Godgoli i powodowało bardzo silne łaskotanie wszystkich części ciała ofiary - i usiadła. Po nie całych dwuch tygodniach nauki sama nie wiedziała które z zaklęc których się uczyli było najgorsze, każde kolejne było coraz bardziej okrutne. Luna nigdy nie myślała że może być aż tyle sposób na katowanie człowieka.
- Minus 5 punktów dla Ravenclow, zapomniałaś dodać że po zdjęciu zaklęcia przez kilka godzin utrzymują się czerwone, swędzące ślady jak po poparzeniu pokrzywą, również na całym ciele - mimo że słowa były skierowane do Luny, jego wzrok spoczywał na Ginny - A teraz mam dla was niespodziankę - oderwał od niej wzrok - Dziś będziemy świczyć to zaklęcie.
Wszyscy wpatrywali się w nauczyciela wielkimi jak spodki od filiżanek oczami. Ćwiczyć? Pierwsze co przyszło Lunie do głowy było to  że pewnie przyprowadzi jakieś zwierzęta żeby na nich ćwiczyli zaklęcie i już się jej zrobiło szkoda biednych stworzeń które będą zmuszeni męczyć, gdy drzwi do sali otworzyły się i weszła grupa puchonów z pierwszego roku. Lunie zakręciło się w głowie.
- Panno Grey, Pani pierwsza, a wybór ucznia zależy od Pani - wskazał na tęższą Krukowkę, która z lekkim tylko ociąganiem wstała z ławki i wyszła na środek sali. Po krótkim namyśle wskazała śliczną blondyneczkę o zielonych oczach, i dziewczynka pchnięta przez 'kolegów' również wyszła na salę blada jak ściana. Luna wstrzymała oddech ciekawa czy Victoria Grey, dziewczyna z którą dzieliła dormitorium odważy się żucić czarnomagiczne zaklęcie. Victoria spojrzała nie pewnie na nauczyciela, jak by pytajaco czy na prawdę ma to zrobić a ten tylko kiwnął głową a z jej ust wyplynęło zaklęcie
- Godgoli
Krukonka się zajaknela a jej głos był ledwie słyszalny, ale słodka blondyneczka i tak upadła na podlogę i już po kilku sekundach było widać jak jej ciało pokrywa się czerwonymi plamami jak od pokrzywy. Luna z przerażeniem odwróciła głowę, nie była w stanie na to patrzeć. Na szczęście dla blondyneczki a nie szczęście dla kolejnej ofiary profesor już po 2minutach kazał Victori przerwać i podał pierwszorocznej jakiś eliksir, za pewne na odzyskanie sił.
- Panno Grey, nie przykladała się Pani zbytnio do tego zaklęcia. Mam nadzieję że następnym razem będzie lepiej bo inaczej będę musiał Panią odpowiednio zmotywować - i posłał jej uśmiech przez który dziewczyna zbladła ale gorąco przytaknęła. Rozejrzał się po klasie i jego wzrok zatrzymał się na kolejnym krukonie - Aaron Winchester. Chłopak bez wachania podszedł i wybrał krzepkiego bruneta wsród młodszych uczniów i bez mrugnięcia okiem czy zająknięcia rzucił zaklęcie. Od razu było widać że było ono o wiele silniejsze niż zaklęcie dziewczyny bo wszystko to co działo się prędzej z dziewczynką działo się o wiele szybciej z nową ofiarą, a profesor zamiast kazać mu przestać wcześniej, to on pozowlił na torturę dwa razy dłuższą, z chorą fascynacją wpatrując się w wijącego się pod wpływem zaklęcia puchona. Gdy w końcu kazał przestać tak samo podał eliksir młodemu i podszedł uscisnąć dłoń starszemu.
- No, w reszcie jakiś talent! Widzę że jeszcze wyjdzie z Ciebie czarodziej - i poklepał go po ramieniu a chłopak odpowiedział szczerym (!) uśmiechem, a nauczyciel ponownie rozejrzał się po sali, a Luna od razu wiedziała na kogo padnie jego wybór - Panna Weasley! Ponad rok temu widziałem że jest Pani zdolną uczennicą, kilka tygodni temu również, ale proszę odświerzyć moją pamięć. Zapraszam - i ręką wskazał na środek sali. Luna szybko spojrzała na przyjaciółkę, a ta podniosła wysoko głowę i wyszła na środek sali z gracją i odwagą przypisywaną jedynie domowi lwa, jednak różdżkę wciąż trzymała w polach szaty. Stanęła na przeciw Carrow'a i spojrzała mu prosto w oczy.
- Jeśli sądzi Pan że to zrobię, to albo wierzy Pan w cuda, albo jest Pan zwyczajnie głupi - i ruszyła w stronę wyjścia ale nim doszła do drzwi Carrow jednym machnięciem różdżki sprawił że znów stała przed nim. Wszyscy mieli wstrzymane oddechy i patrzyli na to jak skończy się ten pojedynek spojrzeń. O ile poprzednim razem Luna uważała że dziewczyna nie potrzebnie zarobiła szlaban, tak tym razem całkowicie ją popierała, i wiedziała że na jej miejscu też by odmówiła wykonania polecenia, może nie ujeła by tego w ten sposób, ale efekt był by i tak ten sam:
- Szlaban tam gdzie ostatnio, w piatek o 18 - i wciąż patrząc jej w oczy oznajmił - koniec lekcji.

sobota, 19 października 2013

Rozdział 7

Dobra, udało mi się jakoś ogarnąć ten problem z wpisami które źle mi się wyświetlały, ale też jeszcze nie do końca. Postaram się to naprawić jakoś niebawem. Mam nadzieję że rozdział wam się spodoba bo sporo nad nim pracowałam. Niebawem następny - już się robi. Liczę na jakiekolwiek słowa krytyki. I przepraszam za błędy,  obiecuję je kiedyś poprawić - teraz zwyczajnie nie mam na to ochoty.
Pozdrawiam i miłego czytania 
--------------------------------------------
Cały dzień Ginny powtarzała sobie ze cokolwiek stanie się w sali tortur nie da po sobie poznać jak bardzo się boi. Jednak gdy tylko weszła do środka wiedziała ze cały strach ma wymalowany na twarzy. W sali nikogo nie było, wiec dziewczyna miała chwile na rozejrzenie się w kolo. Na ścianach sali powieszone były stare żelazne kajdany (to chyba te którymi straszył ich zawsze Filch), a przy ścianie stal długi drewniany stół na którym były poukładane różne metalowe sprzęty - wyglądały jak mugolskie narzędzia tortur. w kacie sali stała niewielka szafka a w niej fiolki z różnymi eliksirami - część z nich Ginny znała, były to napoje uzdrawiające, co ja zdziwiło lecz dziwienie szybko ustąpiło zrozumieniu - najpierw będą ich katować, a później jak już doprowadza ich na skraj wytrzymałości będą ich uzdrawiać by zacząć zabawę od nowa. Rudej zakręciło się w głowie gdy dotarło do niej ze Cruciatus przy tych męczarniach będzie jak łaskotki. Po drugiej stronie sali, naprzeciwko stołu były drzwi których wcześniej nie zauważyła, a które otworzyły się teraz z lekkim skrzypnięciem. Przerażona odwróciła się i spojrzała na kata. Amycus Carrow patrzył; na nią swoimi świecącymi z chorego podniecenia zadawania bólu oczami. 
- No proszę, co my tu mamy - Panna Weasley. Miło mi Panią widzieć. Moja siostra powiedziała mi co zrobiłaś - pokiwał palcem wskazującym prawej dłoni jak matka pouczająca niegrzeczne dziecko - nieładnie jest obrażać swojego Dyrektora moja panno. Dlatego tez jestem zobowiązany do wykonania na tobie kary proporcjonalnej do przewinienia jakiego się dopuściłaś - niemalże poczuła jak jego wzrok dotyka całego jej ciała od góry do dołu jakby oceniał ile da rady wytrzymać - myślę ze dziś możemy sobie odpuścić mugolskie taktyki i skorzystać trochę z tradycji. Gotowa?
I nim zdąrzyła choćby mrugnąć nie wyobrażalny ból wstrząsną jej ciałem, istniała tylko ona i ten obezwładniający ją ból, wszystko inne nie istniało - nie istniała ta sala, nie istniał jej kat, nie istniał czas. Nie wiedziała ile to trwało (choć wydawało jej się że godzinami) gdy ból ustąpił. Dopiero wtedy złapała oddech i otworzyła powoli oczy. Leżała na podłodze dysząc ledwie mogąc się ruszyć. 
- Wiesz, te mugolskie sposoby są całkiem niezłe, co tylko dowodzi temu że mugole to zwierzęta cieszące się z czyjegoś bólu, dlatego zupełnie nie rozumiem co twój tatuś widzi w nich takiego fascynującego...
Nie usłyszała co więcej miał do powiedzenia bo kolejna fala bólu zalała jej ciało.

Amycus Carrow stał i patrzył na ciało gryfonki wijące się na podłodze z bólu. Dotychczas zawsze lubił patrzeć na młode zgrabne kobiety dręczone przez niego Cruciatusem, patrzeć na ich wykrzywione z bólu twarze. Uwielbiał zadawać ból, miał wtedy całkowitą władzę nad ciałem i umysłem torturowanego. Czuł się niczym Bóg dla tej osoby, wiedział że to życie zależy tylko od niego. To poczucie władzy niezmiernie go podniecało i podbudowywało jego ego do tego stopnia że nie przeszkadzało mu nawet to że musi wykonywać rozkazy Czarnego Pana. Ale teraz, patrząc na ciało tej wiewióreczki czuł nie tylko podniecenie umysłowe z zadawanego bólu, ale tez podniecenie nie mające nic wspólnego z rzucanym przez niego zaklęciem. Patrzył na to jak dziewczyna wygina się w łuk, na jej podkulone, zgrabne nogi, rozchylone, wilgotne usta, i włosy rozsypane na podłodze. Po kilku sekundach złapał się na tym że myśli jak te włosy wyglądały by na jego białej pościeli, a ciało wygięte byłoby w łuku rozkoszy, a nie bólu. Dziewczyna tak na niego działa że po kilku chwilach poczuł aż ból w lędźwiach z podniecenia. Ściągnął z niej zaklęcie i szybko ruszył w stronę drzwi - nie chciał żeby widziała w jakim jest stanie. Nim zamknął drzwi za sobą rzucił tylko w stronę sali:
- Mam nadzieje ze to Cię nauczyło jak się wyrażać o naszym dyrektorze.
Przeszedł przez pokój dzienny który dzielił z siostra i skierował się w stronę swojej sypialni, a
później do łazienki na samym końcu pokoju. Zdjął szybko ubranie i po chwili czul już jak zimna woda ostudza jego ciało, choć zmysły wciąż działały....

Mistrz Eliksirów siedział w swoim fotelu za biurkiem z nogami wyciągniętymi do przodu i własnie kończył kolejną butelkę Ognistej. Już prawie osiagnął zamierzony efekt i skupiał się właśnie na skupieniu wzroku na szklance do której chciał nalać resztkę bursztynowego płynu, jednak po chwili stwierdził że nie ma co się wysilać i uniusł butelkę do ust gdy drzwi do jego gabinetu otworzyły się i do środka ktoś szybko wszedł nawet go niezauważając. Długie prawie białe włosy zawirowały gdy dziewczyna oparła się o drzwi i z zamkniętymi oczami szybko oddychała. Lovegood?! Co ona tu na Merlina robiła? Jak śmiała tak wpadać do jego gabinetu nawet go nie zauważając? I nagle ogarnął go niewyobrażalny smutek - czyżby stał się niewidoczny dla tych wszystkich którzy kiedyś choć trochę go szanowali? Oj co on plecie, to pewnie ognista sprawiła ze zrobił się nagle taki sentymentalny - nie miał w zwyczaju użalać się nad sobą, było to poniżej jego godności, a w dodatku była to jawna oznaka słabości, a czego jak czego ale słabości nienawidził najbardziej, nawet bardziej niż siebie samego. Patrzył na nią ciekawy jej reacji jak go zobaczy i nagle zdał sobie sprawę że nigdy żaden uczeń nie widział go w takim stanie - w samych spodniach i białej koszuli z nie dopiętymi dwoma górnymi guzikami. Właściwie to niewiele jest osób które choćby wyobrażały  sobie go inaczej niż w jego czarnych szatach. Poczuł się jak by był właściwie nagi, i już sięgał po różdżkę leżąca na biurku aby za pomocą zaklęcia szybko założyć szaty przewieszone przez oparcie fotela gdy usłyszał świst wciąganego mocno powietrza i spojrzał na uczennicę. Stała z szeroko otwartymi oczami i patrzyła się na niego jak by go widziała pierwszy raz.
- Co Pan tu na Merlina robi?
Snape'a w pierwszej chwili wmurowało - jak ktoś śmiał wchodzić tu od tak i jeszcze pytać go co robi 
w swoim własnym gabinecie - ale uczucie to zostało szybko zastąpione przez złość jaka opanowała jego umysł. Podniósł się z siedzenia i zaczął zbliżać się w kierunku dziewczyny.

Luna ledwie powstrzymała się żeby nie chwycić się dłońmi za usta - czyżby przez zadawanie się z gryfonami zaraziła się ich zwyczajem najpierw mówienia a dopiero później myślenia? Stała przerażona pod drzwiami bojąc się jego reakcji - a jak od razu z krzykiem wyśle ją do pokoju tortur żeby piekielne rodzeństwo wyznaczyło jej karę, albo zrobi to odrazu sam. Podniusł się z fotela i ruszył w jej stronę, całkowicie opanowany, z tym samym co zawsze, nie przeniknionym wyrazem twarzy. Gdy był już na krok od niej oparł lewą rękę o drzwi tuż nad jej głową, tak że praktycznie rzecz biorąc była uwięziona pomiedzy nim a drzwiami. Najchętniej wcisnęła by się w to drewno i nigdy więcej z niego nie wyszła ale nie miało być jej tak dobrze - profesor prawą ręką chwycił jej podbrudek i uniusł go do góry tak że była zmuszona wspojrzeć w jego czarne jak węgiel oczy. Był dużo wyższy od niej więc musiała praktycznie maksymalnie zadrzeć głowę do góry. Serce waliło jej jak oszalałe gdy tak stała zdana na jego laskę (o ile ja ma), ale z drugiej strony wyczuła teraz szanse na dojście do tego czy profesor Dumbledore aby na pewno nie mylił się co do natury nowego dyrektora. Słodki zapach alkoholu połączony z jego własnym - delikatną mieszanką składników eliksirów w którym wyczuwała imbir i korzeń wijącej sosny - owiał jej twarz i wprawił jej umysł w lekkie otępienie. On natomiast odezwał się cichym gardłowym głosem od którego dreszcz przeszedł przez jej plecy:
- Co tu robisz Lovegood?
Przełknęła slinę i nie bardzo wiedząc co powiedzieć poprostu zaczęła paplać jak zawsze gdy była mocno 
zdenerwowana
- Mój tatuć napisał mi w liście który dziś dostałam że przypomniał sobie że jak jeszcze był uczniem to odkrył w lochach zaskakująco miłe stworzenia myszkomiłki i poprosił abym mu jednego wysłała. Cały dzień byłam zajęta lekcjami więc pomyślałam że zanim nastanie cisza nocna mogłabym poszukać myszkomiłka aby móc go jutro tatusiowi wysłać - spojrzała na niego niewinnym zwrokiem mając nadzieję że nabierze się na ta wymyśloną na prędce historię, choć wiedziała że nadzieja matką głupich bo ten człowiek był za inteligetny żeby uwierzyć w coś takiego, a wliczając jeszcze fakt że jest mistrzem legimentacji od razu mogła się położyć na podłodzę i czekać na falę bólu od jego zaklęcia. Ten jednak zdziwił ją jeszcze bardziej niż dotychczas o ile było to możliwe - ujął w swoją dużą, silną dłoń kosmyk jej włosów i gładził go między palcami.
- A twój kochany tatuć nie nauczył Cię, że zanim się wchodzi do czyjegoś gabinetu należy pukać? A już tym bardziej wchodząc do pomieszczenia w którym znajduje się mężczyzna odużony alkoholem? Czyżby nie uświadomił Cię o zagrożeniach innych niż Czarny Pan?
Wciąż patrząc w jej otwarte szeroko oczy uśmiechną się, ale nie tak jak zwykle - z kpiną i sarkazmem - był to uśmiech którego nie powtydził by się nawet władca piekieł. Luna mimowolnie zadrżała.
- Jak widać jednak Pani nie uświadomił Panno Lovegood. Ja zatem robię to za niego - odsunał się od niej kilka kroków, tak ze mogła się już swobodnie ruszać, choć była tak sparaliżowana strachem że nawet jej to nie przyszło do głowy - A za swoją głupotę masz u mnie szlaban w 4 najbliższe piątki. O godzinie 18, tutaj w gabinecie. A teraz - spojrzał na duży srebrny zegar z wężami zamiast wskazówek - masz 2 minuty na dotarcie do swojej wieży jeśli nie chcesz dostać kolejnego szlabanu, tym razem w sali kilka metrów dalej. 
Luna dalej stała wpatrzona w Mistrza Eliksirów nie dowierzając w to co słyszy. Może iść już do wieży? To wszystko? Dopiero jego głośny krzyk "Idź już Lovegood!!" doprowadził ją do porządku i już zamykała za sobą drzwi i biegła w stronę schodów w górę. Zdyszana zatrzymała się w jednej z wnęk i rzuciła na siebie zaklęcie kameleona tak aby nikt jej nie widział i ruszyła dalej, przed wejściem do wieży ściągnęła zaklęcie, odpowiedziała na zagadkę i weszła do pokoju wspólnego skąd poszła od razu do swojego dormitorium które było na szczęście puste. Dopiero tutaj pozwoliła sobie na swobodne złapanie oddechu.

Severus Snape powoli otwierał oczy - jego magiczny budzik dzwonił już od dobrych 10 minut ale on jakoś nie był wstanie zebrać się w sobie żeby wstać. Efekty wczorajszego upicia dawały o sobie mocno znać, głowa mu pękała a smak w ustach był taki, jak po zjedzeniu fasolki wszystkich smaków Bertiego Botta o smaku wymiocin (kiedyś Minerwa się z nim założyła o to czy uda mu się zjeść całe opakowanie na raz bez najmniejszego skrzywienia się, i przez ten właśnie smak przegrał). Sięgnął ręką po różdżkę i jednym machnięciem wyłączył budzik, a drugim przywołał fiolkę z eliksirem na kaca (jego własny wynalazek). Jednym łykiem opróżnił fiolkę i leżąc czekał aż poczuje się lepiej. Wraz z siłami zaczęły powracać wspomnienia zeszłego wieczora - jak siedział w swoim gabinecie i upił się ognistą i jak weszła ta Lovegood i... Na gacie Merlina, co on wyprawiał! Jak w ogóle przyszło mu do głowy zrobić to co zrobił! Myśli kłębiły mu się w głowie, i nawet nie chciał myśleć co by się stało gdyby ta głupia dziewczyna wtedy ruszyła się choć o centymetr - był tak przeraźliwie zły że pewnie skończyło by się na tym że rzucił by w nią jakąś wyjątkowo obrzydliwą klątwą, na jej szczęście miała na tyle rozumu w głowie by nawet nie drgnąć. Miał różne sposoby na wywoływanie strachu w uczniach, ale to? To przekraczało nawet jego możliwości. Co ona musiała sobie o nim pomysleć? Pewnie opowiada teraz tej rudej Weasley o tym jak dyrektor, najważniejszy śmierciożerca, właściwie zastępca Czarnego Pana napastował ją seksualnie. Cholera! Jak on teraz wejdzie do Wielkiej Sali na śniadanie? Jak on wogóle kiedyś stanie twarzą w twarz z tą idiotką? Jeszcze w dodatku na własną zgubę zamiast puścić ją wolno albo odesłać do Amycusa albo Alecto postanowił że ma mieć szlaban z nim, i to w jego gabinecie! Wsadził głowę pod kołdrę jak by miało mu to pomuc uciec od ponurych myśli, i leżał tak kilka minut myśląc o tym jak straszny będzie dzisiejszy dzień i stwierdzać że gorzej być nie może gdy poczuł pieczenie na
przedramieniu w miejscu gdzie miał wypalony Mroczny Znak. No, tak, mogło być przecież gorzej! Wyszedł z łóżka i zaczął się ubierać zły sam na siebie ze nie ruszył się wcześniej żeby się wykąpać, bo teraz nie miał na to czasu - Czarny Pan nie lubił gdy kazało mu się długo czekać, nawet gdy chodziło o jego pupilka, Severusa Snape'a.

Luna stała w łazience przy swoim dormitorium i zatroskana patrzyła w swoje odbicie w lustrze. Nigdy nie przejmowała się swoim wyglądem, ale dziś musiała przyznać sama przed sobą ze wyglądała okropnie - cienie pod oczami odznaczały się na jej jeszcze bledszej niż zwykle twarzy a oczy miała czerwone od niewyspania. Postanowiła ze zanim wyjdzie z dormitorium poprosi którąś z dziewczyn o jakieś przydatne zaklęcie na poprawienie swojego wyglądu. Wyszła z łazienki i wróciła do swojego łózka. Cala noc nie mogła spać, choć nie wiedziała co bardziej jej ten sen odbierało, czy strach przed szlabanem ze Snape'em czy może emocje jakie wywołał wczorajszy wieczór. Cala noc myślała o tym co zrobił profesor - po prostu się z niej nabijał, a ona głupia nie dostrzegła tego w pierwszej chwili. Dopiero w nocy gdy w miarę możliwości ochłonęła i zaczęła jeszcze raz analizować to co się stało przypomniała sobie wyraz jego oczu gdy patrzył na nią pochylony - oczy miał jakby lekko roześmiane, choć wyraz jego twarzy o tym nie wskazywał. A gdy dotknął jej włosów zobaczyła w nich coś, czego się nie spodziewała, coś w rodzaju czułości połączonej z tęsknota? Czy to możliwe? To by oznaczało że nie do końca owładnięty jest złem, i postawiło by go w lepszym świetle, jeśli nie dla innych, to przynajmniej dla niej samej, bo ktoś w czyich oczach można ujrzeć to co ona widziała w oczach szkolnego nietoperza nie może być człowiekiem złym. Może takiego udawać, ale w głębi serca na pewno taki nie jest.

Nevile siedział przy stole i prubował się zmusić do zjedzenia sałatki którą nałożył sobie dobre 15 minut temu na talerz, i dłubał ją przez cały ten zerkając co chwilę w stronę wejścia do Wielkiej Sali. Zaczynał się powoli martwić bo od rana nie widział ani Ginny ani Luny, a był już obiad. Zresztą rano też widział je tylko w przelocie - obie były blade i markotne. Zastanawiał się co się takiego wydarzyło że obie były w takim stanie i postanowił to z nich wyciągnąć jak tylko którąś złapie. Po kilku kolejnych minutach w których niepokój dawał o sobie znać coraz bardziej zaczął myśleć gdzie też one mogą się podziewać i już miał ruszyć w kierunku biblioteki żeby tam sprawdzić gdy przypomniał sobie o fałszywym galeonie który wciąż nosił przy sobie - jeśli mu się poszczęści to któraś z nich też go nosi i odczyta wiadomość od niego. Sięgał już do torby żeby znaleść monetę gdy kątem oka dostrzegł dziewczyny wchodzące do sali. Ginny od razu skierowała się w jego stronę, a Luna usiadła przy stole swojego domu. Nalała sobie na talerz zupę i zaczęła jeść swoim zwyczajem oglądając się na wszystkich dookoła, a Neville zauważył że jej wzrok zatrzymał się na chwilę na pustym od rana miejscu dyrektora. Ginny natomiast usiadła naprzeciw niego i nałożyła sobie na talerz ziemniaki i bigos i zaczęła grzebać widelcem w talerzu. 
- Ginny, nie chce żeby zabrzmiało to głupio, ale wiesz że możesz mi wszystko powiedzieć, prawda?
Ruda spojrzała na niego lekko roskojarzonymi oczami i uśmiechnęła się, ale nie wyszło, wiedział że 
to wymuszony uśmiech.
- Tak, oczywiście, nic mie nie jest. Poporstu wczoraj był ciężki dzień, i dziś nie zapowiada się wcale lepszy, następną mamy "obronę" przed czarną magią. A jak było u Ciebie na czarnej magii? - zgrabnie wywinęła się od szczerej odpowiedzi.
- Świetnie, Carrow opowiadał o skutkach klątwy Cruciatus na przykładzie moich rodziców - skrzywił się na samą myśl.
- Oh, tak mi przykro - przyjaciółka wzieła go za dłoń spoczywającą na stole. Spojrzał jej w oczy i dostrzegł uczucie którego nie znosił. Wpółczucie. Ludzie ciągle mu współczuli za jego rodziców, a przecież nie był już małym chłopcem płaczącym na korytarzu szpitala św.Munga który nie rozumiał dlaczego rodzice go nie poznają, dlaczego mama nie kołysze go w ramionach głaskając włosy jak zwykła robić gdy płakał, czemu tata wychyla się zaa ramienia mamy prubując go rozśmieszyć. Nie był tym samym chłopcem któremu brakowało rodziców gdy pierwszy raz wykazał swoje magiczne zdolności, kiedy ostrzymał swój pierwszy list z Hogwartu, kiedy pojechał z babcią na Pokątną żeby kupić podręczniki i zachwycony oglądał Nimbusa 2000, kiedy bał się tego co przyniesie mu pierwszy rok szkolny a nawet kiedy chciał zaprosić na Bal Bożonarodzeniowy Ginny i nie wiedział jak się do tego zabrać, a także wielu innych, mniej lub bardziej ważnych momentach jego życia. Teraz jednak nie chciał by mu ktokolwiek wspólczuł. Był dumny ze swoich rodziców, za to kim byli i za co walczyli, i wiedział że choćby i jego miałby spotkać taki los jak jego rodziców, to będzie ich walkę kontynuował, bo wiedział że warto.
- To może powiesz mi chociaż co z Luną, teraz wygląda lepiej ale jak widziałem ją rano to nawet 
zaklęcia nie pomogły w ukryciu nędznego stanu w jakim była - wskazał głową na blondynkę dalej jedzącą zupe.
Ginny lekko się spieła, prawie niezauważalnie, ale on był dobrym obserwatorem i od razu wyczuł że z drugą dziewczyną też jest coś nie tak.
- Nic jej nie jest, wiesz obu nam jest ciężko. Jej ojciec w dodatku zaczyna mieć problemy przez to co pisze jej ojciec w Żąglerze, martwi się tak jak my wszyscy o to co dzieje się z Harry'm, Hermioną i Ronem, i to wszystko zaczyna ją powoli chyba przytłaczać, to wszystko. 
To co mówiła niby było logiczne, ale z drugiej strony wydawało się trochę naciągane. Zrobiło mu się smutno że dziewczyny nie ufały mu na tyle żeby podzielić się z nimi swoimi problemami bo był pewny że jeśli Ginny omija wszystko szerokim łukiem to i Luna zrobi tak samo. Ale w sumie z drugiej strony może to jakieś kobiece dopadłości o których mówiła mu babcia a których wcześniej nie dostrzegał? Tak, to na pewno jest to, i z pewnością za kilka dni wszystko wróci do normy, a jak nie to wtedy będzie się zastanawiał co dalej robić. Na razie nie będzie się przejmował na zapas. 

wtorek, 15 października 2013

Rozdział 6

Luna siedziała w Wielkiej Sali przy stole swojego domu i jadła jajecznicę na bekonie gdy profesor McGonagall podeszła i wręczyła jej rozkład jej zajęć:
Poniedziałek:
9.00 - 10.50 - mugoloznastwo
11.00 - 11.30 - drugie śniadanie
11.30 - 13.20 - historia magii
13.30 - 14.30 - obiad
14.30 - 16.30 - zielarstwo
Wtorek:
9.00 - 10.50 - eliksiry
11.00 - 11.30 - drugie śniadanie
11.30 - 13.20 - numerologia
13.30 - 14.30 - obiad
14.30 - 16.30 - obrona przed czarną magią
Środa:
9.00 - 10.50 - transmutacja
11.00 - 11.30 - drugie śniadanie
11.30 - 13.20 - mugoloznastwo
13.30 - 14.30 - obiad
14.30 - 16.30 - obrona przed czarną magią
Czwartek:
9.00 - 10.50 - wróżbiarstwo
11.00 - 11.30 - drugie śniadanie
11.30 - 13.20 - zaklęcia
13.30 - 14.30 - obiad
14.30 - 16.30 - opieka nad magicznymi stworzeniami
Piątek:
9.00 - 10.50 - obrona przed czarną magią
11.00 - 11.30 - drugie śniadanie
11.30 - 13.20 - numerologia
13.30 - 14.30 - obiad
14.30 - 16.30 - eliksiry
Sobota:
9.00 - 10.50 - zielarstwo
11.00 - 11.30 - drugie śniadanie
11.30 - 13.20 - transumatacja
Luna spojrzała zdziwiona na plan - od kiedy to mieli zajęcia w soboty? Weekendy zawsze były wolne! Rozejrzała się po twarzach innych uczniów i wszyscy mieli tak samo zdziwione jak ona miny. W dodatku aż 10 godzin tygodniowo z rodzeństwem Carrow. To będzie ciężki rok...
Luna wraz z Ginny i innymi uczniami stała czekając na Alecto Carrow przed salą do mugoloznastwa. Za 2 minuty miała się zacząć lekcja i każdy z nich był zdenerwowany tak bardzo że bali się nawet odezwać, każdy z nich rzucał tylko nerwowe spojrzenia po sobie. Po kilku sekundach usłyszeli stukot obcasów i zaa rogu wyszła pani profesor. Ubrana była w ciemnozielona szatę, a blond włosy związane były w ciasny kok tak samo jak wczorajszego wieczoru. Pomimo tuszy krok miała szybki, a brązowe, rozbiegane oczy omiotały ich szybko wzrokiem. Otworzyła przed nimi drzwi sali i po chwili każde z nich siedziało już w swoich ławkach - Luna jak zawsze z Ginny na samym końcu jak najdalej od biurka profesorki.
- Wszystko co powinnniście o mnie wiedzieć powiedział wczoraj dyrektor więc pomińmy wstępy. Jestem tu po to aby uświadomić wam jak wielkim zagrożeniem są dla nas mugole i gdzie jest ich miejsce. Od zarania dziejów mugole nas szykanowali i próbowali nas zabijać, urządzali polowania na czarownice, i palili je na stosach, topili, torturowali. Zmusili nas do ukrywania się jak robaki, i robiliśmy to przez wiele wieków. Teraz jednak nadszedł kres tej ciemnoty, wreszcie mamy szansę wybić się ponad nich, i zawładnąć światem. Otwórzcie podręczniki za stronie 5, a panna Weasley odczyta nam definicje mugola - Ginny spojrzała hardo na blondynkę i z uniesioną wysoko głową otworzyła podręcznik i zaczęła odczytywać definicje.
- "Mugol to istota pozbawiona magicznej mocy, rodzaj zwierząt które opanowały zdolność podporządkowywania sobie innych - ich szykanowania zmusiły czarodziejów do pozostania w ukryciu. Mugola można poznać po specyficznym fetorze który wytwarzają - zapach fermentujących resztek - oraz przy bliższych oględzinach, np. po krwi która zawiera szlam. Obowiązkiem każdego czarodzieja jest podporządkowanie ich sobie poprzez np. zaklęcie Imperius, oraz unicestwienie jak największej ilości egzemplarzy z tego gatunku". I pomyśleć że naszego dyrektora ojciec pochodził z tego właśnie gatunku... - Luna zamarła jak usłyszała ostatnie słowa przyjaciółki. W sali była całkowita cisza, nikt z uczniów nie odważył się choćby podnieść głowę by spojrzeć na Ginny lub profesorkę. Ruda jednak stała dalej z uniesioną wysoko głową i patrzyła prosto w oczy śmierciożercy, ta jednak wydawała się być nie zbyt zdziwiona zachowaniem dziewczyny, wręcz przeciwnie, wyglądała jak dziecko któremu ktoś właśnie podarował kawałek tortu. To było bardziej przerażające niż gdyby nawet rzuciła na nią jakąś paskudna klątwę.
- Panno Weasley, jestem przekonana że mój brat z radością pouczy Panią jak należy wyrażać się o naszym dyrektorze. Masz się do niego zgłosić dziś o godzinie 19.
Luna miała ochotę potrząsnąć przyjaciółką za to co ta zrobiła. Jak mogła być taka głupia? Po co bez powodu się narażać? Zamiast poczekać na coś poważniejszego, na coś o co warto walczyć, to ona głupia wyskakuje z takim tekstem już na pierwszej lekcji!! Ach ta jej gryfońska odwaga! Luna zawsze uważała że jej przyjaciółka jest bardzo inteligenta, i właściwie to powinna trafić do Ravenclow, ale teraz już wiedziała że to ona się myliła, a nie tiara przydziału - nikt to ma choć trochę oleju w głowie nie nastawiałby się na nie bezpieczeństwo bez powodu. I nie chodzi tu w najmniejszym stopniu o odwagę - Luna bez najmniejszego problemu mogłaby zrobić to samo. Córka Roweny była tak owładnięta złości że resztę lekcji pamiętała jak przez mgłę. Gdy lekcja się skończyła ruszyły w stronę Wielkiej Sali na drugie śniadanie, jednak nie odzywały się do siebie ani słowem - Ginny zaczęła chyba rozumieć swój błąd a Luna wolała się nie odzywać w obawie że wybuchnie na środku korytarza. Gdy przechodziły obok pustej sali dziewczyna chwyciła rudą za rękaw i pociągnęła w stronę sali. Gdy tylko weszły od razu zamknęła drzwi i rzuciła zaklęcie Muffliato (słyszała kilka razy jak wspominała o tym zaklęciu Hermiona). Jednak zanim zdążyła wybuchnąć odezwała się Ginny.
- Wiem, jestem głupia, bezmyślna, i nie wiem co jeszcze ale jakoś tak nie mogłam się powstrzymać. Nie chcę żeby ta głupia kwoka myślała że się jej boimy, niech zobaczy że hart naszego ducha jest silniejszy niż nawet najobrzydliwsza klątwa - Luna już otwierała usta ale ta jej nie dała - Tak, wiem, są lepsze sposoby i powinnam oszczędzać ilość szlabanów do tych chwil w których nie będzie innego wyjścia jak się sprzeciwić zamiast marnować je na takie głupoty. Teraz to wiem, wtedy niezbyt pomyślałam, po prostu bez namysłu palnęłam. Powinnam była odczytać posłusznie regułkę i schylić głowę, ale Luna proszę, nie rób mi wyrzutów, i tak już okropnie się czuje z tym wszystkim, a za kilka godzin będę musiała iść do tego jej brata i przechodzić przez katusze. Więc proszę, choć Ty oszczędź mi kazania. I niech to zostanie między nami, nie wspominaj o tym Nevillowi.
Luna nie była pewna skruchy przyjaciółki dopóki nie spojrzała jej w oczy - to ją przekonało że ruda naprawdę żałuje i nie miała serca żeby jeszcze dodatkowo na nią krzyczeć, a cała jej złość ustąpiła współczuciu i miłości jaką czuła do Ginny. To Ginny pierwsza spojrzała na nią jak na kogoś więcej niż Pomylune, to ona pierwsza zaczęła z nią rozmawiać, i nawet nie krytykowała gdy opowiadała jej o różnych magicznych stworzeniach których inni nie znali. Była dla niej jak siostra której nigdy nie miała, i mimo że niby tyle razy były w niebezpieczeństwie, to co działo się teraz było inne - wiedziały że przecież Amycus Carrow na pewno jej nie popuści. A już całkowicie pewna mogła być tego Ginny...
Po drugim śniadaniu przyjaciółki poszły na historię magii - ta była jak zwykle okropnie nudna, ale po raz pierwszy nie narzekały - na innych przedmiotach będzie się działo wystarczająco dużo. Na Zielarstwie byli w szklarni numer pięć, i zajmowali się przesadzaniem wnykopienków których mieli używać na najbliższych zajęciach eliksirów. Czas upływał szybko i nie ubłagalnie i nim Ginny spostrzegła była już 18.30, a ona siedziała własnie z Luną i Nevillem w Pokoju Życzeń i omawiali wrażenia z pierwszego dnia szkoły, pomijając oczywiście jej szlaban. Podniosła się z fotela na przeciwko kominka a gdy Neville zrobił zdziwioną minę mruknęła tylko:
- Przypomniało mi się coś, muszę to sprawdzić w bibliotece, zobaczymy się w pokoju wspólnym. Cześć Luna, do jutra - i starała się nie spojrzeć w oczy przyjaciółki, i bez tego wiedziała że maluje się w nich współczucie. Zanim wyszła usłyszała jeszcze tylko lekko rozbawionego Nevilla
- No proszę, Hermiony w tym roku nie ma, a Ginny chyba postanowiła przejąć jej obowiązki związane z dopieszczaniem książek w bibliotece, tylko Hermiona tam chodziła już pierwszego... - reszty już nie usłyszała bo drzwi się za nią zamknęły. Ruszyła w stronę gabinetu tortur który mieścił się w lochach nie daleko Gabinetu Snape'a jak powiedziała jej profesor McGonagall. Opiekunka ich domu była zła jak osa za to że jej podopieczna już pierwszego dnia naraziła się na szlaban, i oczywiście też dała jej odpowiednią repremendę. Po kliku minutach była już w lochach, koło sali tortur. Spojrzała na zegarek, była za dwie 19. No cóż, lepiej przyjść wcześniej niż się spóźnić, prawda? Stanęła na przeciwko drzwi i zapukała. Usłyszała 'proszę' wymówione silnym barytonem od dźwięku którego po dziewczynie przeszedł dreszcz. Nacisnęła klamkę i pchnęła drewniane drzwi.

Snape siedział w swoim gabinecie w lochach i pił ognistą wpatrując się w ściany pokryte półkami na których stały słoje z różnymi składnikami eliksirów i starymi księgami oprawionymi w większości w czarne skóry. Lubił to miejsce, nie wiedział czemu ale lubił. Uwielbiał zapach tych wszystkich składników i kurzu który odkładał się na książkach, tą ciszę i spokój jakim odznaczało się to miejsce. Była też sypialnia gdzie było podobnie, ale wydawała mu się taka trochę pusta, zimna... Nie, gabinet był zdecydowanie jego ulubionym miejscem. Starał się wyłączyć myślenie, wyciszyć umysł tak aby miał możliwość odpocząć od ciągłego myślenia o tym co dzieje się wokół niego, o tym wszystkim na co pozwala, a wręcz zmuszony jest popierać. Już prawie udało mu się dojść do całkowitego nie myślenia o niczym, gdy usłyszał odgłos kroków. No tak, Weasley idzie na szlaban do Carrow'a. Jak ta dziewucha mogła być taka głupia żeby już pierwszego dnia się narażać? Oczywiście Alecto powiedziała mu za co dziewucha dostała szlaban, ale i tak trochę było jej szkoda - ale widać nie była tak mądrą jak myślał skoro tak się naraziła. Dziwne tylko że Alecto wysłała ją do Amycusa - Severus doskonale wiedział jak lubiła zadawać ból, i jak wiele radości jej to sprawiało. Z drugiej jednak strony wiedział że Amycus lubił młode zgrabne ciało, a tego akurat Weasley nie brakowało, a nawet więcej, miała zgrabne nogi i ponętny biust, a przy tym ładną twarz co tamten na pewno od razu zauważył. Dobrze że Czarny Pan zabronił im gwałcić dziewczęta, w przeciwnym razie tamta mogłaby się pożegnać ze swoją niewinnością (o ile jeszcze ją posiadała, choć sądząc po tym jak uwieszała się Potter'owi na szyji jest dość wątpliwe) z chwilą wejścia do jego sali. Postanowił jednak nie zaprzątać sobie dłużej głowy głupią gryfonką, wiedział że Amycus nie zrobi jej nic co mogłoby pozbawić ją jej piękna czy inteligencji - rzuci na nią kilka razy Cruciatusa i odeśle do wieży - w końcu już 19, a do 20 najpóźniej musi być już w swojej wieży. Wezwał kolejną butelkę Ognistej i rzucił zaklęcie wyciszające na gabinet tak żeby nie odbierać żadnych dźwięków z zewnątrz i nalał sobie kolejną szklankę złocistego trunku. Postanowił spić się do nie przytomności zanim Carrow skończy z małolatą.

Luna siedziała z Nevillem jeszcze dobrą godzinę po wyjściu Ginny i starała się po sobie nie poznawać że choć jest nie tak, ale w środku cała drżała. Gdy w końcu Neville zaproponował żeby wracali do swoich wież poderwała się ze swojego fotela jak poparzona i wyleciała z pokoju życzeń nim zdążył się z nią pożegnać. Obiecała Ginny ze nie będzie na nią czekać, ale to było silniejsze od niej - ruszyła szybko w stronę lochów gdzie jak powiedziała przyjaciółka znajdował się pokój tortur. Kilka minut później zdyszana stała przed byłym gabinetem Snape'a. Postanowiła tu poczekać, do 20 było jeszcze dobrych 15 min - poczeka do za piec i dopiero wtedy ruszy do swojej wieży jeśli w tym czasie ruda nie wyjdzie. Minęła minuta, dwie i kilka kolejnych. Nie było słychać krzyków ani jęków - ale w sumie Luna nie była pewna czy to dobry czy zły znak. Po chwili usłyszała odgłos kroków kogoś kto szybko zbliżał się do niej. A niech to! Całkowicie zapomniała o rzuceniu na siebie zaklęcia kameleona w razie jak by siostra kata postanowiła dołączyć do znęcania się nad Ginny! Niewiele myśląc rzuciła się na drzwi znajdujące się na przeciwko niej - do starej sali eliksirów w której nauczał Snape. Weszła szybko do sali i zamknęła za sobą drzwi. Przeszła pod drzwi do gabinetu - jak będzie trzeba to schowa się tam  (w końcu pewnie siedzi sobie teraz na fotelu Dumbledora). Po chwili usłyszała jak kroki zatrzymują się przed sala, i usłyszała jak ktoś dotyka klamki. Sama wiec tez obróciła się w stronę klamki i poczuła jak ta ustępuje pod jej naciskiem i szybko wskoczyła do środka nawet się nie rozglądając i zamknęła drzwi. Zamknęła oczy i oparła się o stare drewno, i wsłuchiwała się w kroki przechodzące właśnie po drugiej stronie drzwi. Gdy usłyszała ze się oddalają wypuściła powietrze z płuc i otworzyła oczy. To co ujrzała niemalże dosłownie zwaliło ja z nóg.

poniedziałek, 14 października 2013

Rozdział 5

Pociąg Express Hogwart sunął szybko po szynach przez pola pokryte żytem i pszenicą iskrzącą się niczym złote fale w promieniach słońca. Pociąg zawsze pełny roześmianych uczniów którzy ze śmiechem i radością opowiadali o swoich wakacjach, chwalących się wynikami egzaminów, pierwszoklasistami którzy podnieconymi głosami opowiadali o tym czego się spodziewają zobaczyć, o ich nadziejach i strachach. Tym razem było niby tak samo, ale jakoś inaczej. Uczniów było o wiele mniej niż dotychczas a i Ci co byli mieli markotne miny i nerwowe spojrzenia. Jedyni którzy wydawali się być zadowoleni z obecnej sytuacji byli ślizgoni - siedzieli w swoich przedziałach z zadowolonymi twarzami, a na resztę patrzyli jak na karaluchy przemykające pod ich stopami. Wiadomo już było kto został nowym dyrektorem Hogwartu - Severus Snape, ich dotychczasowy nauczyciel Eliksirów i Obrony przed czarną magią, opiekun Slytherinu. Perspektywa szkoły rządzonej przez prawą rękę największego czarnoksiężnika naszych czasów najbardziej przerażała troje przyjaciół siedzących w ostatnim przedziale pociągu. Ginny, Luna i Nevile nie wiedzieli czego się spodziewać - odkąd na weselu Billa i Fleur Ministerstwo zostało przejęte przez Voldemorta po prostu bali się własnego cienia. Do szkoły wracali tylko dlatego że wszyscy byli czystej krwi - mugolaki po prostu bały sie wrócić, a nawet jak któryś byłby na tyle glupi żeby pojawić się na Rozpoczęciu Roku Szkolnego to długo by nie pożył, a w najlepszym wypadku umarłby za pomocą jednego zaklęcia. Podręczniki wskazywały na jedno - będzie krwawo i nie przyjemnie, w dodatku mugoloznastwo stało się przedmiotem obowiązkowym. Ginny po lekkim przejrzeniu podręcznika do "Obrony" przed Czarną Magią była pewna że to wcale nie będzie obrona - to będzie po prostu jej stosowanie, i aż zamarzyło jej się aby Umbrige z jej zamiłowaniem do teorii powróciła jako nauczycielka tego przedmiotu, bo praktyki po prostu nie zniesie. Podobnie było z podręcznikiem do Mugoloznastwa - gdy Hermiona uczyła się tego przedmiotu były to różne wykresy o sile, długości życia, zastosowanie przedmiotów takich jak telefon, telewizja i innych kwestii dotyczących życia codziennego mugoli. Teraz były to głównie informacje jak brudną krew mają, że są niebezpieczni dla świata czarodzieji i dlatego trzeba przejąć nad nimi kontrolę, i cała inna sterta bzdór mających na celu znienawidzenie przez nich mugoli i namawianie na zabijanie ich. Siedzieli właśnie od kilku minut w ciszy, każde z nich pogrążone we własnych myślach gdy do ich przedziału wszedł z krzywym uśmiechem na twarzy nie kto inny jak Draco Malfoy ze swoimi dwoma gorylami którzy mieli jeszcze głupsze niż zwykle miny (Ginny dotychczas myślała że to nie możliwe). Nim któraś z dziewcząt zdążyła zareagować, a nawet nim Malfoy zdążył wypowiedzieć choćby słowo Neville już zdążył wyjąć swoją różdżkę i doskoczyć do blondyna. Luna pisnęła, a Ginny stała jak zamurowana i patrzyła co będzie dalej.
- Czego tu szukasz nędzna gnido? - głos Nevilla był tak przesiąknięty gniewem i nienawiścią że po plecach Ginny przebiegł dreszcz. Jednak nim ślizgon odpowiedział znikąd pojawił się wysoki mężczyzna w ciemnogranatowej szacie. Krótkie ciemne włosy lekko opadały mu na czoło, a brązowe oczy szybko ogarnęły sytuacje i po chwili Neville już wił się krzycząc z bólu na podłodze przedziału. Lunie nogi odmówiły posłuszeństwa i teraz klęczała przy głowie chłopaka, Ginny natomiast dalej stała i patrzyła z przerażeniem na scenę. Minęła minuta, dwie, trzy, a Ginny poczuła łzy spływające jej po policzkach. Nie wiedziała jak długo Neville był torturowany Cruciatusem, ale wiedziała że nie był sam ze swoim bólem - oby dwie dziewczyny cierpiały te katusze razem z nim. Gdy w końcu krzyk ustał a Neville spocony przestał się ruszać przez ułamek sekundy myślała że jego organizm nie wytrzymał tego, jednak gdy lekko i powoli rozchylił powieki jej serce zaczęło znów bić. Spojrzała na ich kata - przyglądał jej się z jakimś dziwnym błyskiem w oku, który nie wróżył nic dobrego. Draco stał blady jak prześcieradło i wyglądał jak by miał zaraz zwymiotować, za to jego goryle uśmiechali się złośliwie.
- Jeszcze jedna bójka, a potrwa to dwa razy dłużej Longbottom. Radzę Ci zatem uważać co robisz i poskromić swój Gryfonski temperament. - i wyszedł. Crabe i Goyle ruszyli zaraz za mężczyzna, ale Draco jakby nie miał siły się ruszyć. Wyglądał teraz o wiele starzej niż zwykle. Spojrzał na ich trójkę ze smutkiem w oczach, i jak by czymś jeszcze - przeprosinami? I powoli ruszył za swoimi pobratyńcami.
Reszta podróży minęła im w jeszcze większym przygnębieniu. Na szczęście Luna miała przy sobie opakowanie Czekoladowych Żab którymi nakarmiły Nevilla, tak że ten nim dojechali do stacji miał już siłę stać na własnych nogach (jak dobrze że nauczyły się przy Lupinie że czekolada jest taka dobra na wzmocnienie). Na stacji jak zawsze czekał Hagrid który pomachał im z daleka i wymuszonym radosnym głosem zwoływał pierwszorocznych aby przepłynąć z nimi do zamku. Reszta uczniów niemalże w całkowitej ciszy wsiadła do powozów, i tak samo z nich wysiadła. W Wielkiej Sali wszystko wyglądało tak jak zawsze - świece wisiały nad stołami, nad nimi rozciągało się usłane gwiazdami niebo, a przy stole nauczycielskim już siedzieli nauczyciele. Większość była ta sama, jednak pojawiły się dwie nowe twarze - mężczyzna który potraktował Nevilla Cruciatusem i nieco podobna do niego kobieta, blondynka z włosami związanymi w kok, lekko przysadzista i zgarbiona, jednak mimo wszystko wyglądająca na całkiem młodą. Uczniowie zasiedli do swoich stołów - przy Slytherinie było tylko kilka miejsc wolnych dla nowych uczniów, przy stole Krukonów brakowało tylko kilka osób, nie co więcej wśród Puchonów, za to przy stole Gryffindoru pustych było prawie połowa miejsc. Nie tylko Ginny rozglądała się ze smutkiem w oczach za tych których brakowało, każdy z nich w jakiś sposób czuł tę stratę, jedynie przy stole węża było gwarnie - Ci śmiali się i żartowali w najlepsze. Ginny w ich tlumie dostrzegła jednak twarz Malfoya który co prawda już nie był taki blady, ale dalej wydawał się być lekko przerażonym. Na ułamek sekundy spojrzał jej w oczy, ale trwało to tyle, ze rudowłosa nie była pewna czy jej się to tylko nie zdawało. Jednak śmiechy ucichły nawet przy stole ślizgonów gdy do Wielkiej Sali wszedł Dyrektor powiewając jak zawsze swoimi czarnymi szatami, przeszedł szybko pomiędzy stołami i zajął miejsce profesora Dumbledore'a. Twarze wszystkich Gryfonów poczerwieniały ze złości i nienawiści do Mistrza Eliksirów, ten jednak zdawał się tego nie zauważać - siedział wpatrzony swoimi czarnymi jak węgiel oczami w drzwi Wielkiej Sali w której za chwile mieli się pojawić nowi uczniowie. Po kilku minutach ciszy drzwi otworzyły się i weszła Proffesor McGonagall w swoich zielonych szatach prowadząc za sobą garstkę jedenastolatków. Wystarczyło na nich spojrzeć żeby wiedzieć którzy z nich przypadną do Slytherinu - byli wyniośli, z pewnym siebie wyrazem twarzy i aroganckimi uśmiechami. Przed stołem nauczycielskim stał już taboret a na nim stara tiara która rozpoczęła swoją pieśń - o ile w zeszłym roku ostrzegała o niebezpieczeństwie i próbowała podnieść uczniów na duchu, tak tym razem pochwalała zmiany które zaszły w zamku - uczniów trzymanych silną ręką, czystość w ich szeregach, siłę i potegę władającą szkołą. Wszyscy słuchali pieśni tiary ze zdzowionymi minami - widocznie wraz ze zmianą dyrektora zmieniła się też tiara, choć na pierwszy rzut oka była to ta sama co zwykle. Po zakończeniu pieśni opiekunka Gryffindoru zaczęła wyczytywać nazwiska kolejnych uczniów - Margaret Bernhard, Dean Dale i Nick Whitman trafili do domu lwa, Sam Hay i Khushi Kaur przypadli do Ravenclaw, Hufflepuff'u szeregi zasilili natomiast Paul Jones, Stefan Taylor i Jassie Cook. Natomiast do Slytherinu doszło aż 5 uczniów: William Carey, Jane Parker, Anne Miller, Thomas Kelly i Edward Roberts. Gdy tiara przydziału została odniesiona do gabinetu Snape'a ten wstał by zrobić przemowe, jak to robił co roku poprzedni Dyrektor.
- Witajcie w Nowym Roku Szkolnym w Hogwarcie! Jak zapewne każdy z Was wie, zaszło w naszej szkole wiele zmian, o których powiem za chwile. Najpierw przedstawię wam nowych nauczycieli: Amycus Carrow który będzie uczył Obrony przed czarną magią - wskazał ręką kata Nevilla, a ten tylko uśmiechnął się lekko i przerażająco - oraz Alecto Carrow - tu wskazał na blondynkę która uśmiechnęła się w ten sam sposób jak brat - która podjęła się nauczania mugoloznastwa które jest przedmiotem obowiazkowym dla każdego od pierwszej klasy, o czym powinniście już wiedzieć. Jednak profesorowie Carrow mają za zadanie nie tylko nauczać przedmiotów, ale również obejmują obowiązek pilnowania szkoły - będą patrolować korytarze doszukując się zachowań nie odpowiednich, ponad to, gdy inni nauczyciele zauważą nie odpowiednie zachowanie mają obowiązek odesłania ucznia do nich aby zostali ukarani proporcjonalnie do przewinienia jakiego się dopuścili - uśmiechnął się złowrogo - Po godzinie 20 nikomu bez specialnego zezwolnia wystawionego przez nauczyciela i potwierdzonego przeze mnie nie wolno przebywać po za swoim pokojem wspólnym lub dormitorium. Nie wolno odwiedzać korytarza na trzecim piętrze oraz wchodzić do Zakazanego Lasu. Każdy uczeń od trzeciej klasy ma prawo do swobodnego korzystania z Działu Ksiąg Zakazanych. To byłoby na tyle. Smacznego.
I usiadł tak szybko jak wstał a stoły ugięły się pod ciężarem potraw które jak zawsze wyglądały cudownie, i za pewnie tak samo cudownie smakowały, ale Ginny jakos nie miała ochoty na jedzenie, podobnie jak inni którzy znajdowali się przy jej stole. W tym momencie brakowało jej Rona - on zawsze nie zależnie od sytuacji miał apetyt, i teraz pewnie siedziałby upychając sobie w ustach ogromne pokłady jedzenia. Mimo sytuacji w jakiej wszyscy byli uśmiechnęła się do swoich myśli i mimochodem spojrzała w strone stołu nauczycielskiego, a to co zobaczyła przeraziło ją - nowy nauczyciel Obrony przed czarną magią, profesor Corrow (nawet w myślach ciężko jej było tak go nazywać, a co dopiero będzie jak przyjdzie jej to wypowiedzieć) wpatruje się swoimi brązowymi oczami prosto w nią. Serce zaczęło jej szybciej bić, a przerażenie wymalowało się na twarzy. Neville chyba to zauwazył bo pod stołem uścisnął jej delikatnie rekę. Ginny oderwała wzrok od profesora i spojrzała na swój talerz, na który postanowiła nałożyć coś żeby czymś zająć myśli i choć udawać że wszystko jest tak jak zwykle. Wyciągnęła rekę w strone pieczonych ziemniaków, kątem oka spoglądając w stronę Corrow - patrzył w stronę stołu węża.

Luna wraz z innymi uczniami jej domu szła w stronę zachodniej wieży gdzie mieścił się ich pokój wspólny, ktoś odpowiedział poprawnie na zagadkę i wszyscy po koleji wchodzili przez stare drewniane drzwi na których znajdowała się kołatka w krztałcie orła i po chwili już byli w pokoju wspólnym. Był to duży, okrągły pokój utrzymany w błękicie i złocie, na kopululastym klepieniu iskrzyły się złote i srebrne gwiazdy, podobnie jak na dywanie, a na przeciwko wejścia stało popiersie Roveny Ravenclow. Luna usiadła w jednym z foteli znajdujących się przy ścianie pokoju i spojrzała w okno na niebo pokryte gwiazdami. Przez całe wakacje myślała o tym co przyniesie jej ten nowy rok, ale to co zastała calkowicie przewyższało nawet najśmielsze jej wyobrazenia o tym. Nauczyciel karający Cruciatusem przez 5min tylko za to ze Neville skierował różdżkę w stronę ślizgona? To jakie kary będą stosowane za większe przewinienia? Dziewczyna całe wakacje poświęciła na wymyślanie sposobu zbliżenia się do Snape'a (bo przecież nie podejdzie do niego od tak powiedzieć że jak ma ochotę z kimś pogadać to może pogadać z nią) a teraz zastanawiała się czy jednak profesor Dumbledore się nie mylił co do obecnego dyrektora - Luna rozumiała że ten musi tańczyć pod melodię która zagra mu Voldemort, ale mimo wszystko jak mógł doprowadzić do tak wielkich zmian? Obserwowała go kątem oka cały wieczór, ale on wcale nie ułatwiał jej sprawy - po za momentami gdy podczas swojej przemowy uśmiechnął się - twarz miał cały czas z tym samym chłodnym, beznamiętnym wyrazem, co w najmniejszym stopniu nie wskazywało na jego korzyść. Z nikim nie zamienił wiecej niż kilka słów, jedyna zmiana była taka że o ile kiedyś miał apetyt, tak dziś jadł nie wiele a właściwie to tylko grzebał widelcem w talerzu, za co całkiem sporo wypił - sądząc po jasnoróżowej barwie napoju było to wino skrzatów (krukonka pierwszy raz widziała aby przy stole nauczycielskim był podawany jakikolwiek alkohol) jednak nawet pomimo wypitego napoju nic nie zmieniło się w jego zachowaniu na co miała wielka nadzieję. Pogrążona w ponurych myślach ruszyła w stronę dormitorium, gdzie położyła się na swoim łóżku i osunęła się w ramiona Morfeusza.

piątek, 11 października 2013

Rozdział 4

Luna siedziała na parapecie w jej dormitorium. Jej współlokatorki w końcu zasnęły i teraz siedziała w ciszy i spokoju patrząc w bezchmurne niebo. Tyle się stało w ciągu ostatnich godzin... Dyrektor nie żyje, szkoła została właściwie bez ochrony, Voldermort może tu robić co mu się podoba, a oni sami nic nie mogą na to poradzić. Albus Dumbeldore, największy czarodziej naszych czasów, jedyna osoba której Sami-Wiecie-Kto się bał zginęła z rąk Severusa Snape'a, człowieka któremu ufał bezgranicznie. Jednak cały czas chodziła jej ostatnia rozmowa jaką przeprowadziła z Dyrektorem: "to co stanie sie niebawem rzuci bardzo zły cień na profesora Snape'a. Cały zakon przestanie mu ufać (...)Jednak musisz wiedziec że cokolwiek się stanie, profesor Snape cały czas jest po naszej stronie a cokolwiek robi, jest to na moją proźbę." Czy to możliwe? Czy możliwe że Dyrektor się poświęcił się "dla większego dobra" jak to okreslił? Ale z drugiej strony, jak jego śmierć miała im pomuc? Jedynie pogorszyła i tak beznadziejną już sprawę! Dziewczyna siedząc tak i rozmyślając do czekała ranka, i gdy pierwsze promienie słońca oświeciły jej bladą twarz z podkrążonymi od zmęczenia i braku snu oczami ruszyła do łazienki by jak co dzień zająć się poranną toaletę. Zawsze cicho coś nuciła, patrzyła z uśmiechem w swoje odbicie w lustrze i czasami nawet pobawiła się z kurzykami (małe zwierzątka zamieszkujące słabo dostępne i rzadko sprzątane miejsca w naszym domu), dziś jednak było inaczej. Robiła wszystko automatycznie patrząc pustym zwrokiem przed siebie. Po 15 minutach była już ubrana, i schodziła po schodach do pokoju wpólnego. Za kilka godzin miał się odbyć pogrzeb dyrektora, a później mieli wrócić do swoich domów. Już na początku roku szkolnego wiedziała ze ten rok bedzie inny. Po tym co się wydarzyło w Ministerstwie nie było szans na życie takie jakie było wcześniej. Każdy dzień przynosił nowe tragedie, nowe ofiary: czasami na czarodziejach, czasami na mugolach. Nawet niemagiczni wyczuwali strach choć oczywiście nie wiedzieli co się dzieje. Gdy weszła do pokoju wspólnego na pierwszy rzut oka wydawałoby się że jest pusty więc skierowała się ku wyjściu, ale już bedąc przy drzwiach usłyszała stłumiony szloch. Odwróciła się w stronę fotela w kącie pokoju i zobaczyła pierwszoroczną skuloną w fotelu. Podeszła do niej, i nic nie mówiąc przytuliła. Dziewczynka była z rodziny mugoli, Luna doskonale pamięta jaka zachwycona a zarazem przestaszona była pierwszego dnia, patrzyła na wszystkich z ufnością w oczach, mysląc że świat do jakiego weszła jest tak magiczny, dobry i miły jak jej się na początku wydawało. A jedyne co zdąrzyła na razie doświadczyć to strach o siebie i rodzinę która została nie świadomie wciągnięta w wojnę dobra ze złem, i świadomość że może więcej do Hogwartu nie wrócić - a najprawdopodobniej nawet nie chce. Luna by się wcale nie zdziwiła jak by uzdolniona mugolka wróciła do swojego świata udając że ten rok nie miał miejsca i odcięła się od tego wszystkiego. W sumie dobrze by zrobiła - lepiej niech odetnie się od tego wszystkiego, przynajmniej na razie, dopuki Voldemort nie zostanie zgładzony.
Ona sama wiedziała że jak tylko szkoła będzie czynna od września to na pewno tu wróci - nie może zostawić przyjaciół samych. Po jakiejś godzinie poczuła że dziewczynka w jej ramionach powoli zasypia. Wsłuchując się w jej spokojny oddech Luna sama poczuła że daje o sobie znak jej zmęczenie po stoczonej bitwie, cały następny dzień w którym w miare możliwości funkcjonowała i noc której nie przespała. Po kilku minutach sama wpadła w ramiona snu.
Kilka godzin później siedziała już w Expresie Hogwart jadącym do Londynu. Wzięła udział w pogrzebie Dyrektora, tak jak i większość uczniów. Od wydarzeń na wieży nikt nie widział ani profesora Snape'a, ani Malfoy'a. Pewnie świętuja zwycięstwo w tej bitwie. Mimo że rozsądek podpowiadał jej że nie powinna ufaś profesorowi, to jednak słowa które usłyszła wciąż chodziły jej po głowie, i gdzieś w najdalszym zakątku serca miała wrażenie że jednak ufa Mistrzowi Eliksirów, i to nie tylko dlatego że prosił ją o to Dyrektor. Po prostu nie wierzyła że ten człowiek na prawdę jest zły. Był twardy, nigdy nie pozwolał sobie na okazanie uczuć, trzymał w sobie to wszystko i zawsze był idealny w każdym calu. Jednak Luna była pewna że w żeczywistości był bardzo wrażliwy i potrzebował zrozumienia u innych, rozmowy i tego wszystkiego co ma każdy z nas na co dzień - to że udawał takiego niedostępnego i zimnego tylko poglębiało jej przekonanie o tym jak bardzo jest wrażliwy. Zauważyła to juz wcześniej, ale teraz patrzyła na niego z innej perspektywy - co zrobić żeby ten nieprzystępny człowiek się na nią otworzył, żeby mogła wykonać misję poleconą jej przez Dyrektora? Wiedziała że to nie będzie proste, że będzie to wymagało dużo sprytu i odwagi z jej strony, ale postanowiła zaryzykowac. Jak tylko bedzie miała możliwość z całych sił będzie próbowała przekonać do siebie profesora, przecież nikt nie może trzymać wszystkiego w sobie, bo kiedyś wybuchnie. A taki wybuch może być bardzo niebezpieczny, i to nie tylko dla niego samego.

Neville siedział na kocu z tyłu domu z kubkiem gorącego mleka w dłoni, wpatrywał się w zachodzące na różowo słońce. Kiedyś takie spokojne wieczory kojarzyły mu się własnie z domem, babcią gotującą w kuchni kolacje, cykającymi konikami polnymi i cichym rechotem żab czających się w trawie. Jednak od kilku tygodni takie wieczory kojarzą mu się z Nią. Z jej rozmarzonym głosem gdy opowiadała mu o nieistniejących magicznych stworzeniach, z jej srebrnymi oczami zawsze patrzącymi na niego z lekkim zdziwieniem gdy poddawał w wątpliwość którąś z jej teorii, z jej delikatną białą niczym mleko dłonią zakładającą za ucho niesforny biały lok. Tego ostatniego 'normalnego' wieczora w szkole, nim rozpętało się piekło właśnie w taki jak ten wieczór siedzieli w cieniu zakazanego lasu patrząc na zachód taki jak ten. Wrócili właśnie z lasu gdzie karmili testrale, gdy Luna potknęła się o kamień i skręciła kostkę. Usiedli na trawie, a ona jednym zaklęciem nastawiła kostkę, ale poprosiła by odpoczęli aby ból całkowicie zdąrzył przeminąć. Opowiadała mu o tym że z lilii wodnych o zmroku wychodzą wielkości palca dziewczynki - wróżki i tańczą  na płatkach kwiatów by nad ranem znów schować się w kwiaty i odpocząć po wieczornych tańcach, i o tym że w wakacje jej ojciec obiecał jej złapać prawdziwego, mugolskiego kota (do czarodzieji podchodziły tylko te zwierzęta, które miały w sobie choć odrobinę magii, mugolskie uciekały zawsze w popłochu). Po kilku chwilach rozmowy oparła głowę o jego ramie i przymkneła oczy. Ciemne rzęsy żucały cień na jej policzki, teraz lekko zarumienione. W tym momencie poczuł nić nadzieji że dziewczyna odwzajemnia jego uczucie. Chwycił delikatnie jej podbrudek i uniusł głowę tak że dzieliło ich zaledwie kilka centymetrów. Podniosła powieki i spojrzała w jego oczy. Chciał by ten moment trwał wiecznie. To była tak magiczna chwila, jakiej nigdy w życiu nie przeżył, a jednocześnie bał się jak nigdy w życiu. Bał się o to że ją przestraszy, że ta przerażona ucieknie, że odrzuci go. Ale ona jedynie lekko się uśmiechneła i odsuneła mówiąc że powinni już wracać bo robi się ciemno. W wielkiej sali rozeszli się każde idąc do swojego dormitorium, choć miał wrażenie że Luna lekko posmutniała. Może miała nadzieję że ją pocałuje? Ta myśl wywołała na jego twarzy szczery uśmiech. Dotarł do Pokoju Wspólnego, i zaczął pomagać jakiemuś piewszorocznemu w zielarstwie cały czas myśląc o tamych oczach patrzących na niego z takim zaufaniem, i tym czymś - nie wiedział co to, na samo wspomnienie jego serce zaczynało mocniej bić. Pokój Wspólny opustoszał, ale on nie mógł myśleć o spaniu, siedział uśmiechając się do swoich myśli. Wyobrażał sobie jak przy najbliższym spotkaniu weźmie ją w ramiona, jak poczuje słodki zapach jej włosów i poczuje smak jej różowych ust. A chwile później już walczył ze śmierciożercami w bitwie o Hogwart. W następnych kilku dni achczęsto ją przytulał - jednak zupełnie nie tak jak to sobie wyobrażał - były to uściski pocieszenia dwojga przyjaciół.
Po powrocie do domu na wakacje często do siebie pisali - głównie o tym co robili w te wakacje, wysnuwali teorie co do nowego roku szkolnego, komentowali wydarzenia i raporty z Proroka Codziennego. I pomimo że największym marzeniem Nevilla było wziąść ją w ramiona, wiedział że przed nim długa droga do dnia kiedy marzenie się spełni....

wtorek, 1 października 2013

Rozdział 3

Severus właśnie wrócił do zamku ze spotkania z Czarnym Panem. Draconowi udało się wykonać część swojego zadania - znaleść sposób na wpuszczenie Śmierciożerców do zamku. Druga część zadania była zależna od silnej woli chłopaka, oraz ilości zła drzemiącego w jego duszy, jednak o to nauczyciel się nie martwił - wiedział że ten nie da rady. I wiedział też co on wtedy zrobi. Powinien być zadowolony. Przez tyle lat był pionkiem w grze Czarnego Pana i Dumbledore'a. Dziś jednego miało zabraknąć, i miał on zginąć z jego reki. Jednak zamiast tego czuł jedynie pustkę. Wszechogarniającą pustkę. Wiedział że po tym co zrobi zostanie hojnie nagrodzony przez Czarnego Pana, a znienawidzony przez Zakon i tych którzy wierzyli że pomimo wszystko jest dobry. Nikt nie będzie wiedział że do końca będzie bronił ich życia. Będę żyć dzięki niemu, a i tak do końca swoich dni będzie przez nich znienawidzony.
Wszedł do swojej sypialni i zdjął pelerynę. Na całe szczęście nie musiał nosić tych okropnych szat Śmierciożerców - jego status już dawno pozwolił mu na zawieszenie ich najdalszym zakątku jego szafy. Rozpiął też tunikę posiadającą mnóstwo guzików. Mógł użyć do tego magii, ale robienie tego bez zaklęcia zawsze uspokajało go. W samej białej koszuli i spodniach rzucił się na łóżko i patrzył niewidzącymi oczami w czarny rozciągający się nad nim baldachim. Dotychczas chociaż czasami miał z kim porozmawiać. Czasami z Minerwą, czasami z kimś z Zakonu... Oczywiście nigdy nie był jakoś specjalnie towarzyski ani gadatliwy, ale czasami on też chciał z kimś porozmawiać tak po prostu o wszystkim i o niczym, on też był człowiekiem. A teraz jedyne co mu zostanie to rozmowy z Czarnym Panem i całą resztą tych opętanych przez zło i czarną magię ludzi. Jutro ma zostać Dyrektorem Szkoły. Severus Snape, dyrektor Szkoły Magii i Czarodziejstwa Hogwart. Nagle zdał sobie sprawę z komiczności tej sytuacji. Za kilka godzin miał zabić największego czarodzieja od czasu Merlina, a myślał o tym że nie będzie miał z kim rozmawiać i jak będzie brzmiał jego nowy tytuł w świecie czarodzieji. Na tę myśl roześmiał się sam do siebie - chyba całkowicie pada mu na głowę już teraz skoro śmieje się do baldachimu bez większego powodu. A śmiał się bardzo, bardzo rzadko. Większość uczniów przez 7 lat nauki nigdy nie widziało jak Mistrz Eliksiów chociażby unosi kąciki ust w lekkim uśmiechu. A jak któryś już miał taki widok przed sobą to wiedział że nie wróży on nic dobrego.
Po dobrych 30 min patrzenia w baldachim i rozmyśleniach podniósł się i ruszył w kierunku barku w kącie sypialni. Odkąd 18 lat temu zajął te komnaty nic się w nich nie zmieniło. Choć nie było to jego ulubione miejsce w zamku było to jego schronienie. Tylko tu mógł być sobą. Napełnił kryształowy kieliszek bursztynowym trunkiem i wychylił opróżniając ją za jednym podejściem i napełnił drugi raz. Wciąż trzymając butelkę ognistej w jednej i szklankę w drugiej ręce usiadł na sofie, a butelkę postawił na szklanym stoliku. Zerknął na zegar wiszący nad kominkiem, miał jeszcze godzinę aby się wykąpać i przenieść do Trzech Mioteł.

Rajni Zabini siedziała w typowym hotelowym pokoju. Duże łóżko na środku pokoju, komoda, mały stolik, i nudny obraz na ścianie. Niewielkie okno wychodzące na główną ulicę Hogsmeade, i para drzwi - jedne prowadzące do łazienki, drugie na przedpokój. Ona sama leżała na łóżku w ciemnoczerwonej szacie, patrząc tempo w rdzawy baldachim i myśląc o nadchodzących godzinach. Powinna być zadowolona - plan Czarnego Pana spełnia się w każdym calu. Dziś pozbędą się ostoi czarodzieji którzy nie poddają się woli Czarnego Pana. Ale jakoś nie bardzo mogła wykrzesać z siebie nawet odrobiny radości. Była spięta i przerażona, bała się o swojego syna który teraz siedzi pewnie z kolegami w pokoju wspólnym nie wiedząc że dzisiejszej nocy wygrają jedną z ważniejszych bitew - żaden uczeń z wyjątkiem Dracona Malfoy'a nie wie. Oczywiście nie powinna się niczym martwić, Dyrektor na pewno domyśla się tego co nadchodzi, więc jest jakoś przygotowany i w pierwszej kolejności postawi na bezpieczeństwo uczniów. Sama siebie próbowała uspokoić tłumacząc sobie że Dumbledore zawsze był przygotowany na każda ewentualność i jej synowi na pewno nic się nie stanie. Wydawałoby się ze jako aktywny śmierciożerca uważa że uczucia są nie ważne i tylko osłabiają człowieka. Jednak ona wiedziała że wręcz przeciwnie - miłość może dać człowiekowi nie ograniczoną siłę i moc, choć powoduje również całkowicie nie pozytywne uczucia takie jak złość, zazdrość, lub czasami jak np. w Lucjusza przypadku nawet nienawiść. Oj tak, Lucjusz Malfoy, mężczyzna głośno twierdzący że miłość to uczucie dla słabeuszy, jest przez to znienawidzone przez siebie uczucie całkowicie owładnięty, choć z pewnością to wciąż do niego nie dotarło. Biedna Narcyza. Z 3 sióstr Black tylko Andromeda dobrze skończyła. Bellatrix też była co prawda na swój własny sposób szczęśliwa, ale Narcyza... Tej współczuła z całego serca. Nie miała jednak czasu na dalsze rozmyślania o wątpliwym szczęściu kobiet w kręgu Śmierciożerców ponieważ usłyszła ciężkie kroki na korytarzu i po kilku sekundach drzwi pokoju otworzyły się. Odruchowo uniosła się na łóżku i skierowała różdżkę w stronę drzwi.
 - No wiesz co Rajni, nie tak się wita cichego przyjaciela w pokoju hotelowym. - powiedział z szyderczym uśmiechem na twarzy Snape.
 - No wiesz co Severus, nie z taką miną wita się kobietę która ma Ci zapełnić w przyjemny sposób okres oczekiwania przed bitwą. - odgryzła się z hardym spojrzeniem.
Severus zamknął za sobą drzwi, rzucił zaklęcie by nikt nie wszedł i powolnym krokiem podszedł do kobiety stojącej przy łóżku.

Kilka godzin później, wychodząc z Trzech Mioteł do Snape'a dotarł patronus od Dracona z wiadomością że właśnie wpuścił do zamku Śmierciożerców. Profesor deportował się przed bramę szkoły, wszedł szybko na błonia i ruszył w kierunku wejścia do szkoły. Już na kilka pięter przed wieżą astronomiczną słyszał krzyki Bellatrix na Dracona żeby to zrobił. Severus przyśpieszył kroku i po chwili już był na wieży. Po kilku następnych sekundach patrzył już w puste oczy profesora Dumbledore'a.